Wkoło Słońca krąży planeta. Słońce promieniuje energią, która dociera do planety. Organizmy na planecie jedzą energię słoneczną.
To w zasadzie cała historia o nas.
W bardziej rozwlekłych słowach: rośliny zjadają energię słoneczną – ta uczta nazywa się fotosyntezą. Zwierzęta zjadają tę energię, zjadając rośliny zjadające energię, lub zjadając zwierzęta, które zjadają rośliny, lub inne zwierzęta, które zjadają zwierzęta jedzące zwierzęta, które jedzą rośliny zjadające energię słoneczną.
To pogłębiona historia życia, planety i Słońca.
Z przeciwnego miejsca we wszechświecie nasze Słońce jest kropką, gwiazdą pośród miliardów gwiazd na czyimś tam niebie.
Każda gwiazda ma skończoną ilość paliwa – helu. Gdy się wypali, gaśnie.
Gdy słońce zgaśnie, jedzące je rośliny i zwierzęta jedzące rośliny, lub zwierzęta jedzące zwierzęta, jedzące rośliny, przestaną jeść. Ich życie się skończy.
Ale najpierw zrobi się tak zimno, że jedzenie nie będzie ważne. Mało co będzie ważne z punktu widzenia tych stworzeń, bo tych stworzeń już nie będzie.
Czy coś jeszcze będzie ważne?
Nie wiem. Teraz ważne jest, żebyśmy zgasili światło i żebyś poszedł spać, bo czeka na Ciebie kraina snów, a jutro, gdy wstanie słonko, czeka nas kolejny dzień.
O autorze
Zaprosiłem na świat istotę, na którą chucham i dmucham. Niebawem słońce ją ugotuje, a huragan zmiecie.
Przepraszam, Czytelniczko, że tak na Ciebie wskoczyłem. Czasem nie mam z kim o tym pogadać.
Tato
Mam ze cztery, może z pięć lat. Ruszamy spod domu w Bytomiu-Szombierkach czerwonym maluchem w górę, potem przy murku w prawo do centrum, ulicą Zabrzańską. Jeśli skręcisz w lewo, pojedziesz w kierunku piekła, tam, gdzie pracuje mama.
Przy tym murku autobus zmiażdżył nogę panu Piotrowskiemu, tacie Tomka, gdy wracał z szychty na kopalni, tej na lewo od murka. Po tym wypadku został, jak wyjaśnili mi dorośli, rencistą. Już nie pracował, ale dalej bił Tomka bardzo grubym pasem. Raz zlał go przy mnie, gdy czekałem grzecznie w przedpokoju ich mieszkania, żeby pójść na plac grać w nogę. Bardzo chciałem uciec, ale mnie zamroziło. Od tego czasu szare murki i renciści kojarzą mi się ze światem, w którym dzieje się to, co przeczuwam, że jest jego treścią, jego kaszlem, anonimowymi postaciami, jakie żyją w tych wszystkich domach, które mija się w drodze do wysokich katedr. Dowiedziałem się też, że na świecie są nie tylko renciści, ale też tego, że ludzie biją ludzi.
W maluchu rozmawiamy z tatą o wojsku. Tato opowiada mi, że w wojsku dostanę mundur, a własne ubranie odeślę do domu. Tato patrzy na drogę, więc nie widzi, jak intensywnie myślę. W końcu pytam:
– Tato, ale jak ja wyślę to ubranie?
– Włożysz do paczki i wyślesz do domu.
[Tato Julka]
Julek budzi się rano i rusza naprzód. Jakby kontynuował zatrzymaną wczoraj ścieżkę. Start–stop–start. Patrzę na telefon. Jest szósta siedem. Jest jeszcze „nieodebrane”. Czwarta pięćdziesiąt dwa. Tato.
[Tato]
– Tato, zapomniałem…
– Rewolucji Październikowej szesnaście przez trzydzieści pięć, Bytom.
