Kiedy piszę te słowa, nie piję od siedmiu tysięcy trzystu szesnastu dni, czyli od dwudziestu lat i jedenastu dni. To na tyle długo, żeby pamięć o cierpieniu płynącym z aktywnego uzależnienia zacierała się i blakła. To wystarczająco dużo czasu, żeby w trzeźwości osadzić się i zhardzieć, żeby naprawić pijackie błędy i odbudować okulawione alkoholem życie. Moje zdrowienie trwa dłużej, niż trwało moje picie. Pierwsze piwo wypiłem w wieku piętnastu lat, ostatnią wódkę trzy tygodnie po moich trzydziestych urodzinach. Dwadzieścia lat to szmat czasu. W trzeźwości przeżyłem wiele: narodziny córki, śmierć kilku ważnych dla mnie osób i otarcie się o śmierć własną, rozwód, miłość, ślub, biedę i dobrobyt, porażki i zwycięstwa, doświadczenie pustki i dotknięcie pełni. Bo trzeźwość to nic innego niż pozwolenie sobie na spotkanie z całym spektrum przeżyć, bez konieczności znieczulania się i ucieczki w chemiczny niebyt. To uczenie się akceptacji i brania życia takim, jakie jest. To wolność, ale i świadoma zgoda na dyskomfort.
Pomysł na napisanie tej książki przyszedł do mnie nagle. Jechałem samochodem do supermarketu po cytryny i wodę kokosową i wtedy mnie olśniło. Pomyślałem, że chciałbym przeczytać książkę o dojrzałym trzeźwieniu, o sposobach na radzenie sobie z życiem, kiedy pierwsze trzeźwieniowe potyczki i trudności są już za nami, a alkohol lub inne zniewalające substancje przestają być problemem. O tym, jak radzić sobie z życiem przeżywanym na surowo, bez odcinania się i kompulsywnego kojenia.
Na terapii uzależnień i na mitingach wspólnot trzeźwościowych często słyszymy, że problemem alkoholika nie jest alkohol, a on sam. Że alkohol traktujemy jak lekarstwo na własne deficyty i nieumiejętności. Na emocje, które bolą. Na traumy, które nie dają o sobie zapomnieć. To prawda. Zakręcenie butelki i decyzja o niepiciu to zaledwie początek drogi. Zdrowienie z choroby alkoholowej to długi i skomplikowany proces. To doświadczenie nieustającej zmiany i – jakkolwiek banalnie to zabrzmi – poznawanie samego siebie oraz naprawianie tego, co nie działa. Dojrzałe trzeźwienie to zaopiekowanie się tym wszystkim, co pchnęło nas w nałóg.
Wróciłem z supermarketu i odpaliłem internet. Wpisałem hasło „dojrzała trzeźwość” po polsku i po angielsku. Wyskoczyły głównie oferty terapii uzależnień dla seniorów i kilka artykułów o fazach trzeźwienia. Kilka podcastów. Książek jak na lekarstwo. Wtedy zdałem sobie sprawę, że należę do grupy, której problemy nikogo nie interesują, która jest zostawiona sama sobie. Ludzie z długim stażem trzeźwości są traktowani jak ozdrowieńcy, choć skutki uzależnienia i ryzyko potencjalnych nawrotów choroby utrzymują się przecież do końca życia. Książek o tym, jak przestać pić, jest mnóstwo, można by nimi zapełnić całą księgarnię. Oferta poradnikowa dla tych, którzy dopiero zaczynają trzeźwieć, jest równie bogata. A co z tymi, którzy nie piją pięć, dziesięć czy dwadzieścia lat? Pustynia, jakby problemy ludzi w wieloletniej trzeźwości były identyczne z problemami tych, którzy nigdy nie przeszli przez piekło uzależnienia. Przecież już sobie poradziliście, dobra robota, nie wiem, jak tego dokonałeś, ale tak trzymaj, bo coś robisz dobrze – tak wygląda ta narracja. A przecież wtedy, po kilku latach bez alkoholu, kiedy mija pierwsze zachłyśnięcie się trzeźwym życiem, robota nad odzyskaniem siebie dopiero się rozpoczyna. Wszystko, co bulgotało pod uzależnieniem i było jego tworzywem i pożywką, cały ten smród i brud wyłażą na wierzch. Zalewają brudnymi falami. I domagają się uwagi, często z mocą nieznoszącą sprzeciwu. Zignorowane, wystawią bezlitośnie wysoki rachunek, a w najlepszym razie nie pozwolą na rozwój i realizowanie własnego potencjału. W najgorszym – potrafią pchnąć z powrotem w odmęty picia lub ćpania.
