FRAGMENT KSIĄŻKI

Alkoiluzja

Robert Rutkowski & Irena A. Stanisławska 7 MIN CZYTANIA

Wszyscy zostaliśmy oszukani

Irena Stanisławska: To nasza czwarta wspólna książka, ale wcześniej nigdy nie byłeś aż tak zmotywowany do pisania. Dlaczego teraz tak bardzo nalegałeś, żeby zabrać się za ten temat?

Robert Rutkowski: Większość książek, w których podejmowany jest temat alkoholu w naszym życiu, dotyczy problemu alkoholizmu – jak przestać pić, gdy jest się uzależnionym. Ja chcę napisać książkę o tym, dlaczego warto całkowicie przestać pić, nie mając wcześniej problemów z uzależnieniem, a najlepiej w ogóle nigdy nie zaczynać.

W czasie mojej ponad trzydziestoletniej pracy psychoterapeutycznej miałem możliwość obserwowania, do czego prowadzi ludzi kłamstwo na poziomie osobniczym, tylko w zakresie indywidualnej egzystencji. W tej książce chcę mówić o szczególnie niebezpiecznym zjawisku: o gigantycznych kłamstwach na temat alkoholu, praktykowanych przez struktury polityczne, społeczne, biznesowe i – co najsmutniejsze – religijne.

Do czego byliśmy zdolni jako ludzie przed wiekami czy tysiącami lat, obszernie pokazują różne dzieła pisane z zapałem, najpierw pismem obrazkowym, a potem w każdy inny sposób, jaki został wynaleziony. Brutalne morderstwa, nieludzka przemoc, najwymyślniejsze tortury, wszelkiego rodzaju wynaturzenia, chciwość, żądza władzy, lubieżność – to wszystko leży w naturze człowieka od zawsze. Zakładanie, że się ucywilizowaliśmy i teraz już na pewno jesteśmy istotami rozumnymi, że to tylko mroki przeszłości, że okres oświecenia nas oświecił, a okres romantyzmu nas uromantycznił, jest daleko idącą naiwnością. A nawet jest niebezpieczne, bo tracimy czujność i wolę dbania o dogmaty i zasady prawne czy moralne. Człowiek współczesny – wypełniony brakiem pokory, bałwochwalczym wpatrzeniem w swoją wydumaną wyjątkowość, oddający się bezkrytycznie różnym otępiającym czynnościom – zatraca się w poczuciu, że nie potrzebuje żadnych wskazówek, ponieważ wie lepiej, co dla niego dobre. Efekty takiej postawy widać w statystykach samobójstw, depresji, rozwodów, morderstw oraz liczbie ludzi uzależnionych i pozbawionych nie tylko sensu życia, ale też, co najgorsze, jakiejkolwiek woli czerpania z życia satysfakcji w przyjazny dla siebie i swoich bliskich sposób. Króluje hedonizm, zaślepiający jego wyznawców chwilowym ukojeniem w toksycznych rozkoszach różnych substancji psychoaktywnych, w salonach gier hazardowych czy w ramionach płatnych kochanek bądź kochanków. Kondycja psychiczna współczesnego człowieka według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) jest najgorsza w historii świata.

Jak zauważyłem, przyjęliśmy, że alkohol jest stałym elementem naszego żywota – podobnie jak piasek, muszle, zielone liście, owoce, słońce, woda. Jest traktowany jak te czynniki, czyli jako element umilający i upiększający naszą planetę, ale też niezbędny do życia. Zestawiając to z ogromem krzywdy, cierpienia, strat psychicznych i materialnych, jakie są wywoływane na świecie przez konsumpcję alkoholu, zacząłem wiele lat temu gromadzić materiały świadczące o tym, że rzeczywistość dotycząca alkoholu jest zupełnie inna niż nasze o nim wyobrażenia, dodatkowo podtrzymywane przez zakłamany przekaz w mass mediach, kulturę masową oraz większość Kościołów różnych wyznań.

