FRAGMENT KSIĄŻKI

Karaluch

Jakub Morgenstern 6 MIN CZYTANIA

Prolog

Prolog

24 grudnia 2020 roku

– Zaczekaj! Porozmawiajmy… – Słyszę za sobą kobiecy krzyk.

Urywam go potężnym trzaśnięciem drzwiami. Framuga odchodzi od elewacji domu. I dobrze. Coś po mnie zostanie. Nie wszystek umrę.

Nie teraz w każdym razie.

Być może za jakąś godzinę. Bo tyle mniej więcej zajmie mi dojazd do Wełnowieckich Hałd.

Bo właśnie tam pędzę.

Pędzę się zajebać.

Zmierzam na parking i zaglądam przez okna posesji przyozdobionych światełkami. W tej części Giszowca znajdują się domy jednorodzinne. W ich oknach widzę szczęśliwe, spokojne twarze. Młodych i starych. Łamie mi to serce.

Skanuję kod QR na szybie renault clio. Żeby się zajebać, wystarczy dziś Traficar. Drzwi się odblokowują, wsiadam.

Start the engine.

Włączam radio. Z głośników leci Furia, Za ćmą, w dym.

W autach na minuty nie wolno palić, ale przecież nie poniosę żadnych konsekwencji. Chyba że w piekle trafię na Piotra Grońskiego. Uruchamiam iqosa i ruszam z piskiem opon na drogę numer osiemdziesiąt sześć.

Co ja właściwie czuję? Złość? Smutek? Żal? Samotność? Nienawiść? Wszystko naraz! Totalne odrealnienie. Korki wybite.

Wiem jedno – nigdy więcej nie chcę się czuć tak, jak przez ostatnie miesiące. Nigdy więcej nie chcę oglądać tej kurwy w lustrze.

Spierdoliłem swoje życie koncertowo.

Nic mnie już nie czeka.

Śmierć w wieku dwudziestu ośmiu lat? Pogrzeb po siedemdziesiątce? Nie, dziękuję.

Załatwimy to od razu. W miejscu, do którego uciekałem jako dziecko.

Dzisiaj ucieknę tam po raz ostatni.

Zapierdalam sto trzydzieści kilometrów na godzinę. Biała jezdnia. Jestem trailblazerem jak Testo. Nie mogę powstrzymać łez. Płaczę i wydzieram się jak opętany do riffów Nihila.

Na wysokości węzła Murckowska moja renówka zahacza o dziurę w jezdni. Auto zaraz wpadnie w poślizg podsterowny. Kierownica chodzi tak lekko, że mógłbym ją obrócić dmuchnięciem. Sunę bezwładnie po jezdni. Pod kątem czterdziestu pięciu stopni do kierunku jazdy. Bez żadnej kontroli. Dziesięć lat doświadczenia w prowadzeniu pojazdów. I co? W tym momencie mogę je sobie wsadzić.

Nieuchronnie zbliżam się do barierek cztery pasy dalej. I dobrze. O to chodziło. A więc tak wygląda mój koniec.

Zakończę swój żywot w święta, niespełna dwadzieścia lat po Magiku. Nie skokiem, lecz na drodze, którą przemierzałem tysiące razy. Jako największy przegryw w historii Katowic.

A to co?!

W głowie słyszę muzykę z czołówki z brytyjskiego The Office.

Że co? Nie wierzę. Czy mój mózg zamierza, zanim zdechnę, wyświetlić highlighty z mojego życia?

Czyli to prawda, o czym opowiadają ludzie ocierający się o śmierć. Wszystko zwalnia. Każda milisekunda jest jak godzina. Nie widzę drogi, barierek, kierownicy. Widzę coś w stylu ekranu kinowego, na którym wyświetla się scena.

Poranek? Kamera pokazuje mnie w łóżku?

To nie tak miało wyglądać.

Nie tak…

Rozdział pierwszy

27 stycznia 2007 roku

– Wstawaj, bo się spóźnisz! Masz dziś zbiórkę! Już wpół do ósmej! Mniej żryj, to nie będziesz taki zmęczony tym nocnym mieleniem! – wita mnie ciepło moja matka.

