– Czy nadal przyjmuje pan jakieś substancje? Świeci mi, kurwa, w oczy latarką.
– Co to jest, przesłuchanie?
– Zwykłe badanie. Czy przyj…
– Tak, magnez przyjmuję, melatoninę, CBD, potas, żelazo, witaminę D, kwasy omega, ale z ryb dużych, żeby…
– Pytam o substancje zmieniające nastrój.
– Endorfiny, od zimnej wody.
– Jaką mamy dziś datę? – Wyłącza latarkę i cofa się dwa kroki.
– Nie pamiętam – mówię zgodnie z prawdą.
– A chociaż rok?
– No, rok to chyba pani wie.
– A co pan czuje, jak pana o to pytam?
– Nic… Nie wiem, znaczy. Czasem mnie spina, jak wspominam tamten czas. Niby mało pamiętam, ale w ciele to wszystko jest.
– Jaki czas?
– Jak ćpałem.
– Rozumiem. Czyli który mamy rok?
– Rok mamy dwa tysiące dwudziesty piąty. Nie trzeba już chodzić do lekarza, można zamówić leki przez internet. I recepty też można sobie kupić, jak w sklepie internetowym, wystarczy, że pogada się z lekarzem przez telefon. Jest przyszłość!
– Nie, mamy rok dwa tysiące jedenasty. Pobiorę panu teraz krew, dobrze?
Przed ślubem warto skonsultować się z lekarzem. Czekam więc na otwarcie okienka w rejestracji. Kolejka ustawia się od piątej rano pod karteczką informującą, że tam właśnie ma się formować kolejka. Otwierają o ósmej i wtedy wszyscy pędzą spod tej karteczki pod otwarte okienko. Robi się zamieszanie. Zgarniam pierwszy numerek, ale się okazuje, że pod gabinetem siedzą już osoby, które mają swoje własne numerki zdobyte w ramach jakiegoś pierdolonego cudu. Kurwa, przecież to ja byłem pierwszy pod karteczką, pierwszy pod okienkiem, a teraz się okazuje, że jestem siódmy!
Po mnie pod gabinet przychodzą kolejni pacjenci, aż zbiera się nas siedmioro, bo tyle numerków wydają w okienku. Okazuje się zatem, że siódma osoba spod karteczki jest trzynastą. Według tych z numerkami z kosmosu przyjmą tylko siedem osób, więc wejdę jako ostatni. Ci, którzy przyszli po mnie, mogą spierdalać, czyli będzie problem, bo wszyscy czekamy w kolejce do psychiatry.
W końcu mimo protestów wchodzę pierwszy, bo po prostu bardzo się spieszę. Wchodzę, zamykam drzwi i zaczynam mówić. Nawijam, że jestem zagubiony, że czuję, że być może zaraz wszystko pierdolnie.
– Ale na czym dokładnie polega problem? Proszę, niech pan go opisze. – Lekarz jest całkiem miły.
– Gość mnie potrącił samochodem – mówię i gestykuluję, pokazując wjazd auta w człowieka. – To jest dziwny facet, były wojskowy jakiś. Jeździ czarnym audi. Nie śpię, panie doktorze. Rano boję się wyjść z łóżka. To nie jest normalne. Chciałbym żyć w spokoju, chciałbym się dobrze czuć.
– Chciałby pan?
– Co?
– Czuć się dobrze. Chciałby pan?
– A, no, każdy by chciał. Ale to jest bardzo pokręcone, bo nigdy nie spełniam swoich oczekiwań, a te moje oczekiwania nie są moje, tylko moich rodziców, a potem mojej dziewczyny, i tego się nie da dopełnić, żebym ja był zadowolony i świat był zadowolony. Znaczy, właśnie, chciałbym mieć świat bardziej w dupie.
Facet cały czas notuje, nawet jakby ze zrozumieniem. Mówi, że strasznie pędzę, jakbym się czymś pobudził. Mówię mu, że nerwy. Siedzi z nogą na nodze, ale w tych niskich fotelach trudno siedzieć inaczej. Ma koło sześćdziesiątki, wąsy, łysieje.
Też zakładam nogę na nogę i czekam. W końcu przestaje notować i patrzy na mnie.
– Proszę jeszcze raz opowiedzieć o wypadku.
– O wypadku? No, może bez przesady. Gość jechał niezbyt szybko, ale jechał za mną i nagle przyspieszył. Nie jestem pewien, bo był za moimi plecami przecież, usłyszałem pisk i coś we mnie uderzyło. Coś uderzyło, potem nie pamiętam, potem byłem w szpitalu…
– Stracił pan przytomność?
– Nie, chyba nie, po prostu nie pamiętam. Taki rodzaj niepamięci. Byłem w szpitalu i robili mi te wszystkie prześwietlenia.
– Może być stres po takim urazie. Potocznie zwany zespołem stresu pourazowego. Coś się panu stało wtedy? Mam na myśli, że fizycznie.
– Obity byłem, żebro pęknięte.
– Urazy czaszki?
– Nie, chyba nie było. Na prześwietleniu nic nie wyszło, ale też było jakieś niewyraźne.
– Są papiery?
– Jakie?
– Ze szpitala.
– Nie, papierów, panie doktorze, zapomniałem.
– Ciekawe… – mówi jakby do siebie. Po chwili pyta:
– Kiedy to było, to wydarzenie?
– Dwa tygodnie temu równo.
– No dobrze, a czy on pana śledził? Kto to w ogóle jest? Co na to policja? – wypytuje i znowu notuje.
– No, można uznać, że jest to jakiś rodzaj śledzenia, bo pojawia się w różnych miejscach, a ja jestem wtedy zaskoczony i nie wiem, co z tym robić.