W trakcie rozmów z pacjentami, nie tylko uzależnionymi od substancji chemicznych (w tym również od alkoholu), ale szczególnie z tymi, których przywiodły do mojego gabinetu inne życiowe bolączki niż alkoholowe obsesje, zauważyłem, że większość z nich całkowicie ignoruje wpływ alkoholu na swoje zdrowie. Grozę budzi fakt, że bardzo wiele osób mających zdiagnozowaną depresję i w związku z tym przyjmujących niekiedy leki nie rezygnuje z sięgania po alkohol. Co gorsza, wielu lekarzy nie stawia pacjentom wyraźnych granic w tej kwestii.

W ramach wywiadu terapeutycznego z pacjentem często zadaję pytanie o powód sięgania po alkohol. U osób uzależnionych odpowiedzi są zazwyczaj oczywiste, ale najciekawsze pojawiają się u tych, którzy są wolni od obsesji spożywania nałogowo alkoholu, konsumują go nieregularnie, sporadycznie. Przede wszystkim pojawia się zaskoczenie na samo pytanie: „Dlaczego miałbym się nie napić w towarzystwie?”, „A co, ja alkoholik jestem, że miałbym odmówić?”, „A co, ja jakiś dzikus jestem?”, „Tylko dla zdrowotności, jak babcia przykazała”, „Przecież wszystko jest dla ludzi”.

Dorośli będący pod wpływem alkoholu towarzyszą nam od dnia naszych narodzin. Jeszcze nie rozróżniamy kolorów, nie chodzimy, ledwie gugamy nieporadnie, a nasz mózg już rejestruje szczerzących do nas zęby, podchmielonych dorosłych trzymających kieliszek w ręku.

Od maleńkości uczymy się otaczającego nas świata w odorze alkoholu, wzrastając wśród nieobecnych, otumanionych alkoholem dorosłych.

Od niepamiętnych czasów świat dorosłych pełen jest lekarzy operujących na rauszu, adwokatów w tym stanie broniących swoich klientów, oskarżających nietrzeźwych prokuratorów. A także polityków ustanawiających prawo pod wpływem alkoholu, nauczycieli znieczulających się wieczorem alkoholem przy sprawdzaniu klasówek, podchmielonych księży spowiadających grzeszników czy błogosławiących małżeństwa i wreszcie, co najbardziej boli, pijanych rodziców bijących swoje dzieci lub tulących je w tym stanie czule do snu.

Podziwiamy sportowców pijących na umór, powierzamy swoje życie i sprawy bezpieczeństwa żołnierzom i policjantom z odbezpieczoną bronią znajdującą się w teczce obok napoczętej butelki wódki oraz urzędnikom popijającym w czasie pracy w toalecie – oraz wielu innym osobom prowadzącym podwójne alkoholowe życie.

Witaliśmy świat w oparach alkoholu, gdy dorośli cieszyli się z naszych narodzin, i żegnamy się z nim, mając wokół siebie wyziewy alkoholowe opłakujących naszą śmierć podchmielonych bliskich. To nie jest katastroficzna wizja z powieści science fiction. To świat, który nas otacza. Wystarczy poczytać gazety, zerknąć na portale informacyjne. Takie obrazy widać wokół nas każdego dnia. Mamy globalną katastrofę całkowitej nietrzeźwości mieszkańców naszej planety, nigdy niebędącej tak bezbronną i łatwą do skolonizowania. Ale wątpię, że znaleźliby się chętni. Ziemia nie jest dla wyższej inteligencji warta zawładnięcia, szczególnie z jej otumanionymi mieszkańcami.

Epidemia pijaństwa prędzej czy później doprowadzi do zagłady naszej planety. I nikt nie będzie musiał w tym pomagać, gdyż duża część ważnych decyzji gospodarczych, społecznych czy politycznych w najróżniejszych zakątkach naszego pijanego świata podejmowana jest, jeśli nie na rauszu, to na kacu, gdy mózg nie działa zbyt sprawnie przez wiele tygodni od ostatniej konsumpcji alkoholu.

