Prolog
24 grudnia 2020 roku
– Zaczekaj! Porozmawiajmy… – Słyszę za sobą kobiecy krzyk.
Urywam go potężnym trzaśnięciem drzwiami. Framuga odchodzi od elewacji domu. I dobrze. Coś po mnie zostanie. Nie wszystek umrę.
Nie teraz w każdym razie.
Być może za jakąś godzinę. Bo tyle mniej więcej zajmie mi dojazd do Wełnowieckich Hałd.
Bo właśnie tam pędzę.
Pędzę się zajebać.
Zmierzam na parking i zaglądam przez okna posesji przyozdobionych światełkami. W tej części Giszowca znajdują się domy jednorodzinne. W ich oknach widzę szczęśliwe, spokojne twarze. Młodych i starych. Łamie mi to serce.
Skanuję kod QR na szybie renault clio. Żeby się zajebać, wystarczy dziś Traficar. Drzwi się odblokowują, wsiadam.
Start the engine.
Włączam radio. Z głośników leci Furia, Za ćmą, w dym.
W autach na minuty nie wolno palić, ale przecież nie poniosę żadnych konsekwencji. Chyba że w piekle trafię na Piotra Grońskiego. Uruchamiam iqosa i ruszam z piskiem opon na drogę numer osiemdziesiąt sześć.
Co ja właściwie czuję? Złość? Smutek? Żal? Samotność? Nienawiść? Wszystko naraz! Totalne odrealnienie. Korki wybite.
Wiem jedno – nigdy więcej nie chcę się czuć tak, jak przez ostatnie miesiące. Nigdy więcej nie chcę oglądać tej kurwy w lustrze.
Spierdoliłem swoje życie koncertowo.
Nic mnie już nie czeka.
Śmierć w wieku dwudziestu ośmiu lat? Pogrzeb po siedemdziesiątce? Nie, dziękuję.
Załatwimy to od razu. W miejscu, do którego uciekałem jako dziecko.
Dzisiaj ucieknę tam po raz ostatni.
Zapierdalam sto trzydzieści kilometrów na godzinę. Biała jezdnia. Jestem trailblazerem jak Testo. Nie mogę powstrzymać łez. Płaczę i wydzieram się jak opętany do riffów Nihila.
Na wysokości węzła Murckowska moja renówka zahacza o dziurę w jezdni. Auto zaraz wpadnie w poślizg podsterowny. Kierownica chodzi tak lekko, że mógłbym ją obrócić dmuchnięciem. Sunę bezwładnie po jezdni. Pod kątem czterdziestu pięciu stopni do kierunku jazdy. Bez żadnej kontroli. Dziesięć lat doświadczenia w prowadzeniu pojazdów. I co? W tym momencie mogę je sobie wsadzić.
Nieuchronnie zbliżam się do barierek cztery pasy dalej. I dobrze. O to chodziło. A więc tak wygląda mój koniec.
Zakończę swój żywot w święta, niespełna dwadzieścia lat po Magiku. Nie skokiem, lecz na drodze, którą przemierzałem tysiące razy. Jako największy przegryw w historii Katowic.
A to co?!
W głowie słyszę muzykę z czołówki z brytyjskiego The Office.
Że co? Nie wierzę. Czy mój mózg zamierza, zanim zdechnę, wyświetlić highlighty z mojego życia?
Czyli to prawda, o czym opowiadają ludzie ocierający się o śmierć. Wszystko zwalnia. Każda milisekunda jest jak godzina. Nie widzę drogi, barierek, kierownicy. Widzę coś w stylu ekranu kinowego, na którym wyświetla się scena.
Poranek? Kamera pokazuje mnie w łóżku?
To nie tak miało wyglądać.
Nie tak…
Rozdział pierwszy
27 stycznia 2007 roku
– Wstawaj, bo się spóźnisz! Masz dziś zbiórkę! Już wpół do ósmej! Mniej żryj, to nie będziesz taki zmęczony tym nocnym mieleniem! – wita mnie ciepło moja matka.
Patrzę na zegarek.
Rzeczywiście, już późno. Jest siódma pięć.
Odkąd pamiętam, matka zawsze zaokrąglała czas. Nie wiem, po co. Żeby mnie pospieszać? A poza tym, to co miałbym niby żreć? Tydzień minął, jak zeżarłem ostatniego 3bita ukrytego pod łóżkiem.
