Mama mówi, że to było bardzo gorące lato. Pewnie nie takie jak dziś, ale gorące. Wraz ze mną, w 1975 roku, na świecie pojawili się: Tiger Woods, David Beckham i Olga Tokarczuk. Tylko że oni nie urodzili się na Grochowie, a ja tak. I dobrze. To moja ulubiona dzielnica Warszawy.
Ze szpitala zabrano mnie prosto na Mokotów. Służew nad Dolinką był młodziutkim osiedlem i nikt nie traktował go poważnie, tak jak nie traktuje się poważnie młodzieży, nowości czy miejsc bez renomy. Wszyscy oprócz moich rodziców, którzy właśnie tam kupili swoje pierwsze mieszkanie kilka miesięcy przed moimi urodzinami. Na dziewiąte piętro można było wjechać windą – zwykłą lub towarową. Towarowa też była zwykła. Były także schody. W blokach schody służyły przeważnie do szczania. Ewentualnie, co odkryłem kilkanaście lat później, można było się tam wyrzygać lub w spokoju przespać. Złożyć się w jakąś dziwną figurę i zrelaksować. Budzono tylko tych, którzy zasnęli w nie swoim bloku. We własnym panował układ: sąsiada się nie budzi. Schody będą miały znaczenie w tej historii. I ten blok. Mieszkałem w nim prawie dwadzieścia lat.
Przez ten czas wypoczynek na klatkach schodowych uskuteczniało na zmianę pięć osób. Sąsiad z drugiego był najstarszy w stawce. I najwyższy. Trudno było go przeskoczyć, kiedy akurat nie działała winda. Trzecie piętro reprezentowali Romek i Paweł. (Paweł zginął po swoich dwudziestych pierwszych urodzinach. Spoczywaj w pokoju, brachu). Potem dopiero dziewiąte piętro wystawiało dwóch zawodników. Oboje mieli tak samo na imię. Jednym z nich byłem ja.
Czy z rodziną dobrze wygląda się na zdjęciu? Ja nie wyglądałem. To jedno z moich gorszych wspomnień. Zdjęcia. Zadowolony tata. Piękna mama. Mój brat Filip – blond aniołek z niebieskimi oczami, co było widać nawet na czarno-białych zdjęciach. Oraz ja gdzieś w rogu. Mały Chińczyk bez nosa, o twarzy okrągłej niczym talerz z namalowaną promenadą Miczurina.
Tata to ten facet z telewizji. Telewizja – najważniejszy środek przekazu w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Było też radio, ale dla mojego pokolenia wiało już trochę oldskulem i Wąchockiem, czyli wiochą. Telewizja miała dwie drogi dotarcia do widza: Jedynkę i Dwójkę. Tata występował na obu kanałach. Zmiennicy. Bednarski. 40-latek. Kobra. Magazynio. Filmy, programy, kabarety, seriale. Wymieniać dalej? Wszyscy znali tatę – telewizor był w każdym domu, przeważnie w centralnym miejscu, ze stojącą na nim paprotką lub zdjęciem Papieża Polaka, rzadziej Wałęsy lub Orłów Górskiego z uśmiechniętym Gmochem pośrodku. Kineskop ustawiony był centralnie, jak wyspa w każdej dzisiejszej kuchni. Nie rozumiem tej mody, ale na szczęście nie muszę już wszystkiego rozumieć.
Siadałem z tatą do śniadania. Tym tatą z telewizora Sony, dwadzieścia jeden cali. Po szkole też tata. W Czterdziestolatku. Śmieszny, wesoły. A do kąpieli tata na żywo i w kolorze. Ten żywy był zły za szkolne zaległości oraz złe zachowanie. Ale to nic. I tak zaraz wychodził do Bristolu, gdzie wieczorami pracował w kabarecie.
W szkole nie miałem imienia. Byłem Synem Friedmanna lub – jak mnie ktoś lubił – Młodym Frydmankiem. Na szczęście bywałem tam rzadko, ponieważ chorowałem. Astma oskrzelowa, zmora dzieci lat 80. Wiosna w domu, bo pyli. Lato w domu, bo tną trawy. Jesień w domu, bo ławo się przeziębić. Zimą wychodziłem więcej. Wtedy, kiedy inne dzieciaki siedziały w domach. W naszym zawsze było czysto. Zawsze. Było. Czysto. Nawet kiedy nie posprzątałem pokoju. Brudne talerze znikały, tak samo brudne ubrania. Potem w bliżej nieznany sposób odnajdowałem je uprasowane i złożone jak w sklepie na półce. Mama z dzieciństwa albo stała przy desce do prasowania, albo wołała mnie w najciekawszym momencie zabawy, żebym z nią rozciągał wymięte pranie. Nie było opcji, żeby jej odmówić. Od małego sądziłem, że mama jest wyższa od taty. Później okazało się, że to góra centymetr. Miała charakter. Kiedy po namydleniu przestawała lecieć woda z kranu, krzyczała: „Pierdolona komuna!”. Jej niechęci do systemu nie były w stanie wygłuszyć ani drzwi do łazienki, ani ściany bloku zbudowanego na litery H.