Spojrzałem na coraz powszechniejszy problem pijaństwa i alkoholizmu okiem kogoś, kto uzyskał dość wcześnie niezamierzony, zaskakująco skuteczny dystans. Ten dystans zawdzięczam (o paradoksie!) czystemu złu przywdzianemu w anielskie szaty, czyli pięknej i powabnej księżniczce o egzotycznym imieniu wzbudzającym grozę u znawców tematu… Heroinie!

Wolałbym powiedzieć pacjentowi na sesji w gabinecie: „Wiem, co pan czuje, miałem to na kolokwium”, lecz niestety mroczne zakamarki natury ludzkiej znam z autopsji. Jestem trochę jak doktor Jekyll i pan Hyde. Swoje w życiu przeszedłem.

Nie piłem alkoholu do mniej więcej osiemnastego roku życia, ponieważ byłem aktywnym sportowcem (zresztą wtedy młodzi ludzie nie zaczynali pić tak wcześnie jak teraz). W tamtych czasach – na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych – sport nie pływał jeszcze po szyję w morzu alkoholu. Generalnie społeczeństwo polskie nie stroniło wtedy od niego, ale konsumowano go na dużo mniejszą skalę niż obecnie. Muszę jednak ze wstydem wyznać, że raz zdarzyło mi się pić alkohol na zgrupowaniu sportowym reprezentacji Polski. Był to szczeniacki wygłup, zresztą mało udany i niezachęcający do powtórzeń.

Nasi trenerzy nie pili, a starsi zawodnicy nawet jeśli popijali, to nie robili tego ostentacyjnie. Nie pamiętam sytuacji, żeby starsi koledzy z drużyny pili alkohol lub żeby chodziło się na piwo z kolegami z drużyny. Mój sport i sport wokół mnie był pięknie, zadziwiająco pięknie jak na obecne standardy, trzeźwy.

Natomiast parę razy, mając właśnie te osiemnaście lat, wybrałem się na picie alkoholu z kolegami ze szkoły. Wylądowaliśmy nad Wisłą z butelkami wina (wódki nie piliśmy) i konsumowaliśmy ten „nektar Dionizosa”, co oczywiście z nektarem nie miało nic wspólnego, ponieważ były to wina „patykiem pisane” – niezwykle tanie obrzydlistwa, w których fermentację przyśpieszano jakimś preparatem chemicznym i które natychmiast wywoływały efekt wymiotny. Piłem tylko w kontekście społecznym, czyli koledzy i koleżanki, i to tak zwane wino nam towarzyszyło. Pamiętam, że mój organizm był dokumentnie zatruty, przez kilka dni tak bolała mnie głowa, że nie tylko nie zachwyciłem się alkoholem, lecz wręcz się do niego zniechęciłem.

Z dużo większą łatwością poszło mi, niestety, wejście w narkotyki. Alkohol był dla mnie siermiężny, toporny, bardzo prymitywny i – co najważniejsze – powszechny i mało oryginalny. Dla osiemnastoletniego chłopaka z narkotykami wiązała się jeszcze atrakcyjna kwestia buntu pokoleniowego i styku narkotyków z alternatywną muzyką i całym tym naćpanym undergroundem artystycznym. Narkotyki i ludzie z nimi związani imponowali mi, a cała oprawa alkoholowa była zbyt przaśna, jak to się mówiło w subkulturze warszawskiej ulicy: za bardzo paździerzowa. Gdy poznałem heroinę, to już nie było żadnych wątpliwości. Świat alkoholu natychmiast przestał dla mnie istnieć.