Zresztą nie trzeba mi o tym żarciu przypominać. Rodzice niedawno wymienili wagę, bo na tej dotychczasowej już od września zamykałem licznik.
Krótko mówiąc: wiem, że jestem gruby.
A właśnie… Nazywam się Jakub Gwiazdowski. Siema! Jest początek ferii. Za dwie godziny jadę na długo wyczekiwany obóz w Białce Tatrzańskiej. Świetnie. Z moim Haus Gestapo na pięćdziesięciu czterech metrach kwadratowych w trakcie wolnego nie wytrzymam ani jednego dnia dłużej.
Ten tydzień dobrze mi zrobi. Uwolnię się od matki i będę szczęśliwy! Gdy matka po pracy nie zajmuje się piciem tyskiego i rozwiązywaniem krzyżówek panoramicznych, umila sobie czas gnębieniem mnie.
Ale może ma rację? Może rzeczywiście piętnastolatek nie powinien pobijać trzycyfrowych wyników na wadze? Może w ten sposób chce mnie zmotywować do zdrowszego trybu życia?
Spakowałem się już dzień wcześniej. O osiemnastej. Matka już spała. Oczywiście – najebana.
Teraz muszę tylko znieść rzeczy do taksówki i dojechać nią do autokaru. Ojciec mnie nie zawiezie, bo ciężko pracuje.
Nie wiem, na co idą jego ciężko zarobione pieniądze, ale na pewno nie na mnie. Ostatnią rzeczą, jaką mi kupił, był strój na WF. Rok temu.
Punktualnie o dziewiątej taryfa przywozi mnie pod Spodek. Na miejscu jest Grzesiu, mój najlepszy przyjaciel z klasy. Ma wszystko, czego ja nie mam. Sportową sylwetkę, zajebiste ciuchy, kochających starych, a przede wszystkim – popularność.
– Elo, Gruby! – Właśnie mnie zauważa. – Ty będziesz na nartach zjeżdżał czy tylko w karczmie schabowe wpierdalał?
Zebrane wokół niego chłopaki i dziewczyny wybuchają śmiechem.
– To się jeszcze okaże – odpowiadam z udawanym dystansem, ale w gardle rośnie mi gula. – Zioło już przydzieliła pokoje. Mamy być razem, nie?
– Pierwsze słyszę. Nie wiem, z kim to sobie ustaliłeś. Dla ciebie to chyba trzeba osobny pokój i wielkie łóżko, żebyś się w nim zmieścił.
Kolejna salwa śmiechu. Brzmi jak okrzyk radości, ale boleśnie wwierca mi się w mózg.
Ale co on gada? Przecież tydzień temu, wracając razem po szkole, się umawialiśmy. Skąd nagle ta zmiana?
– Uwaga, wczasowicze! – woła Zioło. – Ci, którzy oddali swoje torby i sprzęt do luku, niech zajmują sprawnie miejsca w autokarze.
Wciskam bagaż kierowcy i pędzę na tył pojazdu do grona moich ziomków. W połowie drogi kumpel Norbert zachodzi mi drogę.
– Nie ciś się tak, Gruby, tu wszystko zajęte – mówi. – Idź do Kuca. Kuc, czyli Tymek, to nasz klasowy odmieniec. Jak na prawilnych katowiczan przystało, większość piętnastolatków – w tym ja – słucha Paktofoniki i Kalibra. A Tymek słucha gitarowej napierdalanki z darciem mordy w tle. Nosi długie włosy i raczej ma w dupie, co reszta klasy o nim myśli.
– Siema! – witam Kuca. – Wolne?
– Jasne, siadaj! W sumie nigdy nie rozumiałem, dlaczego wykluczyliśmy go z ekipy. Jak z nim czasem rozmawiam, to wydaje się całkiem spoko. Mimo że zamiast koszulki PLNY nosi T-shirty z jakimś Kreatorem, a zamiast spodni Clinic – rurki. Autokar rusza. Czas na śniadanie. Żeby przetrwać dwie i pół godziny podróży, zabrałem ze sobą kolejno odlicz:
– litr coli,
– drożdżówkę,
– minipizzę,
– dwa 3bity,
– paczkę haribo,
– paczkę lay’sów cebulowych. Z tylnej loży słyszę:
– Patrzcie, jeszcze na autostradę nie wjechaliśmy, a Gruby już się obżera! Ignoruję komentarz Grzesia, a potem także kilku innych osób. W tej chwili najważniejsze, żeby osłodzić sobie życie. Na pocieszenie po tym nędznym poranku.