W czytanym na mitingach AA fragmencie piątego rozdziału tak zwanej Wielkiej Księgi, czyli książki Anonimowi Alkoholicy, znajduje się zdanie, które z reguły umyka uwadze słuchających. Brzmi ono: „AA jest jedynie wytyczną dla ogólnego rozwoju”. Wydaje się banalne i nieistotne, ale to właśnie ono po kilku latach trzeźwienia zaczęło brzmieć w mojej głowie niczym dzwon. Skoro jest „jedynie wytyczną”, czyli kierunkowskazem i początkiem, to co jest dalej? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie.
W tej książce opisuję historię swojego rozwoju – mojej drogi do zmiany, która nie była spacerkiem po parku, a krętą i wyboistą ścieżką. Przez ostatnie dwadzieścia lat robiłem w życiu wiele rzeczy. Byłem na kilku terapiach, chodziłem na mitingi AA, przerabiałem program dwunastu kroków, wkręciłem się w buddyzm zen, ćwiczyłem sztuki walki, imałem się wielu zawodów, ukończyłem studia psychologiczne i zostałem psychoterapeutą, napisałem kilka powieści. Mam poczucie, że nie zmarnowałem szansy, jaką daje trzeźwość. Jednocześnie wiele razy gubiłem się i błądziłem, szedłem przez życie po omacku, wpadałem w czarną rozpacz, nieraz uginałem się pod ciężarem niepewności, wstydu i poczucia winy. Wciąż szukam drogi i kiedy czasami myślę, że już ją znalazłem, dochodzę do kolejnego skrzyżowania. Tak chyba będzie zawsze.
To książka o trzeźwieniu. Chcę myśleć, że o trzeźwieniu dojrzałym, takim, którego efektem jest wgląd w siebie, satysfakcja z codzienności i szczęśliwe życie. Piszę o mojej drodze, o moim wychodzeniu z nałogu, dlatego tezy zawarte w tej książce są wysoce subiektywne. Nie musicie się ze mną zgadzać, ba, pragnę nawet, żebyście się ze mną nie zgodzili. Nie twierdzę, że trzeźwieję lepiej od kogokolwiek innego, ani że posiadam jakąś niedostępną dla innych wiedzę na temat wychodzenia z uzależnienia, choć przez ostatnie lata kwestia trzeźwości zajmuje w mojej głowie istotne miejsce. Ta książka to zbiór refleksji z dwudziestu lat wolności od alkoholu. Mojej wolności i moich refleksji. Nie będę pisał o piciu, szkoda czasu na pijackie opowieści z alkoholowego frontu. Opowiem Wam o sobie: jak to wszystko się zaczęło, jak wyglądała moja droga i dlaczego warto szukać samego siebie i trzeźwieć świadomie. Swoje historie i wspomnienia będę przeplatał rozważaniami terapeutycznymi, które być może pomogą Tobie, Czytelniku, w znalezieniu lub korekcie Twojej drogi w dojrzałej trzeźwości. W drugiej części tej książki zamieściłem wywiady z osobami, które trzeźwieją od wielu lat i na rozmaite sposoby. Uważam, że wielogłos jest w tym kontekście bardzo ważny. Do dojrzałej i satysfakcjonującej trzeźwości wiedzie bowiem wiele dróg.