Oto co piszą ci, którzy doświadczyli kontaktu z tą „makową panienką”, z tą „heroinową księżniczką”: Witkacy wyznawał, że dzięki niej „nagle znika całe zło”, William S. Burroughs twierdził, że „ona staje się częścią ciebie na poziomie komórkowym”. Michaił Bułhakow umieścił w Morfinie taką wypowiedź głównego bohatera, wiejskiego lekarza: „Nie mogę przestać chwalić człowieka, który pierwszy wymyślił morfinę, to przecież dobroczyńca ludzkości”1. Z kolei pewien bezimienny poeta heroinista ujął uczucia po zażyciu heroiny w ten oto sposób: to tak, „jakby ktoś wlewał w twoje żyły gorącą czekoladę”. To wszystko jednak ledwie namiastka tego, co wywołuje w naszej głowie heroina. Po takim doświadczeniu zupełnie inaczej patrzy się na siermiężną rzeczywistość, a więc też na alkohol spod strzech. Taki dystans powściąga wszelkie zachwyty nad alkoholową miernotą. Alkohol to erzac, iluzja tego, o czym niektórzy marzą, ale są za słabi, aby to osiągać. Wywołuje spazmy zachwytu u tych, którzy ulegają zbyt łatwej egzaltacji. Już wtedy zacząłem traktować alkohol jak upośledzony narkotyk, jak takiego wioskowego przygłupa, który robi dziwne miny, jest nierozgarnięty, ale go się toleruje, bo jest nasz.

W tamtym okresie, gdy byłem mocno zbuntowany, narkotyki były dla mnie jakimś substytutem elitarności. Można śmiało uznać, że zakochałem się, spersonifikowałem tego demona, który o mało mnie nie unicestwił. Tak naprawdę, będąc całkowicie pozbawionym rozumu, sam ledwie tego nie zrobiłem. Nie trzeba było długo czekać i ten iluzoryczny narkotykowy raj zamienił się w namacalne prawdziwe piekło.

Maski opadły i dotarło do mnie, że pływam w wyjątkowo gęstym narkotykowym bagnie. Dotąd środowisko alkoholowe nie było dla mnie atrakcyjne, ale przyszedł ten paskudny moment (paskudny, bo zerknąłem pożądliwie na coś, czym dotąd gardziłem), gdy byłem już bardzo mocno uzależniony od heroiny i zatęskniłem za alkoholową siermiężnością, prostotą, wręcz prymitywizmem. Zacząłem nagle chcieć być jak ci, którzy mnie dotąd nie interesowali. Zacząłem im zazdrościć… Czego?

Pamiętam jak dziś – w 1983 roku, jadąc zimą węgierskim autobusem marki Ikarus warszawskiej linii sto szesnaście, zobaczyłem pijanego mężczyznę na przystanku autobusowym. To było ekstremum mojego nałogu. Byłem na silnym głodzie heroinowym. Dygotałem jak przy malarii. Trząsłem się nie tylko z zimna – głód heroinowy dokładał, jak to zawsze po kilku dniach abstynencji, fizjologiczne rozedrganie ciała i emocjonalne poszatkowanie umysłu na poziomie komórkowym (w takich chwilach naprawdę ma się dosyć całej tej fałszywej, zakłamanej narkotykowej fantasmagorii).

Jechałem tym paskudnym, brudnym, pordzewiałym jak całe moje ówczesne życie autobusem po towar, czyli po swoją codzienną dawkę heroiny. Spojrzałem z okna ikarusa na tego mężczyznę, który leżał rozchełstany na ławce, z zielonym gilem przy nosie, falującym przy kolejnych wdechach i wydechach uśmiechniętego pijaczyny, co czyniło obraz jeszcze bardziej surrealistycznym, i poczułem nie obrzydzenie, ale… zazdrość. Jedni pasażerowie parskali śmiechem, inni – ci bardziej delikatni – odwracali z niesmakiem głowy, a ja czułem tę irracjonalną zazdrość. Chciałem być na jego miejscu! Ja, narkoman w epicentrum koszmarnego, heroinowego uzależnienia, wywołujący u przechodniów niechęć, nienawidzący siebie za to, co robi, były reprezentant Polski w koszykówce, doświadczający od społeczeństwa pełnego ostracyzmu, marzyłem o byciu pijackim menelem.

