Nie wiem, w jaki dokładnie sposób znalazłem się pod prysznicem. Odzyskałem przytomność gdzieś pomiędzy mydlinami na skroniach i łzami na policzkach. Sięgnąłem po szampon leżący w rogu i zacząłem zmywać z siebie narkotyczny pot i zwykły wstyd. W tle słyszałem wrzawę ciągnącej się imprezy. Który to już dzień? Miesiąc? Rok? Straciłem rachubę dawno temu.
Rozmowy stały się głośniejsze, lecz ja – dalej w mydlinach – nie mogłem dostrzec, co dzieje się na zewnątrz. Nagle ktoś rozsunął plastikowe drzwi kabiny prysznicowej. I czekał.
W końcu udało mi się uporać z szamponem, lecz zanim do tego doszło, mój gość był już nagi. I gotowy, biorąc pod uwagę jego sterczącego kutasa.
– Mogę dołączyć? – spytał Paweł, obecny chłopak mojego byłego chłopaka, też Pawła, który również był na tej domówce. Siedział pewnie na kanapie w pokoju obok.
– Jasne – odparłem, wzruszając ramionami, bo naprawdę mało obchodziło mnie, co wydarzy się dalej.
Paweł wszedł pod prysznic, uklęknął przede mną i obciągnął mi z finiszem w swoich ustach. Gdy skończył, spojrzał mi z klęczek prosto w oczy i powiedział:
– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Z jego ust spływała moja sperma, a ja przypomniałem sobie, że żyję już kolejny rok.
Po numerku Paweł wytarł się, uśmiechnął, założył ubranie na swoje piękne ciało i wyszedł z łazienki. Znów zostałem sam – bogatszy o oral, biedniejszy o zapas spermy. Westchnąłem głośno, jakby ktoś miał to usłyszeć, jakby ktoś miał się tym przejąć.
– No to wracamy – powiedziałem do wszystkich głosów z mojej głowy i wyszedłem spod prysznica.
Rozejrzałem się po łazience Sylwestra. Siedzieliśmy u niego kolejny dzień. Znalazłem ręcznik po Pawle i także z niego skorzystałem. Pogrzebałem w kosmetykach, które walały się wokół umywalki. Nałożyłem przypadkowy krem, jakby w nadziei, że ukoi palącą mnie skórę. A przynajmniej tak się łudziłem, bo dobrze przecież wiedziałem, że jedyną ucieczką od siebie jest kolejna bombka.
Bombka, warto wyjaśnić, to autorski drink Sylwka, który polega na nalaniu zimnej wódki do szklanki i wrzucenia do niej grudki amfetaminy zawiniętej w skrawek chusteczki higienicznej. Podwójny kop alkoholowo-narkotyczny, zero marnowania czasu i substancji. Ekonomia afteru ponad wszystko.
Po szybkim ogarnięciu się w łazience wróciłem do rodziny. „Rodziną” nazywaliśmy wszystkich narkomanów, z którymi aktualnie wciągaliśmy. Polegało to na tym, że po narkotykach i wódce gadaliśmy o wszystkich traumach, przed którymi uciekaliśmy w te właśnie narkotyki i w tę właśnie wódkę. Myśleliśmy, że to nas oczyszcza, że nas do siebie zbliża, że umacnia nasze przyjaźnie. Naprawdę byliśmy o tym przekonani!
Pierwszą osobą, na którą wpadłem po wyjściu, był Paweł, ten mój były, którego obecny chłopak – też Paweł – obciągnął mi kilka minut wcześniej w kiblu. Spojrzał na mnie i już wiedziałem, że wie.
– Mam nadzieję, że się nie gniewasz? – powiedziałem, udając zainteresowanie.
– Weź przestań! – machnął ręką. – Ale on ma super miękkie usta, co? Dobrze obciąga, prawda? – dodał.
„Dobrze obciąga?” – to pytanie dźwięczało mi w głowie, gdy skierowałem się do salonu, w którym znajdowała się cała rodzina. Usiadłem na swoim poprzednim miejscu i sięgnąłem po szklankę, z której wcześniej sączyłem wódkę.
– Kurwa, zrobiliście z tego popielniczkę?! – krzyknąłem, wypluwając na podłogę czyjegoś peta.
Wszyscy zanieśli się śmiechem.
– Gramy dalej? – rzuciła Sylwia, zaciągając się papierosem.
– Biorę pytanie – oświadczyłem, przepijając obrzydliwy smak petów jakimś rozgazowanym piwem, które znalazłem obok.
Sylwia była prawdziwą gwiazdą rodziny. Była nieco starsza od reszty, prowadziła własny biznes i dysponowała budżetem większym niż stykający ledwo na dwa drinki i jeden gram. Miała samochód, marzenia i podwiązane jajniki, dzięki czemu nie musiała myśleć o tym, czy jej kolejny fagas założył gumę, czy nie. Mogła w pełni oddać się rozkoszy – a że gustowała w gigantycznych penisach, rozkosz była także gigantyczna. Wiem, bo wielokrotnie pieprzyła się w mojej obecności, wyrażając swoje zadowolenie głośnymi krzykami. Heteryckie porno na żywo – i to bez konieczności uiszczania opłaty. No, czasami trzeba było tylko odprawić jakiegoś adonisa, dać mu na bilet czy szklankę wody. Absolutnie opłacało się dla tego kina, które człowiek dostawał w zamian.