W tych piżamach wyglądamy jak wariaci, szczególnie kiedy wyprowadzają nas na papierosa. Normalnie Lot nad kukułczym gniazdem.
Chcesz czytać dalej?
Zapisz się do newslettera Newhomers i odbieraj fragmenty książek, premiery i najciekawsze treści prosto na maila.
Jak to się zaczęło
Lato 2004 roku. Trzypokojowe mieszkanie w spokojnej dzielnicy na północno-zachodnich przedmieściach Chicago. Sobota po południu. Moja żona wychodzi z łazienki. Leżę na kanapie w salonie, a do pokoju wpada ciepłe światło. Dzień jak co dzień, jestem na kacu podleczonym piwem, odpoczywam przed piciem wieczornym. Żona mówi, że zrobiła test i że będziemy mieli dziecko. W słonecznym promieniu wpadającym przez okno tańczą drobiny kurzu. Świat nagle zawęża się do jednego pulsującego punktu. Będę ojcem. Niby słyszę, co żona do mnie mówi, ale to zbyt abstrakcyjne. Nie potrafię się ucieszyć, ku mojemu zaskoczeniu nie ma we mnie lęku. Jest tylko jedna myśl, pulsująca niczym czarna dziura pośrodku odległej galaktyki. „Musisz przestać pić! To dziecko nie może mieć ojca pijaka. Musisz przestać pić!”
Jesień. Spoglądam na wyświetlacz mikrofalówki, zegar wskazuje siedem minut po ósmej. Ósmej rano, gwoli ścisłości. Od trzech tygodni jestem w ciągu. Nie, chwileczkę, od dziesięciu lat jestem w ciągu, ale od trzech tygodni chleję, jakby miało nie być jutra. Trochę mnie trzepie, głowa łupie tępym bólem, ale wiem, że to jest ten dzień. Wyciągam z zamrażalnika opróżnioną w dwóch trzecich butelkę taniej wódki marki Dimitri. Straszny syf w plastiku, najtańsze gówno, ale zawiera to, czego potrzebuje mój zniewolony etanolem organizm.
Pociągam mały łyk i zapijam sokiem. Wódka przyjmuje się, żołądek nie reaguje skurczem, więc pociągam z gwinta jeszcze raz, tym razem porządnie. Zamykam oczy. Nadchodzi fala upragnionego spokoju, no może falka. Uśmiecham się do siebie, podchodzę do zlewu i wylewam resztę wódki, pusta butelka ląduje w koszu. Jestem spokojny i opanowany. Zażyty z samego rana diazepam robi swoje. Pozostaje doczekać do popołudnia, bo miejsce na detoksie zwalnia się dopiero po piętnastej. Miałem się tam zgłosić już wczoraj, dzwonili do mnie i zostawili wiadomość, ale oczywiście odmówiłem i okłamałem żonę, że nie było wolnych miejsc. Jestem kłamcą, jestem manipulatorem, jestem ostatnim chujem. Zrobię wszystko, byle się napić, byle nie cierpieć, żeby się nie rozpaść. Ale dzisiaj jest ten dzień. Mam tabletki na uspokojenie, a z nimi padaczka mi niestraszna. Przez chwilę żałuję, że nie dokończyłem flaszki, a nie mam ani centa, żeby kupić kolejną. Poza tym obiecałem żonie, samemu sobie i naszej nienarodzonej córce, że ten poranny łyk będzie ostatnim. Wiem, że gdyby nie tabletki i gdybym miał choćby pięć dolarów, moja obietnica nie znaczyłaby nic. Uwalam się na kanapie i odpalam telewizor. Biorę jeszcze jeden diazepam i odpływam w benzodiazepinowy niebyt. Jest 21 października 2004, ostatni dzień mojego picia.