Dlaczego? Każdy uzależniony od narkotyków, nawet po wypadnięciu z ról społecznych, pragnie, jak każdy człowiek, bliskości społecznej, czyli relacji interpersonalnych. Ponieważ społeczeństwo go odtrąca (zresztą bardzo słusznie, dla jego dobra!), to jeszcze bardziej zanurza się on w swoje środowisko straceńców, którego zgniliznę prędzej czy później nawet najbardziej zatwardziały narkoman zaczyna dostrzegać. Wtedy u niektórych może pojawić się olśnienie, że warunkiem powrotu do ciepłej społecznej kołderki jest wyczyszczenie swojego brudnego życia z narkotyków. Wyjątkiem są tylko osoby z bardzo silnymi uszkodzeniami mózgu, już na poziomie organicznym, którym jest wszystko jedno. Tacy obumierają w samotności.

Moja zazdrość wynikała z faktu, że uzależnieni od alkoholu, pijacy, nigdy nie doświadczają odtrącenia, chyba że śmierdzą, zachowują się obscenicznie, łamią prawo. Alkohol roztacza nad pijącym magiczny parasol ochronny, wywołując przeważnie u obserwujących wesołość, sympatię, pełną akceptację. Człowiek wyniszczający się krańcowo alkoholem dostanie tej akceptacji nieporównywalnie więcej niż ten choćby tylko eksperymentujący z narkotykami.

Ta niespójność, niekonsekwencja w traktowaniu alkoholu w porównaniu z innymi środkami zmieniającymi świadomość intrygowała mnie więc od bardzo dawna. Jednak najbardziej zainteresowałem się alkoholem i całym kontekstem społecznym z nim związanym po wyjściu z ośrodka. Przestałem brać heroinę, przytyłem, nabrałem energii, chęci do życia. Miałem dwadzieścia dwa lata, pojawiłem się na ulicach Warszawy trzeźwy, po ponad czterech latach nieobecności w tak zwanej normalności. Wyszedłem z ośrodka na wolność po dziesięciu miesiącach całkowitego nieużywania jakichkolwiek środków odurzających. Dotarło do mnie, że świat poszedł do przodu, czyli moi koledzy pokończyli studia, pracowali, lecz niestety byli już bardzo zaprzyjaźnieni z alkoholem. Ja ze wszystkim zostałem pół kroku z tyłu. Z impetem ruszyłem więc do przodu, aby z sukcesem nadrabiać edukacyjne i zawodowe zaległości. Oraz te alkoholowe.

Kilka lat nieobecności na rynku alkoholowym pozbawiło mnie zdobywania doświadczeń, więc skutkiem ubocznym – pozytywnym – było to, że w odpowiednim czasie nie socjalizowałem się alkoholowo. Poza tym, jeszcze będąc pacjentem ośrodka leczenia uzależnień, czułem, że z alkoholem jest coś nie tak – a to uchroniło mnie przed wpadnięciem w jego szpony, w które wpada większość narkomanów po przejściu terapii uzależnienia od narkotyków. To nie jest wejście w nowy problem, jak niektórzy naiwnie sądzą, lecz trwanie w starym. To tylko zmiana substancji.

Dzieje się tak dlatego, że każdy z nas chce gdzieś przynależeć. A najłatwiej wejść w kolejną grupę, nie łamiąc jednocześnie prawa (jak przy narkotykach), właśnie pijąc alkohol. Już wtedy zaintrygowało mnie, a to był 1986 rok, że w ośrodkach leczenia narkomanów w ogóle nie podejmowano tematu alkoholu. Nam, tym kończącym leczenie, nie mówiono o tym, jakim potwornym zagrożeniem jest alkohol, szczególnie dla wychodzących na wolność spod bezpiecznego rozłożystego ośrodkowego parasola ochronnego.