11.00, postój za Krakowem
To świetna okazja, żeby uzupełnić zapasy na stacji i spotkać się z kolejną serią docinków moich kochanych drani.
– Wiesz co, Gwiazdowski? Tak sobie pomyślałem, może byś zamieszkał z nami w pokoju, ale… musisz przejść test.
– Test? – pytam.
– Bardzo prosty. Jak wepchniesz sobie w usta paczkę tych żelków i ją połkniesz na raz, to jesteś z nami. – Mój przyjaciel szczerzy kły, więc kły szczerzy również reszta bandy: Norbert, Łukasz i Marcin.
– Myślisz, że tego nie zrobię, Grzesiu? – Wyciągam złote opakowanie z kieszeni. Czytam etykietę: sto dwadzieścia pięć gramów. Łyknę ten szajs na raz. Nie takie rzeczy się robiło… – To pa tera!
Odchylam głowę, żeby wsypać do gardła zawartość paczki. W takich trudnych momentach lubię powtarzać w myślach moją autorską modlitwę:
Zaopiekuj się mną, Jezu Chryste, Królu wiecznej chwały!
– Panowie, czy wam do reszty halny przewiał zdrowy rozsądek? – Zza moich pleców dobiega głos Zioło. – Jak dzieci. Kuba, odłóż te żelki! Do waszej wiadomości: pokoje są już przydzielone. Czwórka żartownisiów razem, a Tymek z tobą. Jeśli mam to zmienić, to teraz jest ostatni moment.
Znowu krew mnie zalewa. Czemu Zioło nie mogła załatwić jakiejś dostawki? Jesteśmy przecież najbardziej zgraną ekipą z tego rocznika!
– Spoko, będę z Tymkiem – mówię.
Dojeżdżamy na miejsce około czternastej.
Dom wczasowy wygląda jak drewniana budowla ufundowana przez góralską rodzinę z Chicago. Trzy piętra, spadzisty dach i gazylion okien – po jednym oknie na każdy minipokój, wykończony po linii najmniejszego oporu.
Z Tymkiem odbieramy klucze do naszego mikroapartamentu.
– Ostatnie piętro? – Biorę swoją torbę i ruszam powoli wąskimi, drewnianymi schodami.
– Dawaj, Gruby! Ino nie zerwij tych schodów, bo skrzypią jak pojebane – dopinguje mnie Norbert.
– Idź szybciej, bo zaraz się poszczam! – krzyczy Łukasz.
– Łukasz, nie widzisz, że mam zepsuty uchwyt i inaczej się nie da? – odpowiadam.
– I dlatego musisz dyszeć jak lokomotywa? – pyta Grześ i cała kolejka za mną kiśnie ze śmiechu. – To dyszenie coś ci daje?
– Może ci pomogę? – pyta idący przede mną Tymek.
Kręcę głową, bo nie mam już siły oddychać, a tym bardziej mówić.
Byle do kolacji.
Co ja właściwie czuję? Złość? Smutek? Żal? Samotność? Nienawiść? Wszystko naraz! Totalne odrealnienie. Korki wybite.
Chcesz czytać dalej?
Zapisz się do newslettera Newhomers i odbieraj fragmenty książek, premiery i najciekawsze treści prosto na maila.
Rozdział drugi
28 stycznia 2007 roku
Nastaje nowy dzień. Stoimy w pełni ubrani na mrozie i czekamy na busika, który zawiezie nas na Kotelnicę.
Zanim w pełni oddam się białemu szaleństwu, muszę wypożyczyć sprzęt. Z ostatniego wyrosłem. Albo – jak mawia moja matka – „wygrubłem”. Uważa, że moje ciało zamieniło rośnięcie wzdłuż na rośnięcie wszerz.
Po dojechaniu na miejsce poczłapałem do wypożyczalni.
– Wiesz co? – mówi góral za ladą i zaczyna objaśniać: – Mam dla ciebie kijki, buty, ale z nartami to będzie ciężko.