Patrzę na zegarek.

Rzeczywiście, już późno. Jest siódma pięć.

Odkąd pamiętam, matka zawsze zaokrąglała czas. Nie wiem, po co. Żeby mnie pospieszać? A poza tym, to co miałbym niby żreć? Tydzień minął, jak zeżarłem ostatniego 3bita ukrytego pod łóżkiem.

Zresztą nie trzeba mi o tym żarciu przypominać. Rodzice niedawno wymienili wagę, bo na tej dotychczasowej już od września zamykałem licznik.

Krótko mówiąc: wiem, że jestem gruby.

A właśnie… Nazywam się Jakub Gwiazdowski. Siema! Jest początek ferii. Za dwie godziny jadę na długo wyczekiwany obóz w Białce Tatrzańskiej. Świetnie. Z moim Haus Gestapo na pięćdziesięciu czterech metrach kwadratowych w trakcie wolnego nie wytrzymam ani jednego dnia dłużej.

Ten tydzień dobrze mi zrobi. Uwolnię się od matki i będę szczęśliwy! Gdy matka po pracy nie zajmuje się piciem tyskiego i rozwiązywaniem krzyżówek panoramicznych, umila sobie czas gnębieniem mnie.

Ale może ma rację? Może rzeczywiście piętnastolatek nie powinien pobijać trzycyfrowych wyników na wadze? Może w ten sposób chce mnie zmotywować do zdrowszego trybu życia?

Spakowałem się już dzień wcześniej. O osiemnastej. Matka już spała. Oczywiście – najebana.

Teraz muszę tylko znieść rzeczy do taksówki i dojechać nią do autokaru. Ojciec mnie nie zawiezie, bo ciężko pracuje.

Nie wiem, na co idą jego ciężko zarobione pieniądze, ale na pewno nie na mnie. Ostatnią rzeczą, jaką mi kupił, był strój na WF. Rok temu.

Punktualnie o dziewiątej taryfa przywozi mnie pod Spodek. Na miejscu jest Grzesiu, mój najlepszy przyjaciel z klasy. Ma wszystko, czego ja nie mam. Sportową sylwetkę, zajebiste ciuchy, kochających starych, a przede wszystkim – popularność.

– Elo, Gruby! – Właśnie mnie zauważa. – Ty będziesz na nartach zjeżdżał czy tylko w karczmie schabowe wpierdalał?

Zebrane wokół niego chłopaki i dziewczyny wybuchają śmiechem.

– To się jeszcze okaże – odpowiadam z udawanym dystansem, ale w gardle rośnie mi gula. – Zioło już przydzieliła pokoje. Mamy być razem, nie?

– Pierwsze słyszę. Nie wiem, z kim to sobie ustaliłeś. Dla ciebie to chyba trzeba osobny pokój i wielkie łóżko, żebyś się w nim zmieścił.

Kolejna salwa śmiechu. Brzmi jak okrzyk radości, ale boleśnie wwierca mi się w mózg.

Ale co on gada? Przecież tydzień temu, wracając razem po szkole, się umawialiśmy. Skąd nagle ta zmiana?

– Uwaga, wczasowicze! – woła Zioło. – Ci, którzy oddali swoje torby i sprzęt do luku, niech zajmują sprawnie miejsca w autokarze.

Wciskam bagaż kierowcy i pędzę na tył pojazdu do grona moich ziomków. W połowie drogi kumpel Norbert zachodzi mi drogę.

– Nie ciś się tak, Gruby, tu wszystko zajęte – mówi. – Idź do Kuca. Kuc, czyli Tymek, to nasz klasowy odmieniec. Jak na prawilnych katowiczan przystało, większość piętnastolatków – w tym ja – słucha Paktofoniki i Kalibra. A Tymek słucha gitarowej napierdalanki z darciem mordy w tle. Nosi długie włosy i raczej ma w dupie, co reszta klasy o nim myśli.

– Siema! – witam Kuca. – Wolne?