Od dwudziestu minut katuję tatę i siebie, próbując nauczyć się adresu, pod który wyślę z wojska paczkę z ubraniem do domu. I nie chodzi tu o tę cholerną paczkę, chodzi o to, że nie umiem powiedzieć, gdzie mieszkam! A przecież wiem: pod górkę w lewo za przedszkolem, koło śmietnika i dom. Albo z drugiej strony, przez osiedle, koło sklepów, i w górę, albo schodami w dół, przez plac koło garaży, i duży plac wzdłuż żłobka, górką na sanki w górę (ta droga jest fajniejsza, bo mija się drabinki i można kogoś spotkać).
Ale jest jakiś inny świat.
Ten tam, w którym moja wiedza nie wystarcza, którego obecność jest mi obwieszczana przez dużych ludzi i w którym dzieci dostają obce ubrania i muszą odesłać swoje do domów, które nie leżą przy górkach, za mostkiem czy obok śmietnika, ale mówi się o nich zlepkiem cyfr i słów, które z twoim życiem nie mają nic wspólnego i są kompletnie bez sensu.
Jak jakaś obca pani, która bierze Cię za rękę i każe ze sobą iść, biorąc Cię w opiekę i separując od wszystkiego, nie pozwalając pobiec jeszcze raz i dać ostatniego całusa.
Siedzę w maluchu przerażony, bo jak pójdę do wojska, to nie będę potrafił wrócić do domu.
Co gorsza, nie mogę przytulić się do taty, bo prowadzi samochód, jestem więc nie tylko przerażony, ale i kompletnie sam.
O rany, tato, jak ja cię znajdę?!
I co tu robić dalej, jak można robić wszystko, czego się chce, a nie robić tego, na czym człowiek poznał się najlepiej?
Chcesz czytać dalej?
Zapisz się do newslettera Newhomers i odbieraj fragmenty książek, premiery i najciekawsze treści prosto na maila.
[Tato Julka]
Czwarta pięćdziesiąt dwa. Połączenie nieodebrane. Tato.
Nie oddzwaniam. Od kiedy pogrąża go choroba, zdarzają mu się przypadkowe telefony w środku nocy. Myli numery, próbuje dodzwonić się do kogoś, kto jest obok i pomoże mu podjąć decyzję co dalej, bo choroba sprawia, że budzi się i nie pamięta, gdzie jest dom.
Tatusiu, jak ja cię znajdę?
Tymczasem Julek sięga po coś, coś spada z hukiem, on prze naprzód, po cokolwiek, wchodzi na ściany, budzi się i wstaje, siada, idzie, nagle coś go zatrzymuje, śmieje się i bada coś z opadłą dolną wargą i strużką śliny, nie przejmuje się, czy siada, czy wstaje. Czasem spogląda na mnie przez ramię.
– Jesteś? Jesteś. – Rusza dalej. – Muzyka, muzyka, muzyka! – krzyczy, śmiejąc się i kręcąc w kółko. To czas na ukulele i poranny taniec małego życia, którego dom jest za stojakiem na rowery w prawo, siedem schodków do góry i drzwi, w które wali się pięściami, z obowiązkowym postojem i gapieniem się na światło korytarzowej lampy, pełnej brudu i much. Dla mnie, do czasu aż poznałem synka, najnudniejszym obiektem świata, dla Julka nie wiem dokładnie czym, ale słowo „światło” wykrzykuje jak fantasta, który odkrył życie w kosmosie. Codziennie.
Na marginesie, podobno to, co odróżnia nas od sztucznej inteligencji, to rytuały codzienności oraz przeklinanie. Rytuały już są.
[Tato]
Tato już nie mieszka na Rewolucji Październikowej 16/35. Ja znam ten adres na wyrywki. Jak wiele innych adresów, które wymawiam obojętnie, wsiadając do taksówek.
No może poza tym teraz, który jest Twoim domem.