Aniołek to mój brat, Filip. Trudno powiedzieć, dlaczego przez dwadzieścia lat nie zdążyliśmy się polubić. Dla spokoju ducha winę biorę na siebie. Dziś wiem, że pewne sprawy można po prostu akceptować dla bezpieczeństwa ogółu, w tym przypadku dla utrzymania rodzinnych więzów. Filip był nieco inny ode mnie nie tylko na zdjęciach. Nie płakał. Był zdrowym i pogodnym dzieckiem.
Lata leciały. Ja rosłem. Przeważnie wszerz. Od leków sterydowych na astmę. W bieganiu byłem ostatni. W piłkę ostatni. Siłowo też. Na rowerze nie jeździłem jakoś świetnie. Poza tym jednym razem. Ścigałem się z Bartkiem. Ja na Reksiu, on na Pelikanie Nie miałem w zasadzie szans, bo dzieciak, chociaż gruby, popylał jak na dopingu. Na szczęście popylał tak szybko, że nie zauważył piasku na zakręcie. Teraz popylałem ja. „Re-ksio, Re-ksio, Re-ksio” – dopingowały dzieciaki, kiedy wchodziłem w ostatnią prostą.
Podwórko wyjaśniło mnie dosyć szybko. Wygrał Reksio, nie ja.
Tata to ten facet z telewizji. Telewizja – najważniejszy środek przekazu w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Było też radio, ale dla mojego pokolenia wiało już trochę oldskulem i Wąchockiem, czyli wiochą.
Chcesz czytać dalej?
Zapisz się do newslettera Newhomers i odbieraj fragmenty książek, premiery i najciekawsze treści prosto na maila.
Dystans, dystans się liczy. Dystans.
Z zajęć sportowych zostały jeszcze kapsle i pikuty. Tutaj też zaliczałem porażki. Do pikutów, czyli gry polegającej na rzucaniu nożem w wyrysowany na ziemi okrąg, potrzebna była finka. Nie chodzi o znajomą koleżankę z Helsinek, tylko o nóż. Najodpowiedniejszy można było dostać w składnicy harcerskiej znajdującej się kawał drogi stąd, bo aż na Marszałkowskiej. Do zakupu noża potrzebne były pieniądze oraz osoba pełnoletnia. Filip finkę miał, no bo był harcerzem. Dostał ją od dziadka, z którym się kumplował. Chodzili razem na spacery po Ogrodzie Saskim. Robili razem zdjęcia aparatem Smiena, który dziadek podarował bratu. Mnie dziadek nie bardzo lubił; jako dziecko dużo płakałem, a to pewnie nie pchało go w stronę poznania mnie bliżej. Z brakiem dziadka się jakoś pogodziłem, ale nóż musiałem mieć.
Ten ostry pożyczyłem z kuchni, idąc na dwór. Wiadomo, że potrzebny był trening. Rzucałem więc w każde drzewo, jakie rosło w zasięgu wzroku. Niestety treningowi towarzyszył sąsiad z bloku obok, podobny jełop do mnie. Kiedy przeprowadzałem atak na topole – za to pylenie – nóż odbił się od kory i trafił sąsiada w łuk brwiowy, centymetr od oka. Nie ostrzem co prawda, ale co to za różnica, kiedy krew tryska, a serce ze strachu staje? „Syn aktora rzucił Tomka nożem w oczy!” – krzyczały dzieciaki. Po powrocie do domu od razu poszedłem spać. Tak reaguję na stres do dziś.
Wakacje w pierwszych latach szkoły podstawowej to czas, kiedy kapsle były dla mnie całym życiem. Grałem od razu po obudzeniu, przed obiadem, po nim, no i aż do zmroku, z przerwą na kolację. Kiedy padało, grałem w domu, przeważnie sam lub z sąsiadem. Dębowa klepka, pastowana i polerowana przez mamę, była do tego wręcz stworzona. Oesy robiłem na końcu korytarza, gdzie zaczynał się dywan. Zasada były prosta: zawsze wygrywałem ja. Na kartce zapisywałem trzy wymyślone imiona, a potem dodawałem swoje. Do finiszu faworyzowałem jednego zawodnika, który dzielnie walczył, żeby na ostatniej prostej oddać mi zwycięstwo. Pełna dramaturgia. Na podwórku było gorzej. Trasę wyznaczał murek oddzielający plac zabaw od trawnika. Na początku narysowana była linia startu, a tuż za metą czekało podium. Pstrykało się tym palcem, który był akurat najmniej obolały – pomagały plastry. Jak ktoś je posiadał -. Nie zawsze jednak mama pozwalała zużywać je do grania.
