FRAGMENT KSIĄŻKI

Mój pierwszy ostatni raz

Wojtek Friedmann 6 MIN CZYTANIA

To było bardzo gorące lato

Mama mówi, że to było bardzo gorące lato. Pewnie nie takie jak dziś, ale gorące. Wraz ze mną, w 1975 roku, na świecie pojawili się: Tiger Woods, David Beckham i Olga Tokarczuk. Tylko że oni nie urodzili się na Grochowie, a ja tak. I dobrze. To moja ulubiona dzielnica Warszawy.

Ze szpitala zabrano mnie prosto na Mokotów. Służew nad Dolinką był młodziutkim osiedlem i nikt nie traktował go poważnie, tak jak nie traktuje się poważnie młodzieży, nowości czy miejsc bez renomy. Wszyscy oprócz moich rodziców, którzy właśnie tam kupili swoje pierwsze mieszkanie kilka miesięcy przed moimi urodzinami. Na dziewiąte piętro można było wjechać windą – zwykłą lub towarową. Towarowa też była zwykła. Były także schody. W blokach schody służyły przeważnie do szczania. Ewentualnie, co odkryłem kilkanaście lat później, można było się tam wyrzygać lub w spokoju przespać. Złożyć się w jakąś dziwną figurę i zrelaksować. Budzono tylko tych, którzy zasnęli w nie swoim bloku. We własnym panował układ: sąsiada się nie budzi. Schody będą miały znaczenie w tej historii. I ten blok. Mieszkałem w nim prawie dwadzieścia lat.

Przez ten czas wypoczynek na klatkach schodowych uskuteczniało na zmianę pięć osób. Sąsiad z drugiego był najstarszy w stawce. I najwyższy. Trudno było go przeskoczyć, kiedy akurat nie działała winda. Trzecie piętro reprezentowali Romek i Paweł. (Paweł zginął po swoich dwudziestych pierwszych urodzinach. Spoczywaj w pokoju, brachu). Potem dopiero dziewiąte piętro wystawiało dwóch zawodników. Oboje mieli tak samo na imię. Jednym z nich byłem ja.

Czy z rodziną dobrze wygląda się na zdjęciu? Ja nie wyglądałem. To jedno z moich gorszych wspomnień. Zdjęcia. Zadowolony tata. Piękna mama. Mój brat Filip – blond aniołek z niebieskimi oczami, co było widać nawet na czarno-białych zdjęciach. Oraz ja gdzieś w rogu. Mały Chińczyk bez nosa, o twarzy okrągłej niczym talerz z namalowaną promenadą Miczurina.

Tata to ten facet z telewizji. Telewizja – najważniejszy środek przekazu w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Było też radio, ale dla mojego pokolenia wiało już trochę oldskulem i Wąchockiem, czyli wiochą. Telewizja miała dwie drogi dotarcia do widza: Jedynkę i Dwójkę. Tata występował na obu kanałach. Zmiennicy. Bednarski. 40-latek. Kobra. Magazynio. Filmy, programy, kabarety, seriale. Wymieniać dalej? Wszyscy znali tatę – telewizor był w każdym domu, przeważnie w centralnym miejscu, ze stojącą na nim paprotką lub zdjęciem Papieża Polaka, rzadziej Wałęsy lub Orłów Górskiego z uśmiechniętym Gmochem pośrodku. Kineskop ustawiony był centralnie, jak wyspa w każdej dzisiejszej kuchni. Nie rozumiem tej mody, ale na szczęście nie muszę już wszystkiego rozumieć.

Siadałem z tatą do śniadania. Tym tatą z telewizora Sony, dwadzieścia jeden cali. Po szkole też tata. W Czterdziestolatku. Śmieszny, wesoły. A do kąpieli tata na żywo i w kolorze. Ten żywy był zły za szkolne zaległości oraz złe zachowanie. Ale to nic. I tak zaraz wychodził do Bristolu, gdzie wieczorami pracował w kabarecie.

W szkole nie miałem imienia. Byłem Synem Friedmanna lub – jak mnie ktoś lubił – Młodym Frydmankiem. Na szczęście bywałem tam rzadko, ponieważ chorowałem. Astma oskrzelowa, zmora dzieci lat 80. Wiosna w domu, bo pyli. Lato w domu, bo tną trawy. Jesień w domu, bo ławo się przeziębić. Zimą wychodziłem więcej. Wtedy, kiedy inne dzieciaki siedziały w domach. W naszym zawsze było czysto. Zawsze. Było. Czysto. Nawet kiedy nie posprzątałem pokoju. Brudne talerze znikały, tak samo brudne ubrania. Potem w bliżej nieznany sposób odnajdowałem je uprasowane i złożone jak w sklepie na półce. Mama z dzieciństwa albo stała przy desce do prasowania, albo wołała mnie w najciekawszym momencie zabawy, żebym z nią rozciągał wymięte pranie. Nie było opcji, żeby jej odmówić. Od małego sądziłem, że mama jest wyższa od taty. Później okazało się, że to góra centymetr. Miała charakter. Kiedy po namydleniu przestawała lecieć woda z kranu, krzyczała: „Pierdolona komuna!”. Jej niechęci do systemu nie były w stanie wygłuszyć ani drzwi do łazienki, ani ściany bloku zbudowanego na litery H.

Aniołek to mój brat, Filip. Trudno powiedzieć, dlaczego przez dwadzieścia lat nie zdążyliśmy się polubić. Dla spokoju ducha winę biorę na siebie. Dziś wiem, że pewne sprawy można po prostu akceptować dla bezpieczeństwa ogółu, w tym przypadku dla utrzymania rodzinnych więzów. Filip był nieco inny ode mnie nie tylko na zdjęciach. Nie płakał. Był zdrowym i pogodnym dzieckiem.

Lata leciały. Ja rosłem. Przeważnie wszerz. Od leków sterydowych na astmę. W bieganiu byłem ostatni. W piłkę ostatni. Siłowo też. Na rowerze nie jeździłem jakoś świetnie. Poza tym jednym razem. Ścigałem się z Bartkiem. Ja na Reksiu, on na Pelikanie Nie miałem w zasadzie szans, bo dzieciak, chociaż gruby, popylał jak na dopingu. Na szczęście popylał tak szybko, że nie zauważył piasku na zakręcie. Teraz popylałem ja. „Re-ksio, Re-ksio, Re-ksio” – dopingowały dzieciaki, kiedy wchodziłem w ostatnią prostą.

Podwórko wyjaśniło mnie dosyć szybko. Wygrał Reksio, nie ja.

Tata to ten facet z telewizji. Telewizja – najważniejszy środek przekazu w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Było też radio, ale dla mojego pokolenia wiało już trochę oldskulem i Wąchockiem, czyli wiochą.
— Wojtek Friedmann
Mój pierwszy ostatni raz
CHCESZ CZYTAĆ DALEJ?
Mój pierwszy ostatni raz
Wojtek Friedmann
39,90 zł 59,90 zł
Mój pierwszy ostatni raz 39,90 zł 59,90 zł