– Pan żartuje? Za panem są stosy nart!
– No tak, ale… Jakby to powiedzieć i nie skłamać… Z wagą jest problem. Każde zapięcie ma taki mechanizm. W razie jakby wypadku. Jakby się narty wypięły… Trzeba by te zapięcia podokręcać, no wiesz, do odpowiedniej wartości… W sensie do wagi… Tak żeby wiązania mogły cię utrzymać. Te, które mi zostały, mam tylko do stu kilo.
– Ale ja ważę dziewięćdziesiąt!
– Jesteś pewny, kolego? Ryzykujesz, że przy każdej muldzie będziesz pieszo gonił narty po stoku.
– Daj pan już te narty i ustaw na dziewięćdziesiąt kilo! – mówię. – Zwrócę za pięć dni.
Kończę. To ostatnie zdanie, które dałem radę wypowiedzieć bez płaczu. Na moich strunach głosowych uformowała się już znajoma gula.
No bo też co ten koleś gada? W Stanach ludzie są trzy, cztery razy więksi ode mnie i jakoś są dla nich sprzęty. I czemu ten oscypkogłowy chuj zgaduje moją wagę? Masz już ten hajs i spierdalaj!
O mały włos nie udusiłem się przeponą, zakładając buty. Po dwudziestu minutach dopiąłem ostatnią klamrę i ustawiłem się w kolejce do wyciągowej kolejki.
Bramki otwarte – wpuszczają mnie na taśmę.
Zjeżdżam ze śniegu na gumę, narty trą o mniej przyczepną powierzchnię i lecę do przodu. Wiązania błyskawicznie wypięły moje stopy z nart. Próbuję się jakoś utrzymać na nogach, łapiąc za ramię narciarza obok. Ten nie jest gotowy na uratowanie śląskiego kaszalota i również się przewraca. Do naszej dwójki dołącza parapeciara* i razem uderzamy o ziemię.
Rozlega się głośny dźwięk alarmu. Krzesełko zatrzymuje się dziesięć centymetrów od twarzy naszej trójki. Kurwa, jaka żenada! Najchętniej przeteleportowałbym się do jakiejś piwnicy i nigdy z niej nie wychodził.
– Przepraszam, nic państwu nie jest? – pytam. – Naprawdę nie chciałem…
– Tak, wiem, że to był moment, jak te żółwie spierdoliły – odpowiada mój sąsiad z wagonika.
Snowboardzistka nie komentuje. Próbuje obrócić deskę, żeby wstać. Ja też się zbieram, powoli. Najpierw z pleców turlam
* Narciarze i snowboardziści – stali bywalcy stoków. Na stokach królują przede
wszystkim deski – może to być boazeria (narty) albo parapet (deska snow-
boardowa).
się na bok. Potem na łokcie. Na końcu kolana. Ostatni krok to wstać z pozycji na czworaka. Każdy otyły ma swój patent.
– Długo się jeszcze będziesz zbierać, młody? – pyta pracownik obsługi wyciągu.
– Robię, co mogę.
W końcu wstaję. Moja radość nie trwa jednak długo. Gdy zjeżdżam z oblodzonej platformy na stacji końcowej na właściwy stok, lód ustępuje miejsca śniegowi. Znowu zmiana tarcia. I znowu lecę jak Małysz.
Ciul z wypożyczalni miał rację. Nie przejechałem jeszcze stu metrów, a już jestem obolały.
Wybieram trasę niebieską, łatwą. W imię Ojca i Syna – i ruszam.
Pierwsza połowa stoku za mną, kilkadziesiąt zakrętów idzie gładko, jakbym się w tych nartach urodził. Nagle mulda. Przelatuję czterdzieści centymetrów w powietrzu i przy lądowaniu czuję w nogach zaskakującą lekkość.
Śnieg, niebo, śnieg, niebo, śnieg. Gdy już przestaję się kręcić, muszę chwilę poleżeć i uspokoić błędnik.
Potem zbieram rozrzucone kijki i narty. Wpinam się z powrotem. Jebać to. Zjadę i gdzieś się zaszyję.
W tym momencie zajeżdża mi drogę Tymek.
– Siemano, Kuba! Ale warunki zajebiste, co?
– Najlepsze!
– A z tobą okej? Jedziesz bardzo spokojnie, aż za bardzo jak na ciebie.