Lubię wracać do Ciebie, synku, od kiedy jesteś. Twoja obecność tworzy nowy brzeg, który wyznaczył terytorium przeżywania. Czasem terytorium wydaje się nie do objęcia, wtedy boję się, że nie będę Cię lubił za to, że Cię kocham.
[Ojciec]
Jest rok 2026. Ojciec narodu zapowiedział, że może będę musiał iść do wojska i wysłać paczkę z ubraniem do domu. Adres na Rewolucji Październikowej nieaktualny. Nowej rewolucji jeszcze nie udało mi się wzniecić, a co dopiero nazwać po niej ulicy. Co chwilę zmieniam dom, piętrzą się nieodebrane awiza, w których przychodzą głównie mandaty z sądu i wezwania nakazowe za blokowanie ulic. Czekam na żandarmerię wojskową, która bez czasu na poukładanie spraw określonych listem poleconym zabierze mnie do samochodu sprzed bramy i wywiezie do jednostki na ćwiczenia z granatów i pistoletów, czyli dziurawienia i rozrywania ludzkich ciał w celu wywołania zgonu.
Piekło
PAN Znasz ty Fausta? MEFISTOFELES
Doktora? PAN
Tak! Mojego sługę! MEFISTOFELES
Przedziwnie on Ci służy! Myślą nieodgadłą!
Nieczłowieczy jest jego napitek i jadło.
Rozterka gna go w otchłań, spokój ducha płoszy,
pożądań obłąkanych zalewa go fala,
z nieba pożąda skrzących gwiazd – z ziemi – rozkoszy,
w tej zamieszce od Ciebie czucia swe oddala;
jego serce znękane ciągłą wrzawą boju
zapomniało, co miłość i błękit spokoju.
PAN
W tej służbie jego opacznej, w tej myśli jego opornej,
pomocą podam mu rękę, światło wykrzeszę
w pomroce:
każde drzewo w ogrodzie zna ogrodnik przezorny
i dokładnie wie, jakie i kiedy wyda owoce.
MEFISTOFELES
O zakład idę – utracisz go, Panie!
daj zezwolenie, a ja go w otchłanie
zawiodę zgrabnie i niespostrzeżenie.
PAN
Dopóki żyje na ziemi, wódź go na pokuszenie –
z błędem jest ożenione wszelkie człowiecze dążenie.
Johann Wolfgang von Goethe, Faust
Z okna bloku na ósmym piętrze widziałem Wielki Ogień, który palił się zawsze, jak lampki przy kościelnym ołtarzu. To ogień Huty Bobrek i jej wielkich pieców topiących rudy metali.
Patrzyłem w ten ogień, stojąc na parapecie naszego mieszkania, w bloku na ósmym piętrze, około dziesiątej wieczorem, bo to czas, kiedy moja mama kończyła drugą zmianę na kopalni i wracała do domu. Zmiana zaczynała się o drugiej po południu. Nie musiałem mieć zegarka, bo czas zmiany szychty oznajmiany był syreną, która z kopalń docierała w zakamarki domów, piwiarni i do dziecięcych uszu.
Czekałem na strużkę światła w tunelu pomiędzy wielkim ogniem a placem przed domem, w tunelu pomiędzy ogródkami działkowymi, hałdami, familokami, granatowym niebem. Strużkę świateł puszczanych przez czerwonego malucha.
Każde światełko to mogła być ona, jak iskra wypadająca z Wielkiego Ognia i turlająca się ku mnie.
Czy to ta? Czy to ona?
Nie każda była dla mnie. Wiele zamieniało się w obce samochody, które mijały murek i jechały dalej ulicą Zabrzańską, tam, gdzie pojechaliśmy z tatą w prawo, rozmawiając o wojsku.
Legenda, którą sobie opowiadaliśmy na podwórku i wśród sąsiadów głosiła, że Japończycy, którzy byli bardzo mądrzy i bardzo daleko, zbadali za pomocą satelity, że w rejonie huty i kopalni Bobrek, elektrociepłowni i kopalni Szombierki, kominów w Zabrzu, Halembie, Rudzie, huty Lenina, czyli wśród otaczającego mnie widnokręgu, nie powinno być życia. Czyli mnie.
