Wiedzieliście, że facet, który stworzył Pringles, został pochowany w tubie po czipsach?
Znacie historię o Gandhim i jego niemieckim kochanku, kulturyście?
Słyszeliście o tym, że Hitler nazywał chrześcijaństwo żydowską bajką?
Ot, ciekawostki, kolejne fun facty, którymi możecie zaimponować znajomym.
I podobnie jest z UFO. Jest anegdotyczne, a ja bardzo chciałbym mieć historie poparte dowodami, teorię niemożliwą do obalenia, poznać wreszcie prawdę.
I want to believe! Naprawdę chcę.
Świat nieustannie się zmienia i dziś jesteśmy bliżej rozwiązania tej zagadki niż kiedykolwiek wcześniej. YouTube zastąpił VHS-y i nie trzeba już czekać, aż ktoś zwróci nieprzewiniętą kasetę z Bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia. Jakość 4K wyparła grube ziarno analogowej kliszy i nie musimy się już wpatrywać w lewy górny róg zdjęcia, żeby domyślić się, co tam w ogóle jest. Internet dał nam możliwość weryfikowania informacji, które w podnieceniu podał nam właśnie kolega z podwórka obok, i nawet potężny Pentagon przyznał niedawno, że temat UFO traktuje na wskroś poważnie. Jesteśmy już tylko o krok od poznania prawdy.
I want to believe! Naprawdę chcę.
Zawężenie tematyki czy też może terytorium tej książki do samej Warszawy wydało mi się najlepszym sposobem, żeby opisać to całe odległe, a jednocześnie bliskie mi zjawisko. Bo jestem stąd – tu się urodziłem, tu spędziłem większość życia – i to jest moja baza naukowa. Tu od małego wpatruję się niebo, tu po raz pierwszy widziałem Z Archiwum X i tu spotkałem się z wszystkimi gośćmi tej książki. Im dalej się w nią zapędzałem, tym ciekawiej się robiło – niby dziwnie, acz normalnie, niepokojąco obco, ale też zaskakująco ludzko, czasami bardzo blisko ziemi, a kiedy indziej był to zupełny odlot. Zaczęło się przypadkiem, a kończy… No właśnie – mam wrażenie, że to nadal dopiero początek. I choć na pewno nie podejmę się napisania kolejnej części, to może kogoś zainspiruję do tego, żeby sam zagłębił się w ten temat, bo naprawdę niewiele jest innych terytoriów tak rzadko odwiedzanych i tak często wyśmiewanych. A jest to świat zupełnie fascynujący i przez większość ludzi wciąż nieodkryty. Pytanie, czy przypadkiem nieodkryty przez nich? Bo naprawdę marzy mi się, żebyś, Drogi Czytelniku, mógł sięgnąć po tę książkę, jak już będzie po wszystkim. Jak już w końcu obcy wylądują w blasku fleszy i soczewkach kamer, przy zachwytach świadków i postękiwaniach sceptyków czy innych ekstremistów, co wiedzą wszystko najlepiej. Wtedy to moje „a nie mówiłem?!” będzie smakowało nieporównywalnie lepiej. Bo…
I want to believe! Naprawdę chcę.
Rozdział pierwszy, w którym dowiaduję się, że moja mama widziała UFO, mam kaca i nastrój nieco nostalgiczny, a pracownicy mojej restauracji orientują się, że wszystko wokół mnie jest jeszcze dziwniejsze, niż się z pozoru wydaje
– Piotrek, widziałam UFO. Wczoraj – mówi moja matka, Maria, siedząc przy swoim stoliku w mojej restauracji.
To właściwie pierwsze, co od niej dzisiaj słyszę. Wcześniej tylko stwierdza mimochodem, że ja w tym czasie piłem, co jest – jak wszystko, co mówi Maria – prawdą. Z mamą umawiam się bowiem zawsze zbyt pochopnie. Wybieram daty i godziny, które dla normalnych ludzi są oczywiste, a dla mnie okazują się logistycznie karkołomne i fizjologicznie wycieńczające. Odkąd pamiętam, niedziele kojarzą mi się z kacem – przysłaniającą wszystko inne potrzebą nawodnienia i wstydem po odczytaniu tego, co ubiegłej nocy zdarzyło mi się wysyłać i jakie zdjęcia robić. O… pisiak. O… co to?! „W co jesteś ubrana? Śpisz?”. I znowu pisiak.