– Wymień trzy osoby, z którymi miałeś najgorszy seks, a które znamy – narzuciła Sylwia. Wszyscy zgromadzeni przy stole spojrzeli z mieszanką zaciekawienia i obawy, bo wiedzieli, że jestem dość gościnny w kroku i dużą część z nich miałem już w łóżku.
– Nie wiem, czy umiem trzy, ale w czołówce jest na pewno Maciek – powiedziałem, w pełni świadomy tego, co się za chwilę wydarzy.
I wydarzyło się. Maciek aż powstał, cały czerwony, rozlewając przy tym swojego drinka. Był wściekły.
– Co ty, kurwa, pierdolisz? Jaki najgorszy? – wycedził i widać było, że bardzo chciałby jakoś bardziej stanąć w obronie swoich umiejętności, ale nie miał za bardzo jak.
– Maciek, no było mocno średnio, chyba sam przyznasz. To było wręcz trochę żałosne – odpowiedziałem mu spokojnie.
Po uzupełnieniu poziomu wódki w organizmie doszedłem do swojego ulubionego punktu zen, w którym wszystko lekko kołysze, lecz nie na tyle, bym jeszcze mylił postaci.
– Pierdol się – rzucił.
– Chętnie, ale nie z tobą – odpowiedziałem, a reszta rodziny się zaśmiała.
Maciek wyraźnie nie miał nic więcej do powiedzenia, bo usiadł z powrotem i zaczął grzebać w telefonie. Po chwili dźwięk esemesa ocucił ledwo już siedzącego Pawła, który najwidoczniej wyczerpał już całą swoją energię na zrobienie mi loda. Zerknął na telefon i zaśmiał się, a do mnie dotarło, że weszliśmy z Maćkiem na ten poziom znajomości, w którym wzajemnie piszemy na siebie do wspólnych ziomków obelżywe wiadomości, lecz gdy ktoś zapyta, czy coś się między nami dzieje, to nie udajemy, że wszystko jest okej. Ech, po prostu kolejny kolega, który mnie nienawidzi. Nic nowego.
Pograliśmy jeszcze trochę w pytanie czy wyzwanie w wersji afterowej, czyli chamskie pytanie lub jeszcze bardziej chamskie pytanie, po czym nastąpiła typowa zmuła. To ten stan, gdy po kilku dniach ćpania organizm stara się dać ostateczny sygnał, że już nie wyrabia i potrzebuje odpoczynku, więc wszyscy kładą się na ziemi i próbują zasnąć, choć nie jest to możliwe, bo są tak naćpani, że uda im się odpłynąć dopiero za kilkadziesiąt godzin. Cała rodzina rozproszyła się więc po mieszkaniu, każdy z oczami jak pięć złotych i nadzieją na to, że jakimś cudem dzięki temu nasze ciała się zregenerują i będzie można kontynuować proces ich wyniszczania.
Położyłem się w pokoju za salonem, a obok mnie leżała Sylwia i jeszcze dwie osoby, które dołączyły do nas jakiś tydzień temu. Średnio je kojarzyłem. Nie wiedziałem też, ile z nami zostaną, więc na razie nie byłem zainteresowany integracją. Wielokrotnie już traciłem na nią czas, uczyłem się tych jebanych imion, a później okazywało się, że zostali wypierdoleni z naszego gangu za złodziejstwo czy donosy. Jebać to, jak się sprawdzą, to wtedy zaszczycę ich zapamiętaniem, jak się wabią. Póki co musi im wystarczyć fakt, że mogą przebywać w moim towarzystwie.
Po tych słowach Maciek odkleił się od mojego krocza i wstał z obłędem w oczach. Zaczął łazić po mieszkaniu, wyraźnie czegoś szukając.
Chcesz czytać dalej?
Zapisz się do newslettera Newhomers i odbieraj fragmenty książek, premiery i najciekawsze treści prosto na maila.
Leżeliśmy i leżeliśmy. Wszyscy w ciszy, słychać było tylko szybkie bicie naszych serc i nieregularne oddechy. Zamykaliśmy i otwieraliśmy co chwila oczy, w nadziei, że za kolejnym razem uda się jednak zasnąć, zresetować te marne ciała i jakoś je uzdrowić, by móc dalej się niszczyć. Czas stanął w miejscu, w powietrzu unosił się smrodliwy miks trawionego alkoholu i narkotycznego potu, jaki wydzielały nasze ciała. Gdyby ktoś trzeźwy wszedł teraz do mieszkania, zobaczyłby kilkanaście osób leżących w ciszy i odorze, niezręcznie trwających w nicości, jaką sobie sami zaserwowaliśmy. To piekło, które jest rajem, które jest piekłem, które kupowaliśmy za trzydzieści złotych gram.