Żona zawozi mnie do Rockford, do ośrodka leczenia uzależnień Rosecrance. To godzina jazdy, większość drogi spędzamy w milczeniu. Wiem, że ona nie wierzy, że to się uda. Jak może się udać, skoro sam w to nie wierzę? Na detoksie biorą mnie do kanciapy i każą się rozebrać, pochylić i kaszlnąć, normalnie jak w ciupie, choć akurat tam jeszcze nie trafiłem. Sikam do plastikowego pojemnika. Po chwili wraca pielęgniarka z wynikami testu na dragi i mówi, że nie mogą mnie przyjąć, bo mam benzo w systemie. Tłumaczę jej, że leki dostałem ze szpitala w zeszłym tygodniu i wziąłem dzisiaj, żeby primo – nie pić, secundo – nie dostać padaczki. Upiera się, że z benzo w systemie nie biorą, że muszę jechać do szpitala. Ale przecież nie mam ubezpieczenia medycznego, w szpitalu dadzą mi kolejne benzo na uspokojenie i wypuszczą po trzech godzinach, bo nikogo nie interesuje cackanie się z takim zapitym roztrzęsionym śmieciem jak ja. Zaklinam się, że nie jestem od tego świństwa uzależniony, że ze mnie zwykły alkoholik, że nałogowo walę wódę, nie tabletki. Ale ona pracuje na detoksie i jej oczy mówią: „nie pitol mi tu, synu, ja to już miliard razy słyszałam”. Prawie zbiera mi się na płacz, bo przecież nie mogą mnie stąd wypuścić, nie mogę zadzwonić do żony i powiedzieć: „Słuchaj, przyjedź po mnie, bo mam benzo w sikach i, wiesz, jest problem, muszę jechać do domu, a po drodze znowu musisz mi dać na zero siedem Dimitrija, żebym się nie rozpadł. I nie przejmuj się, jakoś to będzie”. Nie mogę dalej tak żyć. Nie mogą mnie stąd wypuścić, bo będzie po ptakach. Moja córka urodzi się za półtora miesiąca. I co? Na powitanie chuchnę jej w buźkę tanią gorzałą? Jakaś część we mnie, ta pijana, mówi, że jakoś sobie poradzimy. Pierdol się, kłamiesz! Łamiącym się głosem błagam ich, żeby mnie nie wyrzucali, zbiera mi się na płacz i ten facet, który kazał mi kaszlnąć, mięknie, bierze pielęgniarkę na stronę i coś jej tłumaczy, a kiedy wraca, klepie mnie po plecach i wręcza zieloną piżamę.
W tych piżamach wyglądamy jak wariaci, szczególnie kiedy wyprowadzają nas na papierosa. Normalnie Lot nad kukułczym gniazdem. Z dwudziestu czterech pacjentów jako jedyny nie palę, ale wychodzę z nimi, żeby zabić czas i odetchnąć świeżym powietrzem. Łazi za mną młoda dziewczyna, heroinistka. Nawet ładna, choć heroina wyżłobiła już na jej twarzy opiatowe zgrubienia. Pyta mnie, który raz jestem na detoksie. Mówię, że pierwszy i ostatni, bo już nigdy w życiu nie napiję się alkoholu. Patrzy na mnie z takim zdziwieniem na twarzy, jakby zobaczyła ducha, po czym idzie do grupki palących, pokazuje na mnie palcem i coś mówi, a wszyscy wybuchają śmiechem. Po chwili podchodzą do mnie. „Ja tu jestem trzydziesty czwarty raz”, mówi chudy ogorzały facet z wyblakłym tatuażem skorpiona na szyi. „Good for you. Ja jestem pierwszy i ostatni”. „Jesteś popieprzonym Polakiem”, mówi. Może i jestem, ale swoje wiem, już nigdy tu nie wrócę. Prędzej wsadzę sobie w serce kuchenny nóż, tak jak planowałem. Albo wejdę nocą pod rozpędzony pociąg.