I dzisiaj jest właśnie taka niedziela – godzina czternasta, wysłane widomości mam już przeczytane, wstyd wstępnie przepracowany, a płyny nieustannie uzupełniam. Trochę mi jeszcze wiruje w głowie po wczorajszym, bo wciąż jestem singlem, więc tryb nocny trwa u mnie do siódmej rano. Z wiekiem i zmianą stanu cywilnego to się zmieni, ale jeszcze tego nie wiem. Wtedy jeszcze i piątek, i sobota. Dopiero przyjdzie czas, że tylko piątek, bo sobota sprawia, że poniedziałek staje się równie nieznośny jak niedziela. Niedziela z mamą. Siedzimy przy JEJ stoliku znajdującym się w lokalu gastronomicznym Pod Gigantami przy Alejach Ujazdowskich 24. Odkąd mam restaurację, moja mama zyskała drugi dom. Jest królową matką i tak się właśnie tu czuje – przecież jest matką właściciela, a żaden rozumny pracownik z matką właściciela zadzierać by nie chciał. Jak każda królowa, mama też lubi zaznaczyć swój teren, więc toczyła ze mną zażarty bój o to, żeby WŁAŚNIE TEN stolik między kominkiem a kwiatem w rogu, pod obrazem miał tabliczkę „Stolik Matki Marii”. TEN STOLIK. Nie żaden inny, tylko TEN. Zresztą nie musiała nic tłumaczyć, wskazywać żadnych azymutów ani wydawać dyrektyw, bo od początku wiedziałem, który stolik będzie TYM stolikiem.
– Piotrek, widziałam UFO. Wczoraj – mówi moja matka, Maria, siedząc przy WŁAŚNIE TYM stoliku w mojej restauracji. To właściwie pierwsze, co od niej dzisiaj słyszę. Wcześniej tylko stwierdza mimochodem, że ja w tym czasie piłem, co jest – jak wszystko, co mówi Maria – prawdą. Znam ją. Bardzo dobrze. Szczerze kocham, chociaż miłość syna do matki nie może obejść się bez pewnego rodzaju synowskich odruchów. Myślę, że każdy syn ma z tego powodu olbrzymie wyrzuty sumienia. Z tych krótkich „aha, mamo…”, „tak”, „nie”, „to nie tak”, „zadzwonię”, „jestem zajęty” powinno się każdemu zrobić tatuaż w bolesnym i widocznym miejscu. Na przykład na czole. Jest mi wstyd, ale zawsze te konwersacje wyglądają tak samo. Chyba że rzuci cię dziewczyna, to wtedy kładziesz głowę na kolanach mamusi i grzecznie słuchasz. Jak potrzebujesz. Wyobrażam sobie, że czasami dochodzi do tego jeszcze aspekt ekonomiczny, kiedy dziecko musi pożyczyć od mamusi pieniądze, ale Maria wpoiła mi hasło „nie pożyczaj”, z czym żyje mi się do dzisiaj bardzo dobrze.
Moja mamusia jest wyjątkowa – niezwykła, a jednocześnie do bólu stereotypowa – Magda z Czterdziestolatka i Maria Skłodowska-Curie w jednym, jednocześnie doktor Quinn i Dairy Queen, połączenie geniuszu i nieopisanego szaleństwa. Maria urodziła się w Warszawie w 1954 roku. Miała rodziców. Jak zresztą każdy, ale ci – jak to zazwyczaj bywa – dla wnuka, czyli mnie, byli postaciami naznaczonymi niezwykłością. Babcia Wanda i dziadek Władek – wszystko, co najlepsze. Myślę „miłość” i widzę ich uśmiechnięte buzie na monidle nad łóżkiem, myślę „czułość” i czuję w brzuchu sytość po szarych kluskach Wandzi, myślę „błogość” i od razu mam w ustach smak kogla-mogla ukręcanego najpiękniejszą dłonią z reumatyzmem, jaką widziałem. Powojenne pokolenie, które mimo przeciwności losu chciało, by ich standard życia był bliższy RFN niż NRD, żeby to życie po prostu miało standard. Mieszkali w domu na Sadybie, który – jak każdy inny dom w tym okresie – budowany był przez kilkanaście lat, według kilku dostępnych projektów, a i tak wychodził z tego zawsze taki betonowy sześcian bez fantazji. W Polsce mamy dziesiątki takich socrealistycznych osiedli domków jednorodzinnych. Po kilkudziesięciu latach okazało się jednak, że te szaraki z małymi ogródeczkami są wspaniałymi punktami wyjścia do przerobienia ich na coś fajnego, z czego mogą skorzystać ci, co te domeczki dziedziczą czy kupują.