Przełom w dyscyplinie pojawił się wraz z nadejściem maściaków. Największy problem w zdobyciu tych nowości techniki stanowiło zwinięcie babcinej maści z kotem namalowanym na tle chińskich napisów. Do środka, na niewielką ilość plasteliny, za pomocą szpikulca lub widelca wkładało się odwróconą gumkę wyciągniętą z normalnego podsklepowego kapsla. Do tej poduszeczki dopasowywało się flagi. Człowiek był naprawdę szczęśliwy, kiedy na dwadzieścia zwykłych kapsli miał dwa maściaki. Nosiłem je na wszelki wypadek w kieszeniach, a nie jak całą resztę w torbie z przezroczystej folii. Tym kapslom należał się szacunek!
Po inne kapsle chodziłem pod sklep Społem przy ulicy Wałbrzyskiej. Skup butelek znajdował się za sklepem, tam, gdzie później bazarek. Tam też zbierała się osiedlowa plejada spragnionych smakoszy. Codziennie ten sam schemat: sklep, Warka w małych butelkach, kolejka do kasy, nienawistne spojrzenie kasjerek. Następnie golgota kończyła się i następowało wejście do raju. Piekło od nieba oddzielała gruba, ciężka kotara, zakurzona i pachnąca stałym bywalcem.
Jeszcze wtedy nie rozumiałem, czym może być takie wyjście ze sklepu.
Pierwsze kapsle można było znaleźć tuż za rogiem. Kolejne z każdym krokiem w kierunku skupu. Piwo było małe, więc zanim spragniony dochodził do okienka, już miał pustą butelkę. Przed samą kratą, zza której wyglądała kolejna para nienawistnych oczu, degustator strząsał butelką tak, aby oddać ją całkowicie pustą. Przez całe lata ta piana, kiepy i resztki śliny wsiąkały w wydeptaną drogę raju. Gdy było ciepło, dochodził odór moczu, potu oraz tego, co nie sprzedało się na warzywnych straganach.
Wracając do kapsli, flagi malowaliśmy flamastrami, a czasami wycinaliśmy je z gazet. Flagę mojego zawodnika z Gabonu też wyciąłem. Tylko że z Wielkiej encyklopedii pwn. Niestety zobaczył to mój brat. Ponieważ pocięcie encyklopedii groziło grubym domowym wpierdolem, miał mnie w szachu. Aby zatrzeć ślady, wyrwałem jeszcze kilka kartek. Brakowało B jak Belgia oraz Z jak Zair.
Kolejną przyczyną, dla której i w tej dyscyplinie nie odniosłem sukcesów, było bolesne uczulenie pojawiające się na opuszkach palców. Pękająca do krwi skóra uniemożliwiała mi oddawanie precyzyjnych strzałów.
Wziąłem się więc za klejenie samolotów. I tutaj nastąpił pewien zwrot… Najlepszy w samoloty był mój sąsiad (spokojnie, Piotruś, to nie twoja wina), który z pomocą taty potrafił zrobić cuda z tych często niekompletnych zestawów modeli.
Chciałem tak samo.
Ciężko było przygotować cały warsztat potrzebnych materiałów: specjalny stół, pędzle o różnej grubości, farby, terpentynę. Udało mi się zdobyć tylko model. Po klej zjechałem na trzecie do pana Rajmunda, ojca Pawła.
To nie tak, że wąchając Tri po raz pierwszy, nie wiedziałem, co robię. Wiedziałem. Bywałem świadkiem walenia butaprenu w piwnicy.
Miałem dziewięć lat.
Ze szpitala na Litewskiej wyszedłem następnego dnia. Już wtedy odnosiłem sukcesy w pewnej dziedzinie, można nawet powiedzieć, że miałem talent. Umiałem snuć fantasmagorie. Żyłem we własnych historiach. Kłamstwach, oszustwach i konfabulacjach. Rozwinąłem w sobie niezwykłą umiejętność manipulacji otoczeniem. W szpitalu usłyszeli opowieść o niefortunnym spożyciu kleju, ponieważ do jego rozcieńczenia użyłem kubeczka, w którym zazwyczaj piłem kompot. Niefortunne spożycie. Biedne dziecko. Nie wiem, czy lekarz w to uwierzył. Ja uwierzyłem na pewno – że w ten sposób mogę przejść przez życie.