Dostaję łóżko w pokoju dwuosobowym. Obok mnie leży Drew, weteran z Iraku, alkoholik z zespołem stresu pourazowego. Fajny gość, kontaktowy, rozbawia nas wszystkich historiami z wojska, przy śniadaniu przygważdża do blatu spacerującego po stole pająka i zjada go, wzbudzając piski pacjentek. Jajcarz, dusza towarzystwa, chciałbym być taki otwarty jak on. Drew wylądował na detoksie, bo dostał padaczki alkoholowej podczas jazdy samochodem. Szczęśliwie zdołał wcześniej zjechać na pobocze i rozwalił tylko zderzak. Mówi, że to już koniec z piciem, że nadszedł jego czas i teraz albo nigdy. Detoks jest profesjonalny, wspomagany medycznie, więc objawy odstawienne są łagodzone przez leki przciwdrgawkowe i uspokajające. Wieczorem, leżąc w łóżkach, rozmawiamy z Drewem o pójściu na terapię i o tym, że już nigdy nie napijemy się wódki. Gadamy do późna, opowiada mi o wojnie, o swoich zabitych kumplach. O dziewczynie, z którą ma syna i z którą się ożeni, jak tylko ogarnie się z alko. Kiedy się budzę, już go nie ma, wyszedł nad ranem na własne żądanie. Kiedy ja siadam do śniadania, on pewnie jest już pijany. No cóż, jak to mawiają w AA, lepiej on niż ja.
Po południu na oddział przychodzi dwóch facetów. To spikerzy, czyli alkoholicy z dość długimi stażami trzeźwości, mający zaszczepić w nas aowskiego ducha i wzniecić nadzieję na lepsze trzeźwe życie. Pierwszy, biały facio z wąsem, opowiada, że jego życie zmieniło się, odkąd Siła Wyższa odebrała mu obsesję chlania. Mówi, że znalazł w życiu Boga i pasję – grę w golfa – i że ostatnio był na Hawajach i grał w golfa na wulkanie. Że jest za to wdzięczny. Słucham go i czuję, jak pęcznieje we mnie wkurw. Jak w golfa, jaki wulkan, myślę sobie. Gościu, mnie za chwilę rodzi się córka, a nie mam na opłacenie mieszkania. Pewnie wyjdę stąd i za tydzień będę znowu pijany, bo nie mam żadnego pomysłu, jak się wydostać z tego bagna. Jego świadectwo utwierdza mnie w przekonaniu, że ci z AA to banda nadętych buców bez pojęcia o prawdziwych problemach. Ale wtedy z krzesła podnosi się drugi spiker. Jest łysy, nabity i cały w dziarach. W ręku trzyma zaczytaną do imentu Wielką Księgę. Zaczyna opowiadać swoją historię o tym, że był żołnierzem w ulicznym latynoskim gangu, jak strzelał do ludzi i jak strzelano do niego, że zrobił w życiu wiele złych rzeczy. Teraz jest od dziesięciu lat trzeźwy i jego życie się zmieniło, idzie prostą drogą, jest uczciwy, a trzeźwość utrzymuje dzień po dniu. „Jeśli ja mogłem się podnieść, każdy może”, mówi, a ja czuję ciarki na całym ciele. Czuję, że ten człowiek nie ściemnia. Jego prawda i autentyczność coś we mnie rozpuszczają. Kiedy obaj spikerzy wychodzą z sali, eksgangster dotyka mojego ramienia, pochyla się i szepce mi do ucha: „Będzie dobrze”. Przez kolejne lata będę wypatrywał go na różnych aowskich zgrupowaniach, żeby podziękować za dar, który wtedy od niego dostałem, ale nigdy go nie spotkam. Do dzisiaj czuję na ramieniu jego dłoń.