Moje zamknięte powieki paliły mi oczy. Czułem, że nic z tego nie będzie, że nie dam rady zasnąć. Trwałem jednak w tym stanie, bo co innego miałem robić? Wziąć się w garść, jak radziła mi rodzina? Zatrzymać się i spojrzeć, co ze sobą wyrabiam? Wyrabiałem, co chciałem, choć właściwie nie miałem takiego poczucia. Miałem poczucie, że ta moja łajba zwana życiem zmierza nieuchronnie ku przepaści, a ja byłem już zmęczony wiosłowaniem z nurtem rzeki. Brakowało mi już sił, poddałem się. Kiedyś na jednym ze swoich stu blogów ukułem termin „pogodna rezygnacja” i trzymałem się go mocno, choć wiedziałem, że to wszystko ciągnie mnie w dół.
Ktoś postanowił jednak wykorzystać inaczej ten czas, bo w pewnym momencie poczułem, że jakaś osoba rozpina mi spodnie, zdejmuje majtki i zaczyna lizać mojego kutasa. Niestety, ten ktoś zabrał się do rzeczy tak nieumiejętnie, że od razu wiedziałem, z kim mam do czynienia.
– Maciek, odpuść sobie… – powiedziałem, ledwie otwierając oczy, by upewnić się, że to właśnie on. Nie myliłem się.
– Kurwa, Patryk, daj mi odpracować – odparł, gdy tylko wyjął mojego mimo wszystko nabrzmiałego już fiuta z ust.
– Stoi mi nie dlatego, że jesteś dobry, tylko dlatego, że podnieca mnie myśl, jak bardzo zły w tym jesteś.
Nie wiem, dlaczego mu to powiedziałem. Nie wiem też, czy to miało jakikolwiek sens. Zrobiłem to, bo po prostu chciałem go zranić. Zrobiłem to, bo ranienie innych sprawiało, że sam nie byłem raniony. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.
Po tych słowach Maciek odkleił się od mojego krocza i wstał z obłędem w oczach. Zaczął łazić po mieszkaniu, wyraźnie czegoś szukając.
– Gdzie jest moja pierdolona torba… – syczał. Czuć było, że dotknąłem go tymi słowami. W końcu ją znalazł. – Pierdol się zjebie, wszyscy się pierdolcie, nienawidzę was! – rzucił, stojąc w drzwiach. Następnie, niczym w rasowej telenoweli, trzasnął nimi tak, by cała publiczność aż podskoczyła.
– Paa! – rzuciła nagle Sylwia. Roześmialiśmy się, zupełnie wypłukani narkotykami i alkoholem. Śmiech załatwiał nam – a przynajmniej tak myśleliśmy – wszystkie emocjonalne potrzeby. Był odpowiedzią na smutek, strach, zakłopotanie, złość i wszystkie inne uczucia, które tak namiętnie dusiliśmy.
Minęły jeszcze dwa dni lub dwa tygodnie – nie wiem, nie interesowało mnie to. Czas wyznaczał nie zegarek, a kolejne kreski amfetaminy czy mefedronu, zależy, co kto przyniósł. W końcu jednak następował moment przerwy, gdy nasze zdezelowane organizmy potrzebowały mimo wszystko odpocząć. Rozjeżdżaliśmy się wtedy, każdy do swojego domu, by zregenerować się, zrobić coś z życiem albo postanowić poprawę. I ostatecznie, jak za każdym razem, nie dotrzymać słowa.
„Dwadzieścia kilka lat niczego nie dokonałem / dwadzieścia kilka lat i żadnych na życie planów” – śpiewali Cool Kids of Death i w moich słuchawkach marki Kioskowe Gówno Za Dziesięć Złotych brzmiało to wyjątkowo autentycznie. Wyjątkowo jak na mnie.
Miałem w końcu te dwadzieścia kilka lat, żadnych ideałów, w głowie burzę niekończących się sprzeczności, a na ciele kilka zagojonych już blizn po historiach z samookaleczaniem. Byłem sprzecznością, czułem się błędem, jakąś niedoskonałością w matriksie, która sprawiała, że miałem już nigdy nigdzie nie przynależeć. A tak bardzo tego pragnąłem…
Byłem chudy, „pedalski”, jak określali mnie na mieście luje, ubrany na czarno i przekonany, że to raczej mój schyłek niż początek. Tym schyłkiem żyłem na co dzień, nie planując nic więcej, nie marząc, nawet nie śniąc. Sen był tylko niezbędną regeneracją do dalszej walki. Walki o przetrwanie, którego z drugiej strony tak bardzo nie chciałem. Mówiłem już, że jestem sprzecznością?
Mieszkałem wtedy u matki, bo brak stałej pracy nie pozwalał mi na wynajęcie czegokolwiek w mieście. To było wygodne, bo pościel zmieniała się sama, ciepło włączało się samo i można było ukraść coś z lodówki. Miałem oczywiście poczucie, że przeginam, że to niewłaściwe, że wykorzystuję sytuację, ale nie pozwalałem emocjom rozwinąć się w sobie. Dusiłem je i zgniatałem w zarodku.