Zanim ten konkretny sześcian został jednak odziedziczony, sprzedany i przerobiony, Marysia mieszkała w nim sobie z rodzicami i bratem Andrzejem. Ja wujka Andrzejka bardzo lubiłem, bo był hybrydą Hugh Hefnera i redaktora Maja. Mam wrażenie, że cała para poszła w wychowanie i we wsparcie wuja. W przeciwieństwie do niego – doktora, profesora – Marysia nie miała pole position. Takie rzeczy widzi się jednak dopiero po latach. Na etapie budowania Rudego 102 z koca i czterech krzeseł się tego nie zauważa. Liczy się mundurek ze Składnicy Harcerskiej, co idealnie potrafi imitować image Janka Kosa. „Odłamkowym ładuj!”. Andrzejek w końcu wyjechał, a mamusia została z dziadkami w tej Rzeczpospolitej Obojga Narodów, gdzie rodzice byli szlachtą, a mamusia chłopstwem. Mimo feudalizmu i ewidentnych niesprawiedliwości był to jednak dom pełen miłości i w takiej właśnie atmosferze się na tej Sadybie wychowywałem.
– Piotrek, widziałam UFO. Wczoraj – mówi moja matka, Maria, siedząc przy swoim stoliku w mojej restauracji.
I want to believe! Naprawdę chcę.
Chcesz czytać dalej?
Zapisz się do newslettera Newhomers i odbieraj fragmenty książek, premiery i najciekawsze treści prosto na maila.
Z koleżanką. W mundurku ze Składnicy Harcerskiej
To właściwie pierwsze, co od niej dzisiaj słyszę. Wcześniej tylko stwierdza mimochodem, że ja w tym czasie piłem, co jest – jak wszystko, co mówi Maria – prawdą. Jak to, że ponoć wybrzmiewał jeszcze w szpitalu sygnał kończący Dziennik telewizyjny, kiedy się wreszcie wygramoliłem na świat. To była niedziela, 2 maja 1982 roku, a ludzie urodzeni w niedzielę są ponoć leniwi. Tatusia z nami wtedy nie było, nie tylko na porodówce, gdzie ówczesne szkoły rodzenia obecności żadnych ojców nie przewidywały, ale w ogóle w promieniu setek kilometrów. Mój tatuś bowiem – wbrew kreowanemu przez mamę mitowi bohatera – uciekł od ciężarnej Marysi, zostawiając ją w stanie wojennym w ciąży. I ja w tym właśnie stanie wojennym, w okolicach godziny dwudziestej zaczerpnąłem po raz pierwszy PRL-owskiego powietrza i wydarłem japę do wtóru najbardziej charakterystycznego dżingla uprzedniego systemu. Żadnych informacji na temat tego, jacy są ludzie urodzeni w stanie wojennym, nigdzie, niestety, się nie doszukałem, a z pierwszego roku mojego życia – który spędziliśmy cały z mamusią i babcią Alą w kamienicy przy Jaracza 3 – nie pamiętam zupełnie nic.
Mama pracowała w sklepie meblowym na Wilczej. Sklep nazywał się DOM i pamiętam, że na Sadybie mieliśmy pół domu zawalone tym, czym moja mamusia na co dzień handlowała. Zegary obite skórą, różne wymyślne meble, kinkiety, które były wówczas towarem niezwykle deficytowym. Z tymi kinkietami jeździliśmy do zakładów mięsnych, gdzie dochodziło do wymiany na różne części ciała zwierząt gospodarskich. Potem babcia ręcznie mieliła to mięso na pasztety, które jej niezwykle dobrze wychodziły. Te kinkiety i pasztety mama woziła w swoim zielonym Fiacie 126p, który był kilka razy spod domu kradziony, jednak nigdy nie udało się go nikomu ukraść, bo skurczybyk tak się do nas przywiązał, że złodziejom odpalać nie chciał. Poza tym miał – proszę Państwa! – alarm, co było wtedy zupełną nowością. I ten alarm wył regularnie na tej naszej Sadybie, budząc zawsze sąsiadów i dzielnicowego, który przysypiał sobie właśnie na komendzie, znajdującej się kilkadziesiąt metrów w linii prostej od naszej posesji. Nikt – o dziwo – nie miał o to pretensji. Każdy przecież drżał o swoje precjoza i dobrze rozumiał, że my tu, na dzikim wschodzie, musimy się trzymać razem. Alarmy, blokady na kierownice i skrzynie biegów, wyciąganie na noc akumulatora, kraty w oknach, deski do prania blokujące klamki… Brakowało nam tu tylko wilczych dołów i wrzącej smoły. Było nad wyraz bezpiecznie i niebezpiecznie zarazem.
