Kurwa, Mordeczko! Ale zajebiście, że to czytasz, słuchasz, trzymasz w rękach czy w głośniku, na papierze czy w nośniku. No, dobra, świruję. To nie będzie tomik poezji alkona. Bardziej literatura faktu. Albo fakapu. Albo nie – fantasmagorii. I jeszcze tego, no… feniksowego odrodzenia! Czyli cały pojebany ja we własnej osobie.
Opowiem Ci trochę o mojej historii, wybrałem kilka istotnych kartek z kalendarza. To punkty z całej osi życia, które zaważyły na rozwoju mojej choroby alkoholowej. Bo jestem alkoholikiem. Od kilku lat trzeźwiejącym i starającym się uświadamiać ludzi na temat tego, czym jest alkoholizm i jakimi prawami się rządzi.
Od 2021 roku nagrywam filmiki o uzależnieniu i o trzeźwym życiu. Jakimś fartem (serio, nie wiem, jak to się stało) cieszą się ogromną popularnością. Pracuję też z ludźmi uzależnionymi, łącząc moją ukochaną muzykoterapię z terapią leczenia uzależnień i elementami arteterapii.
Odkąd jestem trzeźwy, moje życie zmieniło się zupełnie. I o tym, jak to się stało, też się tu dowiesz.
Po części nazwijmy to literaturą autobiograficzną. Poczytacie tu trochę o samym uzależnieniu. Znajdziecie odpowiedzi na najważniejsze zadane przez Was pytania w tematach związanych z uzależnieniem i z trzeźwieniem oraz garść porad napisaną w iście „mordeczkowym” stylu. Czyli na luzie i bez zadęcia.
Z elementami pierdolnięcia. Obnażam tu mechanizmy uzależnień na pełnej kurwie, bez lukrowania, bez kompromisów, bezpośrednio. Dla Ciebie, Mordeczko! Ty Drogi Ryju, Ty! I Ty, Droga Ryjóweczko!
Mam nadzieję, że książka ta pomoże komuś z Was podjąć decyzję o zmianie swojego życia. Wierzę, że będzie wsparciem dla trzeźwiejących, jak i dla tych mających wśród swoich bliskich czy znajomych ludzi zmagających się z problemem uzależnień. A takie osoby można liczyć w milionach, niestety.
Alkoholizm i inne uzależnienia zabijają więcej ludzi niż niejedna wojna.
Co dziesięć sekund z powodu alkoholu umiera jedna osoba.
Co dziesięć sekund ktoś traci ojca, matkę, brata, męża, żonę, przyjaciela.
Do tego uzależnienia od narkotyków, leków, hazardu, seksu… To, kurwa, plaga niszcząca ludzkość. Może choć kilka osób, przeczytawszy moje wypociny, pójdzie po rozum do głowy i ogarnie dupę.
No, to ten – miłej lektury.
Jest głośno, słychać krzyki. Tata znowu jest pijany, krzyczy na mamę. Mama zamyka się w łazience.
Chcesz czytać dalej?
Zapisz się do newslettera Newhomers i odbieraj fragmenty książek, premiery i najciekawsze treści prosto na maila.
Część I Przeszłość
Radom, połowa lat osiemdziesiątych. Wspomnienie z dzieciństwa.
Mam kilka lat, cztery, może pięć. Niewiele rozumiem, ale wiele widzę i czuję. Boję się, bardzo się boję.
Jest głośno, słychać krzyki. Tata znowu jest pijany, krzyczy na mamę. Mama zamyka się w łazience.
Po pewnym czasie przychodzi dziadek. Za chwilę jest już spokój, mama nas pakuje i mówi, że pojedziemy do babci.
Dziadzio bierze mnie na ręce. Zanim wyjdziemy, zerkam na telewizor, w którym goła pani na plaży robi coś z innymi gołymi ludźmi; bardzo mnie to zaciekawia.
Radom, początek lat dziewięćdziesiątych Pierwszy kontakt z alkoholem
Impreza w naszym nowym domu, imieniny. Siedzimy z bratem na górze w moim pokoju. Mam dziesięć lat, on sześć.