Kiedy zacząłem po kilku latach przyglądać się moim kolegom – byłym narkomanom – okazało się, że część z nich została bardzo sprawnie działającymi biznesmenami, czyli poszła w intensywną, niekiedy morderczą pracę, a część została alkoholikami. Niektórym „udało się”, na ich zgubę, połączyć jedno i drugie. Alkohol lubi pracujących ponad miarę, stąd taka fatalna fuzja. Jeszcze inni weszli w formułę tak zwanego picia rekreacyjnego, czyli popijali raz w tygodniu, raz na kilka dni, bez żadnego poczucia, że takie zachowanie jest niezwykle ryzykowne, bo szkodzące zdrowiu. Jedni weszli w uzależnienia behawioralne, czyli nawykowe, drudzy w uzależnienia chemiczne. Naprawdę niewielu z nich znalazło choćby częściową harmonię. Z moich obserwacji wynika, że większość osób uzależnionych od różnych nielegalnych substancji psychoaktywnych po ich odstawieniu (dzięki terapii ambulatoryjnej czy stacjonarnej), gdy wraca do tak zwanego normalnego świata i próbuje w tym świecie się odnaleźć, ląduje w objęciach alkoholu.

Na moje zainteresowanie tematem alkoholu wpłynął również mój ojciec, który na początku lat osiemdziesiątych, kiedy zaczął się ze mną problem, bardzo mocno zaangażował się w działalność pro publico bono i założył Towarzystwo Rodzin i Przyjaciół Dzieci Uzależnionych „Powrót z U”. Ta pozarządowa organizacja pomagała rodzinom z problemem uzależnień – co istotne – nie tylko od narkotyków, lecz także od szerokiego spektrum destrukcyjnych zachowań uzależniających. Po wyjściu z nałogu zaangażowałem się w prace tego stowarzyszenia, a później, po śmierci ojca, przez wiele lat byłem jego prezesem, przyglądałem się więc temu problemowi od strony organizacyjnej i merytorycznej.

W tym czasie funkcjonowały w Polsce dwie agencje rządowe: Krajowe Biuro do spraw Przeciwdziałania Narkomanii oraz Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA) – bardzo poważne instytucje zajmujące się szkoleniami, wydające certyfikaty dla specjalistów. Współdziałając z tymi organizacjami, znając dobrze obu ich szefów i cały personel, czułem lekkie wewnętrzne rozdarcie, bo pracowaliśmy z osobami uzależnionymi w dwóch jakby całkowicie różnych obszarach – alkoholu i narkotyków (podział na narkotyki i alkohol stosowany był i jest nadal we wszystkich publikacjach naukowych). Co prawda moje wejście w narkotyki było inne niż u większości ludzi – wskoczyłem w heroinę z marszu, a przeważnie ludzie najpierw mają kontakt z alkoholem, a dopiero później wchodzą w substancje silniejsze – niemniej ten podział był dla mnie niezrozumiały. Na początku też – tak jak inni – myślałem, że wynika on z siły działania, że narkotyki są od alkoholu mocniejsze, ale szybko zacząłem podejrzewać (choć wtedy nie miałem żadnych namacalnych dowodów), że spektrum działania alkoholu – jeśli chodzi o jakość tego działania, dawanie tego upragnionego haju – jest z punktu widzenia narkomana dużo słabsze, dużo gorsze jakościowo niż w przypadku narkotyków. Natomiast jeśli chodzi o konsekwencje psychofizyczne, czasami alkohol jest wręcz bardziej szkodliwy od niektórych nielegalnych narkotyków. Dopiero później zrozumiałem, że podział ten bardziej wynikał z kładzenia nacisku na legalność samych substancji, na aspekt prawny. Ale dla specjalisty, który zajmuje się uzależnieniami, tak naprawdę aspekt prawny jest nieistotny, chyba że wpływa na dobrostan pacjenta, gdy ten łamie prawo przez swój nałóg. Ja patrzę pod kątem oddziaływania faktu przyjmowania danej substancji na psychikę i fizyczność człowieka. Taka optyka powoduje, że alkohol należy bezwzględnie nazywać legalnym narkotykiem.

Ta książka wywołuje we mnie bardzo silne emocje, ponieważ chcemy nadszarpnąć wizerunek boga, jakim dla wielu jest alkohol.
— Robert Rutkowski & Irena A. Stanisławska
Alkoiluzja
CHCESZ CZYTAĆ DALEJ?
Alkoiluzja
Robert Rutkowski & Irena A. Stanisławska
49,90 zł 79,90 zł
Alkoiluzja 49,90 zł 79,90 zł