FRAGMENT KSIĄŻKI

Nie wierz matce (gdy obiecuje, że pójdziemy po płaskim)

Katarzyna Czajka-Kominiarczuk 6 MIN CZYTANIA

To wcale nie jest o górach

To nie jest książka o chodzeniu po górach. To znaczy są w niej góry i nawet zapisy wycieczek, ale jeśli macie nadzieję, że dostaniecie przewodnik tatrzański, to muszę was zawieść. Trasy się powtarzają, nie są zbyt trudne i w większości to drogi znane i polecane w każdym przewodniku. Nie ma tu tras rzadko uczęszczanych, miejsc jeszcze nieodkrytych i nowych przejść. Nikt nie zawisa nad przepaścią, nikt nie wspina się po łańcuchach i nikt, ale to naprawdę nikt, nie wbiega tu na Rysy. Gdyby postawić tę książkę obok modnych książek górskich, to wyglądałaby jak poradnik, jak pojechać do Ciechocinka, obok opowieści o wyprawie do Tajlandii. Jeśli jest tu jakieś przekraczanie siebie, to dochodzi do niego rano, kiedy trzeba się zwlec z łóżka i ruszyć w drogę w nadziei, że będzie po płaskim.

Skoro nie jest to książka o chodzeniu po górach, to co właściwie macie w dłoniach? Tu potrzebny jest kontekst, bez którego można się w tej narracji pogubić. Kiedy byłam dzieckiem, jeździliśmy wraz z moimi braćmi i rodzicami na wakacje w Tatry. Jako ludzie nieposiadający samochodu, zwykle zatrzymywaliśmy się w Zakopanem, skąd po prostu najłatwiej dostać się do górskich szlaków. Schemat tych rodzinnych wyjazdów zawsze wyglądał tak samo. Wstawaliśmy rano, ocenialiśmy pogodę i szliśmy w góry. Jeśli padało – szliśmy do doliny, jeśli była ładna pogoda – trasa była dłuższa. Mam z tych rodzinnych wyjazdów wspaniałe wspomnienia, do których chętnie wracam. A to przypominam sobie, jak znudzeni powolnym schodzeniem zbiegaliśmy z bratem z Kasprowego do Murowańca, a to wspominam nasze jedyne wakacje w Tatrach Słowackich, gdzie po tym, jak dostaliśmy się na Łomnicę, odkryliśmy, że wspaniały widok zasłania mgła. Były to typowe rodzinne wyjazdy przełomu wieków, gdzie w bardzo deszczowe dni graliśmy w kości, czytaliśmy książki przywiezione z domu w ilościach hurtowych, a kiedy słońce świeciło, to musieliś my iść w górę. Były to wyjazdy pełne czekania na autobus (jednego lata mój ojciec czytał na wakacjach Samotnię Dickensa, którą streszczał nam na przystankach), jedzenia czekolady w ramach motywacji do wspinaczki i zapewniania rodziny, że moje glany są idealne do wypraw górskich (nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że nie były).

Moje wakacje z rodzicami skończyły się po pierwszym roku studiów. Miałam pojechać z całą rodziną do Słowackiego Raju, ale oblałam egzamin z historii starożytnej (nie polemizuję, nic nie umiałam) i zostałam w domu, by przez dwa tygodnie nadrobić rok obijania się na zajęciach. Tym samym zamknęła się epoka moich rodzinnych wyjazdów, za którą wtedy zupełnie nie tęskniłam. Jako studentka wyczuwałam, że wyjazdy z rodzicami (jedyne, na jakie wtedy było mnie stać) są nieco passé. Poza tym czułam się lekko znudzona jeżdżeniem w góry, które wtedy kojarzyły mi się głównie z odciskami, nadmiernym wysiłkiem i koniecznością zrezygnowania z takich przyjemności, jak siedzenie przed komputerem czy oglądanie telewizji (warto tu dodać, że nasze rodzinne wyjazdy zawsze odbywały się do kwater, w których telewizora nie było, jak mniemam – trochę z powodów finansowych, a trochę dlatego, aby moja matka mogła czytać książkę w spokoju). Innymi słowy – pozostawienie mnie wtedy w domu na dwa tygodnie przyjęłam z entuzjazmem. Wyglądało na to, że jeśli będę w przyszłości jeździć w góry, to najwyżej z grupą znajomych, a na pewno nie z rodzicami.