Tatuś odwiedzał nas od czasu do czasu, przywożąc mi za każdym razem zupełnie nieadekwatne do wieku prezenty, które mamusia zawsze skrzętnie przede mną chowała. Wracał z Kanady czy RFN i obiecywał nam nowe życie i dostatek. Nie był to typowy polski ojciec – w maluchu i góralskich kapciach z łysiną. Na moje oko był szpiegiem, przemytnikiem albo członkiem grupy przestępczej. Brał nas na wakacje do dziwnych ośrodków dewizowych nad morzem, a po powrocie za każdym razem kazał się pakować i mówił, że zaraz nas odbierze. Pakowaliśmy się więc, wyprowadzaliśmy od dziadków i… nigdy nas nie odbierał. Nie wracał często przez kilka długich lat. Mama nad wyraz godnie znosiła te upokorzenia, choć widziałem, że wraz z latami była na tatusia coraz bardziej wkurwiona. I słusznie, bo, jak się później okazało, tatuś miał już inne dzieci i inną Marysię, a wycieczki z nami były formalnie delegacjami. Mama była tymczasem ruchliwa i nie przestawała kombinować, co chyba po niej odziedziczyłem.
– Piotrek, widziałam UFO. Wczoraj – mówi moja matka, Maria, siedząc przy swoim stoliku w mojej restauracji.
To właściwie pierwsze, co od niej dzisiaj słyszę. Wcześniej tylko stwierdza mimochodem, że ja w tym czasie piłem, co jest – jak wszystko, co mówi Maria – prawdą.
– Oj, mamo… Tabliczkę ci zrobiłem – mówię, pokazując świeży grawer, z nadzieją, że będąc na kacu, uniknę długiej litanii rzeczy, które powinniśmy tutaj jeszcze zmienić, wszystkiego tego, co Maria by zrobiła lepiej. Dopiero w tym momencie uświadamiam sobie, co moja mama mi właśnie przed chwilą powiedziała: że widziała… UFO?! Dopiero w tym momencie uświadamiam sobie, że jej twarz przy tym pobladła, a te oczy, które tak bardzo kocham, zaświeciły mocniej, że to jest news dnia właśnie wyświetlany na czerwonym pasku i nawet zwracanie mi uwagi nie jest w stanie go dłużej powstrzymać. Dopiero w tym momencie zauważam buzię naszej kelnerki i w moment już wiem, że ona już wie, że jestem ostatnią osobą w całej restauracji, która jeszcze nie wie, że Marysia widziała UFO. Wczoraj.
– Mamusia poczeka. Wybiegam do kuchni. Kelnerzy i kuchnia na moje równie entuzjastyczne, co badawcze „cześć” odpowiedzieli tylko cichym, zdawkowym powitaniem wymamrotanym pod nosami. Nikt mi w oczy nie patrzy, każdy się zajmuje swoimi sprawami nieporównywalnie pilniej niż na co dzień i już wiem. Powiedziała im wszystkim – zwierzyła się, że widziała UFO. Wczoraj. Już wiem, co oni sobie tam wszyscy myślą – myślą tylko o tym, żeby nic niewłaściwego przy mnie nie pierdolnąć. Przecież to mamusia właściciela, mamusia Piotrusia. „No to cześć”. Moja mama widziała UFO. Wczoraj. Te kilka słów wybrzmiewało w całej restauracji tak długo, mocno i dosadnie jak monolog Dariusza Szpakowskiego po meczu ze Słowenią w 2009 roku. Te trzy słowa były jak scena otwierająca w Szeregowcu Ryanie. I nie pozostało mi już nic innego, jak iść w to dalej – Normandia, plaża Omaha, lądowanie bez żadnej możliwości odwrotu. Przysiadam się więc z powrotem do mamy.
– Widziałaś UFO, tak…