– Jasne, siadaj! W sumie nigdy nie rozumiałem, dlaczego wykluczyliśmy go z ekipy. Jak z nim czasem rozmawiam, to wydaje się całkiem spoko. Mimo że zamiast koszulki PLNY nosi T-shirty z jakimś Kreatorem, a zamiast spodni Clinic – rurki. Autokar rusza. Czas na śniadanie. Żeby przetrwać dwie i pół godziny podróży, zabrałem ze sobą kolejno odlicz:

– litr coli,

– drożdżówkę,

– minipizzę,

– dwa 3bity,

– paczkę haribo,

– paczkę lay’sów cebulowych. Z tylnej loży słyszę:

– Patrzcie, jeszcze na autostradę nie wjechaliśmy, a Gruby już się obżera! Ignoruję komentarz Grzesia, a potem także kilku innych osób. W tej chwili najważniejsze, żeby osłodzić sobie życie. Na pocieszenie po tym nędznym poranku.

11.00, postój za Krakowem

To świetna okazja, żeby uzupełnić zapasy na stacji i spotkać się z kolejną serią docinków moich kochanych drani.

– Wiesz co, Gwiazdowski? Tak sobie pomyślałem, może byś zamieszkał z nami w pokoju, ale… musisz przejść test.

– Test? – pytam.

– Bardzo prosty. Jak wepchniesz sobie w usta paczkę tych żelków i ją połkniesz na raz, to jesteś z nami. – Mój przyjaciel szczerzy kły, więc kły szczerzy również reszta bandy: Norbert, Łukasz i Marcin.

– Myślisz, że tego nie zrobię, Grzesiu? – Wyciągam złote opakowanie z kieszeni. Czytam etykietę: sto dwadzieścia pięć gramów. Łyknę ten szajs na raz. Nie takie rzeczy się robiło… – To pa tera!

Odchylam głowę, żeby wsypać do gardła zawartość paczki. W takich trudnych momentach lubię powtarzać w myślach moją autorską modlitwę:

Zaopiekuj się mną, Jezu Chryste, Królu wiecznej chwały!

– Panowie, czy wam do reszty halny przewiał zdrowy rozsądek? – Zza moich pleców dobiega głos Zioło. – Jak dzieci. Kuba, odłóż te żelki! Do waszej wiadomości: pokoje są już przydzielone. Czwórka żartownisiów razem, a Tymek z tobą. Jeśli mam to zmienić, to teraz jest ostatni moment.

Znowu krew mnie zalewa. Czemu Zioło nie mogła załatwić jakiejś dostawki? Jesteśmy przecież najbardziej zgraną ekipą z tego rocznika!

– Spoko, będę z Tymkiem – mówię.

Dojeżdżamy na miejsce około czternastej.

Dom wczasowy wygląda jak drewniana budowla ufundowana przez góralską rodzinę z Chicago. Trzy piętra, spadzisty dach i gazylion okien – po jednym oknie na każdy minipokój, wykończony po linii najmniejszego oporu.

Z Tymkiem odbieramy klucze do naszego mikroapartamentu.

– Ostatnie piętro? – Biorę swoją torbę i ruszam powoli wąskimi, drewnianymi schodami.

– Dawaj, Gruby! Ino nie zerwij tych schodów, bo skrzypią jak pojebane – dopinguje mnie Norbert.

– Idź szybciej, bo zaraz się poszczam! – krzyczy Łukasz.

– Łukasz, nie widzisz, że mam zepsuty uchwyt i inaczej się nie da? – odpowiadam.

– I dlatego musisz dyszeć jak lokomotywa? – pyta Grześ i cała kolejka za mną kiśnie ze śmiechu. – To dyszenie coś ci daje?

– Może ci pomogę? – pyta idący przede mną Tymek.

Kręcę głową, bo nie mam już siły oddychać, a tym bardziej mówić.

Byle do kolacji.

Co ja właściwie czuję? Złość? Smutek? Żal? Samotność? Nienawiść? Wszystko naraz! Totalne odrealnienie. Korki wybite.
— Jakub Morgenstern
Karaluch
CHCESZ CZYTAĆ DALEJ?
Karaluch
Jakub Morgenstern
39,90 zł 59,90 zł
Karaluch 39,90 zł 59,90 zł