A ja stałem na parapecie i patrzyłem na kołdrę ciężkich chmur uczepioną kominów jak zeppeliny, i nie rozumiejąc powagi sytuacji, zostawiałem na szybie parę wodną oddechu, czekając na mamę.
Na Śląsku często bywaliśmy gówniarzami, ciulami, bajtlami, a dla pana Piekosza „pieruńskimi podciepami”, czyli czymś, co ciepnął (rzucił) pieron. Najbardziej byliśmy podrzutkami diabła, gdy Piekosz nie potrafił wejść do bloku po szychcie na kopalni i po tej drugiej, w barze. Fakt, drwiliśmy z jego tańca splątanych nóg na schodkach i chwytania się poręczy tak, że brakowało nam tylko wideł, by dźgać, kąsać i pluć z zachwytu małych diabląt, które bezkarnie mogły dręczyć szatana, bo ogień wypluł go pijanego, niezdolnego do spamiętania, kto ukłuł, a kto splunął.
Pan Piekosz nie został rencistą. Nie została rencistką też moja mama, która pracowała tak jak i on na kopalni Bobrek. Oboje zostali przedwczesnymi emerytami, dostali odprawy i informacje, że już się w życiu narobili, przemysł górniczy się kończy, kopalnie są nierentowne, więc mogą dalej robić sobie, co chcą. Mieli jakoś po pięćdziesiąt lat z kawałkiem.
I co tu robić dalej, jak można robić wszystko, czego się chce, a nie robić tego, na czym człowiek poznał się najlepiej?
Mimo upływającej trzeciej dekady XXI wieku, Śląsk i jego pokopalniane dziedzictwo dalej przechodzi transformację, a żałoba rozstania z własną historią, wielkością i zdecydowanym charakterem swojej kultury nie odbyła się. Gospodarcze decyzje zamykające kopalnie w latach dziewięćdziesiątych XX wieku i na początku lat dwutysięcznych nie domknęły w ludziach końca kolejnego świata, rzeczy wykrwawiają się pomału. Ludzie wierzą, że to, co mają w genach, jeszcze trwa. Co gorsza, ich wyobraźnia jest wspierana przez niezwiązanych z tą kulturą i cierpieniem jej utraty oszustów, zwanych politykami, opowiadających brednie o trwaniu siły regionu górniczego. Regionu, w którym stworzono w XIX wieku imperium przemysłowe, a tworzyli je ludzie pokroju Karola Goduli, śląskiego Rockefellera, właściciela dziewięciu kopalń galmanu, czterdziestu kopalń węgla kamiennego, trzech hut cynku, zakładów górniczo-hutniczych, majątków ziemskich i niewyobrażalnej mocy tworzenia energii, miast, masy, maszyny rewolucji przemysłowej.
Jak tu nie wierzyć?
Sto pięćdziesiąt lat później, jako mały chłopiec stałem w oknie wieżowca zbudowanego w Bytomiu-Szombierkach dla kolejnych generacji zjeżdżających do zagłębia górniczego pracowników i patrzyłem w ogień piekielny Huty Bobrek, którą założyciele nazywali Vulkan.
Cały horyzont mojego dzieciństwa, te wszystkie kominy, ognie, hałdy, elektrociepłownie, korony drzew i stalowych szybów kopalnianych, tworzonych przez Diabła z Rudy, jak nazywano Godulę, kształtowały świat, w którym człowiek zawierał pakt z diabłem, przynosząc z podziemnego świata skarby, ogień i przeznaczenie.
Kto wie, może Johann Wolfgang von Goethe, który zjeżdżał do podziemi śląskich kopalń, przyniósł właśnie stamtąd szczegółowe opisy paktu z diabłem i cenę duszy?
To za ile teraz musimy je wykupić?