Przewińmy teraz nieco do przodu, gdy od ukończenia studiów minęło dobre kilka lat. Jak się okazało, nie zebrałam grupy znajomych do jeżdżenia w góry. W ogóle nie poznałam nikogo, kto by chciał uprawiać ze mną specyficznie pojmowaną turystykę górską, której sednem jest to, by szukać szlaków, które nie są za bardzo pod górę. I nie chodzi tylko o moje lenistwo. Musicie wiedzieć, że jestem być może jedyną osobą, która właściwie to spadła ze szlaku pod Czarny Staw Gąsienicowy i o mało się nie zabiła (złapał mnie jakiś bardzo przejęty turysta, który chyba nie mógł uwierzyć w to, co widzi). Do tego od lat nastoletnich mam w górach problem z niskim ciśnieniem i zdarza mi się po przekroczeniu pewnej magicznej wysokości malowniczo osuwać na skały i przybierać szary kolor. Naprawdę nie nadaję się do wypraw górskich, co najwyżej do przyjemnej i mało wymagającej górskiej turystyki. Innymi słowy – potrzebowałam towarzystwa kogoś, kto zrozumie moje ograniczenia.

Tym towarzystwem okazała się moja własna matka. Osoba, która jest w stanie nie pracować wyłącznie wtedy, kiedy akurat idzie pod górę. W jej przypadku wyjazdy do Zakopanego są konieczne, bo to jedyny sposób, by odciągnąć ją od pracowania i czytania (znaczy oczywiście zabiera ze sobą czytnik pełen książek, ale nie idzie, czytając!). I tak rozpoczął się kolejny rozdział moich górskich wypraw z matką. Tym razem jeździłyśmy już tylko we dwie, zwykle na zaledwie kilka dni, na które udawało nam się urwać z pracy. Muszę też przyznać, że tę dekadę temu było to też dla mnie finansowo bardzo korzystne, bo na samodzielny wyjazd w Tatry po prostu nie było mnie stać. Warto tu zaznaczyć, że zawsze nasze wyjazdy miały bardziej budżetowy profil, co da się zauważyć, gdy opisuję wspaniałe przybytki, w których się zatrzymywałyśmy. Choć nigdy nie oszczędzałyśmy na dobrym jedzeniu i kawie, to jeśli chodzi o standard hoteli, w których się zatrzymywałyśmy, można powiedzieć, że… daleki był od górskiego glamour popularnego w ostatnich latach.

Gdy wyjechałam z mamą pierwszy raz jako dorosła osoba, był rok 2015. Były to czasy, kiedy oprócz pracy w tygodniku „Polityka” intensywnie publikowałam posty na blogu. Jak intensywnie? Raz dziennie. Zaczęłam pisać blog w 2009 roku i od samego początku mój pomysł na zdobycie popularności, obserwatorów i władzy nad światem opierał się na częstym publikowaniu. Koło roku 2012 pomysł zaczął przynosić w końcu spodziewane efekty i blogowanie, choć jeszcze nie było moim zawodem, stanowiło już dla mnie ważny element życia. Wyjeżdżając z mamą na wakacje, stanęłam jednak w obliczu zupełnie nowego problemu. O czym mam pisać na blogu, skoro nie będę całymi dniami oglądać filmów i seriali? Zostawienie bloga bez wpisów na kilka dni wydawało się wtedy czymś zupełnie niemożliwym. I tak właśnie powstał pomysł wpisów górskich. Już wcześniej publikowałam posty z wyjazdów, więc nie był to całkiem nowy rodzaj treści na blogu. Mama się zgodziła, żebym nasze wyprawy zapisywała w ten sposób. Tak narodził się zupełnie nowy rodzaj treści, który zyskał wśród czytelników niespodziewaną popularność. To właśnie zbiór tych tekstów, które powstawały na przestrzeni lat, składa się na tę książkę.

Ponieważ publikowałam teksty na blogu w rocznych odstępach, to mogą się w nich pojawiać pewne powtórzenia. Na pewno powtarzają się trasy, bo też po roku nawet prosty spacer do Kościeliskiej potrafi dać sporo radości. Jednocześnie zebranie tych tekstów w jednym miejscu pozwala gdzieś na marginesie dostrzec, ile zmian zaszło w świecie przez tę dekadę. W górach pojawili się nowi turyści, pandemia zamieniła wyjazd w Tatry w prawdziwą przygodę, zmieniły się mody i nasze życie. W ciągu ostatnich kilku lat tylko raz nie udało się nam pojechać w góry. Musiałyśmy odwołać wyczekiwany wyjazd z powodu lockdownu (odbiłyśmy to sobie później). Jak każda opowieść snuta przez lata, także i te teksty stały się czymś więcej niż tylko zapisem wyjazdów w góry.