– Strasznie chce mi się lać – kłamię. – Staram się nie narobić po drodze.
Kiwa głową i rusza w dół stoku.
Ja też w końcu dojeżdżam na koniec. Zostawiam narty przy karczmie i idę nagrodzić się gorącą czekoladą oraz ciastem. Dzwoni telefon. Grzesiek.
– Elo, Gruby! Spotkajmy się przy budzie z oscypkami za dziesięć minut. Mam zajebisty plan na wieczór.
– Odłóż tego oscypka na chwilę i skup się – mówi Grześ. – Dzisiaj Madzia ma urodziny i urządzamy melanż. Poł kilometra od naszego domu jest Orlen. Zrobimy ściepę i kupisz parę czteropaków. Po kolacji my zagadamy Zioło i Stomilską, a ty z Kucem pójdziecie i schowacie fanty przy wejściu. Potem my to odbierzemy.
– Kurwa, Grześ, a dlaczego ja mam iść?
– Bo wyglądasz najstarzej z nas. Ciebie o dowód nie będą pytać.
– Tylko zmień ten portfel na rzepy na jakiś inny, bo od razu się pokapują – wtrąca Marcin.
Trochę się zdziwiłem. Zawsze wydawało mi się, że to Marcin, który w wieku piętnastu lat dobił niemal do dwóch metrów, będzie najlepszym kandydatem. To miłe! Z jednej strony boję się konsekwencji, że zostanę złapany, a z drugiej nigdy nie piłem alko. Reszta już dawno ma to za sobą. Nie mogę odstawać od reszty.
– Chuj, raz się żyje – mówię. – Wchodzę w to.
– No, kurwa! – Grześ przybija mi piątkę, a ja czuję się ważny. – Nasz człowiek!
19.30
Napięcie rozsadza mnie od środka. W głowie słyszę Celebration Kool and The Gang. Wcześniej Grzesiek wręczył mi odliczoną kwotę. Mam kupić dwadzieścia piw. Norbert dał mi skórzany portfel dla dorosłych.
Łukasz, żeby odciągnąć uwagę nauczycielek, zorganizował turniej ping-ponga i poprosił, aby nam sędziowały. Nie może się nie udać. Zakładam buty, gdy Tymek mówi:
– Kuba, ja się wypisuję.
– Oszalałeś? Przecież ja nie dam rady tyle przynieść! Towaru jest na dwa plecaki!
– Nie będę ryzykować. Już zdążyłem wyłapać obniżenie na koniec semestru. Pamiętasz, jak klecha mnie złapał na odwróceniu portretu papieża? Hajs możesz zatrzymać, ale nie idę. Sorry. Pierdolony antychryst. Piszę do Grześka: „Śmierdziel się wykruszył. Kto idzie ze mną?”. Dwie minuty później do pokoju wchodzi Łukasz i rzuca we mnie plecakiem.
– Weź ten. Będziesz dodatkowo wyglądać jak turysta z tym stulitrowym worem na plecach. Albo jak Święty Mikołaj. Brzuch już masz.
– Dzięki, ziomuś. Jestem gotowy. Idziemy?
– No co ty, Gruby! My musimy stać na czatach. Poradzisz sobie.
Aniele Boży, Stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój!
Rano, wieczór, we dnie, w nocy bądź mi zawsze przy pomocy.
Broń mnie od wszystkiego złego i zaprowadź do żywota wiecznego.
Zaopiekuj się mną, Jezu Chryste, Królu wiecznej chwały!
W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego
Amen.
Ruszam w pielgrzymkę na stację. Po dziesięciu minutach podróży w kompletnej śnieżycy wchodzę do budynku. Od razu kieruję się w stronę kas, gdzie stoi regał wypełniony browarami.
Cholera. Nie ma tyskiego. Jakie piwa są w miarę dobre? Widziałem niedawno reklamę Żubra, może to? Tak. Okej, Kuba, wyprostuj się! Jesteś teraz dorosły! Przed tobą dorosłe zadanie. Podchodzę do kasy, odchrząkuję i zwracam się z poważną miną do kasjerki.
– Dzień dobry wieczór. Poproszę cztery pięciopaki tych puszek z żubrem.
– Dowód osobisty proszę.
– Eeee… Chyba eeehmm… przepraszam, zostawiłem w aucie.