Na dole pełno gości. Stół zastawiony jedzeniem, dużo butelek z różnymi alkoholami. Zawinąłem jedną z nich, z wódką, zostało jej trochę na dnie.
Wypijam łyk. Piecze w przełyku. Nie mogę oddychać, ale po chwili ból mija. Podaję bratu. Robi to, co ja, ale od razu wymiotuje.
Kręci mi się w głowie i śmieję się z niego, zresztą jak zawsze. Chyba wredny brajdal ze mnie.
Jest fajnie. Już wiem, czemu dorośli tak to lubią. Świat staje się wtedy zupełnie inny, fajny. A ja staję się wesoły.
Radom, początek i koniec lat dziewięćdziesiątych Gnębiony gnębiciel
W szkole znowu się ze mnie śmiali i bili mnie. Nie pasuję do swoich rówieśników z podstawówki, jestem zupełnie inny niż oni. Nie wiem, czemu się tak na mnie uwzięli. Jeden z nich strasznie przesadza. Ciągle przez niego płaczę. Mówię o nim tacie. Wkurzył się. Poszedł do niego pijany pod blok. Nieźle go nastraszył – pistoletem; może teraz będę miał spokój.
Zakumplowałem się z Patrykiem. Jak jesteśmy w ósmej klasie, walimy wódkę u mnie w domu. Na jedną z popijaw przychodzi jakiś jego kumpel. Wypijamy kilka kolejek i zamawiamy dziwki. Dziwki przyjeżdżają, ale patrzą na nas i mówią, że jesteśmy za młodzi. Zapłacić i tak trzeba. Trudno, zapłacę, wiem, gdzie w domu chowają hajs. Impreza bez dziwek i tak jest dobra.
Jestem już nakurwiony jak szpadel i puszczam pawia w łazience. Gdy wracam, koledzy grzebią w szafce, gdzie skitrana jest flota.
– Co wy, kurwa, robicie? – pytam.
– Nic, sprawdzamy coś.
– To już musicie wypierdalać – komunikuję. Dopiero po kilku miesiącach starzy skapnęli się, że brakuje kilkunastu tysięcy w złocie. Ale wina spadła na wujka, który zajmował się domem, gdy tego lata pojechaliśmy z rodzicami na wakacje.
Uff, upiekło mi się. W szkole średniej wyrosłem i nabrałem krzepy. Bu pokazał mi podstawy boksu. Od tej chwili napierdalam się jak pojebany, wszyscy się mnie boją. Któregoś razu pies sąsiada pogryzł mojego brata. Nie było rady, wjebałem się do typa na kwadrat z trzonkiem od siekiery. Zaczął ze mną dyskutować i podnosić głos. Pomyślałem: oj, dostaniesz nauczkę, skurwysynu. Nie będzie się do mnie, kurwa, spruwał zwykły żul pijący denaturat. Po naszym spotkaniu miał dwadzieścia trzy szwy na głowie, a ja sprawę w sądzie dla nieletnich.
Ale na szczęście bez żadnych konsekwencji. Byłem małolatem z bogatego domu. Nigdy nie karanym. Bez żadnych wcześniejszych wybryków.
Jebnąłem skruchę i byłem grzeczny jak kujon w kościele. Poza tym: ten facet był przecież menelem – sąd chyba patrzy na takie rzeczy.
Gdy brat poszedł do szkoły średniej, to jego zaczęli gnębić. Umówiliśmy się, że jak skończy lekcje i będzie wychodził, pokaże mi palcem, co to za skurwysyny.
Czekam pod szkołą w furze starego. Czarne audi, przyciemniane szyby jak w aucie gangusa.
Brat wychodzi ze szkoły. Nie musi mi nawet pokazywać – szturchają go, nabijają się z niego. Ruszam w ich stronę. Trzy litry w benzynie pod maską, dobrze przyspiesza i już po chwili zaciągam ręczny, z piskiem opon staję przed nimi, zarzucając bokiem samochodu.