Jeśli ktoś zastanawia się, jak do tej mojej twórczości podchodzi moja szanowna matka, to ważne, by zaznaczyć, że wszystkie teksty publikowane na blogu w czasie naszych wspólnych wyjazdów najpierw czytałam jej. Bez zgody osoby, o której piszę, nigdy bym ich nie opublikowała. Jednocześnie, choć brakuje w nich konfabulacji czy zmyśleń, to warto pamiętać, że mamy tu jednak do czynienia z pewną kreacją. Choć moja matka składa się z pragnienia czytania i chodzenia po górach, to jest jednak nie aż tak opętana wizją pobicia rekordu świata w chodzie i chyba jednak nie zostawiłaby mnie w górach na pastwę losu, gdybym za bardzo opóźniała pochód. Także ja jestem odrobinę mniej leniwą bułą, niżby wynikało z tych wpisów, choć rzeczywiście każdy, kto próbował zachęcić mnie do wstania z łóżka przed siódmą, wie, że nie jest to łatwe zadanie. Warto jednak podkreślić, że nawet opisując nasze zupełnie prawdziwe wycieczki i przygody, pozwalam sobie na trochę literackiej konwencji. Prawdopodobnie gdybyście poznali moją matkę na żywo, w ogóle nie przyszłoby wam do głowy, jak okrutna potrafi być wobec swojej jedynej córki.

Kiedy zaczynałam pisać o naszych górskich wyjazdach, nie spodziewałam się, że teksty te spotkają się z tak pozytywnym odzewem. Jasne, starałam się, żeby były dowcipne i ciekawe, ale nie przyszłoby mi do głowy, że dla części czytelników staną się ich ulubioną serią publikowanych tekstów. Po pewnym czasie zorientowałam się, że te wpisy mają osobną, zaangażowaną grupę odbiorców, którzy wracają co roku tylko po to, by dowiedzieć się, gdzie tym razem poprowadziła mnie rodzicielka. Im dłużej myślę nad niespodziewaną popularnością tych wpisów, tym bardziej rozumiem, co udało mi się w nich zawrzeć. Bo oprócz zapisu niezbyt ambitnych górskich wypraw mamy tu rzadki zapis relacji dorosłej córki i matki, która nie jest naznaczona ani konfliktem, ani traumą, ani rozliczeniem się z życiowych decyzji. Nasze wyjazdy, które zaczęły się, gdy zbliżałam się do trzydziestki, i nie skończyły aż do teraz, gdy czekają mnie czterdzieste urodziny, to przykład na to, że jako dorosła osoba można sobie ułożyć relacje w rodzinie na tyle dobrze, by spędzać z nią czas nie tylko podczas świątecznych spotkań. Zdaję sobie sprawę, że mam mnóstwo szczęścia, bo moje relacje z mamą przez tyle lat pozostają dobre i bliskie.

Wyjęcie każdego tekstu z ram bloga, na którym istnieje, wiąże się z licznymi problemami. Teksty pozbawione oczywistego kontekstu muszą na nowo zawalczyć o czytelnika. Mam jednak wrażenie, że większość z tego, co możecie znaleźć we wpisach górskich, spokojnie poradzi sobie bez całego mojego recenzenckiego dorobku w postaci kilku tysięcy blogowych wpisów. Jedyny element, który wymaga dokładniejszego wyjaśnienia, to posługiwanie się przeze mnie pseudonimem Zwierz (od nazwy bloga Zwierz popkulturalny). Kiedy jechałam z mamą na pierwszy wyjazd, korzystałam z tego pseudonimu na blogu, głównie w odniesieniu do samej siebie. Choć nie blogowałam anonimowo, to pisanie w ten sposób dawało mi komfort i poczucie dystansu, którego wtedy potrzebowałam. Z upływem lat porzuciłam ten sposób pisania – począwszy od 2019 roku, we wpisach nie znajdziecie już „Zwierza”. Zastanawiałam się, czy nie ujednolicić tego elementu, ale doszłam do wniosku, że dzięki temu zebrane teksty nabierają jeszcze jednego wymiaru. Stają się też zapisem mojej blogowej drogi.