– A to kabrioletem przyjechałeś?
– Nieeee… yyy normalnym. – Ze wstydu nawet na nią nie patrzę.
– Nie sprzedam ci, młody. Do widzenia. Wychodzę szybkim krokiem. Zrujnowałem urodziny Madzi! Siadam na krawężniku i dokładnie w tym momencie dzwoni Łukasz.
– Kuba, kurwa, gdzie ty jesteś?! Zioło już krąży po pokojach i cię szuka!
– Zaraz będę. Nie mogę się teraz wycofać. Dostaję SMS od Tymka: „Stomilska rozpytuje wszystkich o twój numer telefonu. Zaraz będzie naprawdę gorąco”. Boże, czemu? Dlaczego akurat ja?
– Synecku, ty tu zamarznies! Co ci? – Najpierw czuję, kto do mnie mówi, a dopiero potem słyszę. Pięćdziesięcioletnia góralska maszyna do zamieniania wódki w przemoc domową. Dzięki Ci, Aniele Stróżu!
– Kupi mi pan dwadzieścia piw? – pytam żula. – Ona nie chce mi sprzedać.
– Chyba jyj w krzyzu jebie! Niy ma problemu, młody – odpowiada kojąco, bekając mi centralnie w twarz. – Ale za to bydzie stówka!
Zaglądam do portfela. Akurat tyle mam do końca wyjazdu. Zero burgerów, chipsów, czekolad, żelków i coli.
Znowu wibruje telefon.
Dzwoni nieznany numer. Ktoś mnie sprzedał. Muszę wracać.
– Bierz pan! – Poirytowany wręczam mu plecak do jednej łapy, gotówkę do drugiej. – Dwadzieścia żubrów.
Po chwili mój wybawca wraca z zamówieniem. Odbieram i rzucam się w pogoń do naszego pensjonatu.
Już prawie wbiegam z ekwipunkiem za bramę, gdy w ostatnim momencie przypominam sobie o czymś ważnym.
O dziesięciu litrach płynu, który nie powinien się znajdować w pokojach nastolatków! Chowam piwa w krzaki przed bramą. I już czysty wkraczam na teren Jadwigi. Drzwi otwierają się z hukiem. I Ziołem.
– Gwiazdowski, na litość boską! Czy ty zwariowałeś?! Nie wolno wychodzić bez zgody! Czemu nie odbierasz?!
– Przepraszam, musiałem się przewietrzyć… – odpowiadam ze skruszoną miną. – Zadzwoniła moja mama i… i… znowu mnie zwyzywała…
Maska Zioło od razu zmienia się z szerszenia na bardziej ludzki. Odzywa się, tym razem spokojnie:
– Dobrze, idź do swojego pokoju. Ale nie uciekaj już, bo przez to będziemy mieć problemy.
Nie wierzę, że to za każdym razem przechodzi. W Katowicach hobby pani Marii Gwiazdowskiej jest tajemnicą poliszynela. Sądząc po ilościach piwa i wina, jakie pochłania, mogłaby się nazywać Marija Zwiezdowskaja. Tym bardziej katowicką społeczność bawi to, że wybitna doktor kardiologii prowadzi styl życia, którego zdecydowanie nie rekomenduje swoim pacjentom.
Już w podstawówce zauważyłem, że zrobienie z siebie małego robaka, bezradnej ofiary i powiedzenie czegoś o matce działa jak karta wyjścia z więzienia w Monopoly. Z reguły wszyscy współczują, rozumieją, okejują, kiwają głowami i dają sobie ze mną spokój. Fajnie mieć matkę alkoholiczkę. Polecam!
Wracam do pokoju, przebieram się z przepoconych ciuchów i wysyłam do Grzesia SMS z instrukcjami: „Okej, damy radę. 21.15 u nas”.
– Odjebane perfekcyjnie, Kuba! – gratuluje mi Patrycja, najlepsza przyjaciółka jubilatki. – Do końca nie wierzyłam, że ci się uda. A tu proszę!
– Gruby to jest szef totalny! – wtóruje jej Norbert.
Rozpływam się z dumy. To dosłownie najlepszy dzień mojego życia.
– Lepiej będzie, jak otworzymy je pod kołdrą, bo inaczej hałas ściągnie Zioło – mówi Łukasz.