Wyskakuję z auta. Od razu drę pizdę, cisnę po nich jak po burych sukach. Jeden się stawia, to od razu wypłacam mu liścia z całej pety, mało nie upada. Drę na nich mordę, krzyczę, że ich pozabijam, wywiozę do lasu i zastrzelę, jeżeli się nie odpierdolą od brata. Uciekają jak stado wróbelków. Dziwne, bo jak by chcieli, to rozjebaliby mnie na luzie, było ich z pięciu.
Po dwudziestu latach dowiedziałem się, że od tego wydarzenia wszystko w życiu brata się pozmieniało. Przez ten incydent musiał zmienić szkołę i podobno przez to sięgnął po używki.
Wtedy myślałem, że pomagam. Innym razem Julek, kumpel z ośki, prosi o pomoc. Skarży się, że jeden chłopak go prześladuje.
Idę pod szkołę. Czekam, aż prześladowca wyjdzie z budy, a potem wsiadam za nim do autobusu. Przegubowy ikarus, trzęsie jak cholera. Siadam na tyle, odpalam papierosa, akurat wtedy miałem radomskie. A potem wstaję i podchodzę do typa, i mówię, że ma dać spokój Julkowi, bo inaczej będzie bardzo źle.
Po czym, jak gdyby nigdy nic, pomału i mocno gaszę mu papierosa na szyi.
Radom, soboty w maju 1997 roku i maju 1999 roku Huczne szesnaste urodziny
Jaki melanż, ja pierdolę, moja szesnastka. Starzy wyeksmitowani na noc, zaprosiłem całą klasę i kumpli z ośki.
Chodzę do prywatnego liceum, robimy już pierwsze huczne imprezy. Wszyscy nabici hajsem, nie mamy limitów, jest grubo. Większość już srogo najebana, ja nie inaczej.
Muza gra na full, jaka jazda, podbija do mnie Tatar. Przed chwilą wpierdolił się pijany na gwóźdź wbity w boazerię na ścianie. Rozerwał sobie legitną koszulę w jakieś smoki i mówi do mnie:
– Ty, zobacz, jaka jazda, porwałem sobie koszulę na prawym ramieniu, a krew leci mi z lewego!
– Ja pierdolę, faktycznie, ale beka. Śmiejemy się jak nienormalni, a potem opowiadamy każdemu, kogo spotkamy, tę niesamowitą historię rodem z Archiwum X.
Zajebiście. To jest prawdziwa zabawa. Tak należy celebrować urodziny. Dostałem zajebiste prezenty. Wiadomo, bez prezentów to nawet bym tego baletu nie robił. Co prawda kilka osób przyniosło coś taniego, a Graża chyba niczego nie przyniosła.
Ale chuj z tym. Melanż ogółem wyjebany w kosmos.
Impreza pomału dobiega końca. Znajomi z klasy pozamawiali już taryfy, kumple z osiedla się zawijają. I wtedy podchodzi do mnie Graża. Jest bardzo pijana, podobnie jak ja.
I szepcze mi do ucha:
– Mam dla ciebie inny prezent, dam ci go, jak wszyscy już pójdą.
Jest ode mnie kilka lat starsza. Słyszałem na dzielni, że lubi ten sport.
Nigdy jeszcze nie uprawiałem seksu, więc to będzie idealne zakończenie urodzin. Los mi sprzyja. Los amigos. Jest cudownie.
Idziemy na górę do sypialni starych, zawsze to większe łóżko niż u mnie w pokoju. Rozbieramy się. Ma mały biust i zakrzaczoną szparkę. Dziesiątki razy oglądałem wszystkie pornosy starego na kasetach wideo – jej cipka kojarzy mi się z jedną z aktorek. Próbuję coś zrobić, ale ogólnie lipa.
Ja pierdolę, jestem tak najebany, że mi faja nie staje. Widzę po minie, że Graża jest lekko zmieszana. Ubiera się i mówi, że nic się nie stało. No, ale musi już iść do domu. Zostaję sam. Idę na dół, bo co tu będę robił?
Na dole się dopijam. A potem helikopter w bani i rzygańsko.