Od kilku lat nie piszę bloga codziennie. Czytelnicy nie potrzebują tylu wpisów, mnie pochłonęło wiele innych projektów plus dowiedziałam się, że podobno wypada spędzać choć trochę czasu z własnym mężem, a nie tylko pisać teksty. Obecnie nowe treści pojawiają się rzadziej, czasem raz–dwa razy w tygodniu. Jedyny moment w roku, kiedy piszę codziennie, to wtedy, gdy wyjeżdżam z mamą w góry. Coś, co zaczęło się z potrzeby codziennego dostarczania treści, skończyło jako tradycja, którą obie radośnie podtrzymujemy. Co więcej, w ostatnich latach zaczęłyśmy jeździć w góry nawet częściej – zdarzyło się nam trafić pod Giewont jesienią, ale te wyprawy zachowujemy już dla siebie. To ważne, by móc czasem zajrzeć w góry bez konieczności opowiadania, gdzie się było i co się robiło. I wcale nie znaczy to, że moja matka nie patrzy wtedy na swój krokomierz.

Jako czytelnicy wiecie już teraz wszystko, co jest potrzebne, by zanurzyć się w tej książce – która wcale nie jest o chodzeniu po górach.

Wstęp
(pisze matka Zwierza)

W życiu warto robić dwie rzeczy. Czytać książki i chodzić po górach. Niekoniecznie od razu to muszą być Ulisses i Himalaje. Kryminał i Tatry całkowicie wystarczą do szczęścia.

Reszta zajęć jest uboczna. Pracować trzeba, aby mieć pieniądze na książki i wyjazdy. Lepiej mieć partnera, żeby pogadać o książkach i żeby mieć kogo wysłać po herbatę i bigos w schronisku. Warto dorobić się dzieci, którym można czytać i zabrać je na wycieczkę, czy tego chcą, czy nie.

Problem w tym, że w pewnym momencie dochodzi się do ściany. To znaczy w pracy wymagają dyspozycyjności, partner wyjeżdża nad morze, a dzieci bezczelnie dorastają. Jednak nawet dorosłe dzieci czasem czegoś od rodziców chcą – wstawiania przecinków do artykułu, pożyczenia żelazka czy przypilnowania świnek morskich. Wtedy należy powiedzieć: „Drogie dorosłe dziecko. Chcesz żelazka od mamy? Chcesz, aby do domu z dwoma kotami i jednym psem dorzucić na tydzień dwie świnie? Okej, ale pojedziesz z rodzicielką do Zakopanego, albo naucz się interpunkcji, kup żelazko i wynajmij kawiasittera”.

I cóż robić? Dziecko, klnąc, wyjeżdża do Zakopanego, w którym szalona matka budzi o świcie (na trasie pusto!), karmi od czasu do czasu, o ile zdąży się na obiad, a hasłem wakacji jest „wstajemy rano i zapieprzamy, inaczej to nie wakacje, tylko bezsensowny odpoczynek”. Udany dzień to taki, gdy człowiek, wracając z wycieczki, staje przy krawężniku i zastanawia się, czy zdoła podnieść nogę tak wysoko.

Niestety, bywają dzieci wybrakowane. Autorka tego tomu do takich należy. Mianowicie chodzi w dół i po płaskim. Próby wciągnięcia jej pod górę czasem przynoszą jakieś efekty, ale na ogół jedynym widocznym skutkiem jest połowiczne omdlenie w połowie drogi oraz konieczność ratowania lekami podwyższającymi ciśnienie i czekoladą. Do Murowańca toto dojdzie, ale zapomnijcie o Świnicy czy nawet Giewoncie, o ile nie macie ochoty wzywać TOPR-u. W związku z tym wymyślanie górskich tras, które idą po płaskim i w dół, stało się zajęciem całorocznym, ale jak się chce, to wszystko można.

Książka ta jest zatem zapisem wakacji będących wynikiem szantażu, psychicznego terroru i przemocy ekonomicznej. Jedna ze stron (stosująca wyżej wymienione środki) bardzo je lubi i radośnie czeka na górskie wyjazdy. Strona druga (ta, co jest ich ofiarą) może tylko bezsilnie je opisywać, odreagowując traumę.

Wszystkie postacie i wydarzenia są zgodne z rzeczywistością i nieprzypadkowe.

Jeśli jest tu jakieś przekraczanie siebie, to dochodzi do niego rano, kiedy trzeba się zwlec z łóżka i ruszyć w drogę w nadziei, że będzie po płaskim.
— Katarzyna Czajka-Kominiarczuk
Nie wierz matce (gdy obiecuje, że pójdziemy po płaskim)
CHCESZ CZYTAĆ DALEJ?
Nie wierz matce (gdy obiecuje, że pójdziemy po płaskim)
Katarzyna Czajka-Kominiarczuk
49,90 zł 59,90 zł