– A tam, pierdolisz! – argumentuje Grześ. – Będziemy śpiewać Magdzie i śpiewanie zagłuszy nasze zbiorowe „pst”.
– Piętnastaka ma się raz w życiu! – mówi podniesionym głosem Marcin. – Na trzy–czte-ry: „Sto lat!”.
– A zamknęliście drzwi? – pytam, ale nikt mnie już nie słucha.
„Jeszcze raz! Jeszcze raz!”
Syczą puszki dziewczyn.
„Niech żyje, żyje nam!”
Puszki chłopaków strzelają jak fajerwerki.
Ja nieporadnie próbuję odgiąć zawleczkę.
„Niech!”
No w końcu otwieram!
„Żyyyje…”
Śpiewy, syki i gwizdy przerywa ciężkie puk, puk, puk, puk.
Czas stanął. Drugi raz tego wieczoru.
Patrzę po ekipie. Wszyscy mają pełne portki.
Zdecydowanym ruchem podnoszę leżące na ziemi spodnie Grześka i zakrywam nimi piwo. Inni sięgają po rozrzucone na podłodze części garderoby i robią to samo. Czyżbym kolejny raz ratował życie przyjaciołom?
Drzwi się otwierają.
– Wszystkiego najlepszego, Magda – mówi Zioło. – Jestem z wami na stoku od dziewiątej rano i chcę się już położyć. Proszę! Nie ryczcie tak! To pozwolę wam siedzieć do jedenastej w nocy. Dobranoc!
Drzwi się zamykają.
– Kurwa, ale fart! – cieszy się Łukasz.
– Mówiłem ci, żebyś zamykał na klucz, Gruby! – narzeka Norbert, przekręcając zamek.
– Przecież to ty wchodziłeś ostatni, debilu!
– Nieważne, lamusy, moje zdrówko – szepcze Magda i wyciąga przed siebie żubra.
– Twoje zdrowie! – dołącza się Patrycja i cała reszta biesiadników.
Brzdęk!
Pierwsze, co czuję, to smród ciepłego piwa. Jakbym szedł Stawową. Któryś z moich geniuszów schował browary pod kaloryferem. Pierwsze mililitry trafiają do mojej gęby. Nie wiem, czy jest coś bardziej obrzydliwego niż to, co dekodują w tym momencie moje kubki smakowe. Gorzkie, dziwnie gazowane. I ten posmak alkoholu. A i tak jest najlepszy z tego bukietu smaków. Teraz już wiem, dlaczego moja matka zawsze, gdy chleje, musi mieć do tego talerz przekąsek.
Piję dalej. O dziwo, do tego smaku da się przyzwyczaić.
Ekipa rozmawia o snowparku na stoku. Ktoś jeszcze raz gratuluje mi akcji. Dziewczyny rozmawiają o Simsach. A ja nagle, po wypiciu dwóch trzecich puszki, zaczynam czuć coś, czego nie czułem od lat.
Zalewa mnie fala szczęścia – od głowy do stóp. Jakby Anioł Stróż ściągnął ode mnie całe napięcie i ból, które trzymałem od urodzenia, i wypełnił mnie uczuciem błogości.
A głowa? Co z moimi myślami? Jezu przenajświętszy! Pier wszy raz nie wstydzę się tego, że wystaje mi brzuch spod koszulki.
Wszechogarniający luz. Pewność siebie. Radość. Jakbym mógł sobie te wszystkie uczucia przywoływać na żądanie.
Wystarczy, że się napiję.
Nie chcę, żeby to się kończyło. Nigdy!
– Odsuńcie się od Grubego, bo zaraz się na was spuści! – mówi Grzesiek, a jego ekipa znowu toczy ze mnie bekę. – Patrzcie na jego ryj!
Mnie to nie rusza. Siedzę w mentalnym jacuzzi.
O 22.55 docieram bezszelestnie do swojego pokoju. Kładę się spać uśmiechnięty od ucha do ucha. Pierwszy raz od lat.
Odmawiam pacierz, przepraszając Boga za to, że złamałem przysięgę abstynencji. Przysięgę z pierwszej komunii. Prze praszam też za to, że pogrążyłem się w planowaniu następnego razu.
Teraz już rozumiem moją matkę. Nie w stu, ale w dwustu procentach. Ten stan chce się mieć codziennie!