– Czy używa wobec pana gróźb lub innej przemocy?
– Oprócz ataku samochodem to… rzeczywiście, co jakiś czas rzuca w moim kierunku cytaty z Ojca chrzestnego.
Powtarza po mnie to o Ojcu chrzestnym i zapisuje. A ja mówię dalej.
– Raz mnie napadł, kiedy spacerowałem po Nowym Mieście. Łaziłem sobie w okolicach dawnego Kina Wars, a on wyszedł z tego podwórka, gdzie jest przedszkole. Przydusił mnie i syczał coś, że mam się odpierdolić od mojej dziewczyny, że już po mnie, jeśli tego nie zrobię. Potem znowu wysyłał mi wiadomości z nieznanego numeru. I tak w kółko, wariat jakiś kompletny.
Lekarz prosi, żebyśmy wrócili jeszcze do tego samochodu. Pyta o markę, o obrażenia, o to, jakie uczucia budzi we mnie wspomnienie wypadku, a ja mu na to, że nie śpię, że ciężko mi się skupić, coraz ciężej. I wtedy widzę, że na półce, obok spisu leków, leży kilka książek o Warszawie. Pytam go, skąd te książki. Mówi, że kocha to miasto, urodził się tutaj, jego ojciec też i jego dziadek. Mówię mu, że ja też, że Warszawa to najlepsze miasto na świecie, a on kiwa głową. Nie mogę się powstrzymać i wyznaję, że aktualnie badam nieznane pozostałości metra głębokiego, które ruscy wydrążyli u nas po wojnie. I szukam śladów takiej studni, która kiedyś była na Gocławiu, obok hangarów po lotnisku. Ciągnie mnie pod powierzchnię tego miasta.
– To musi być ciekawe – komentuje, jakby go to wcale nie obchodziło.
Nagle znów mówię, jak mnie dobija sytuacja z tym facetem, również dlatego, że ja o tym z nikim nie rozmawiam, nawet z moją dziewczyną. Kręci głową, nie dowierza, że niby skąd się taki człowiek wziął, prześladuje mnie, pojawia się i znika, a ja nic z tym nie robię.
Potem dopytuje o obniżony nastrój, a ja patrzę na zegarek, bo się spieszę dużo bardziej niż zwykle. Mówię, że nie mam takich stanów, żeby depresja czy coś. Ale – właśnie – chciałbym wszystko dobrze rozwiązać, to jest dla mnie bardzo ważne, ale trudne. Tyle spraw się nawarstwia. I że to potrącenie samochodem tak się nie skończy bez konsekwencji, że być może pójdę na policję, bo jednak to wspomnienie budzi we mnie napięcie, złość, lęk.
No i lekarz stwierdza, że jednak nic mi nie dolega, ale warto coś z tymi emocjami zrobić, więc żebyśmy się spotkali za miesiąc. Dodaje, że trzeba odróżniać chorobę od życiowych trudności.
Jebany mądrala, myślę, i działam:
– Ale właściwie jest taka jedna sprawa, która mnie wręcz paraliżuje.
– No, niech pan mówi.
– Dziś się żenię. Uśmiecha się i żartuje, że on też się piekielnie stresował przed ślubem.
– No właśnie, ten ślub i ci ludzie wszyscy, wesele, takie to sztuczne i głupie, ja mogę tej całej ceremonii nie przetrwać. W życiu nic mnie tak nie stresowało.
– Czyli ten wypadek… to nie do końca o to chodziło?
– No… A potem jeszcze podróż poślubna. Nie wiem, jak sobie z tym wszystkim poradzę. A jak źle się poczuję?
– Na ile państwo wyjeżdżacie?
– Na miesiąc, bo lubimy podróżować. I wybraliśmy Etiopię. Co będzie, jeśli coś mi się tam zacznie dziać? Addis Abeba musi być niezwykła, to trochę jakby Moskwa. W ogóle zna pan te rejony? To taki kraj, doktorze, gdzie kierowca lokalnego autobusu słucha jazzu…
– Zasadniczo to wciąż uważam, że nic panu nie dolega. Nie jest pan na nic chory, ale mam coś dla pana – mówi tonem, który ma przywracać nadzieję. – Tylko tak: to, co dla pana mam, nie jest rozwiązaniem na dłuższą metę. Przepiszę panu tabletki, ale jak najszybciej musi pan przestać je brać, bo inaczej znajdzie się pan w pułapce, z której – wzrusza ramionami – nie przewidziano wyjścia. To jest dosyć przyjemne lekarstwo na niemiły świat. Ale ono tego świata nie leczy, proszę zapamiętać.
– Oczywiście, rozumiem, będę na to przygotowany.
– Nic pan nie rozumie, ale staram się być uczciwy wobec tych, którzy przychodzą do mnie po ten, że tak powiem, „towar”.
Patrzy na mnie przelotnie, wypisuje receptę i wyrywa ją z bloczka.
– Naprawdę jestem wdzięczny. – Kładę receptę na kolanach, bo dłonie mam tak spocone, że zostawiają ślady na papierze.
– To widzimy się za miesiąc. Gratuluję ślubu. I trzymam kciuki. Choć to w ogóle jest dziwne, co pan mówi, jestem nieco zagubiony. Trochę, wie pan, za dużo wrażeń jak na jedną wizytę u skromnego psychiatry.
– A czy jedno opakowanie mi starczy?
– Tak, jedna tabletka panu wystarczy, żeby przetrwać ślub.
– Okej, ale gdyby były jakieś problemy jeszcze na granicy, gdyby mieli jakieś zastrzeżenia… Bo nie wiem, jak to jest w Etiopii prawnie rozwiązane…
– Trochę na wyrost dałem panu ten lek. Normalnie na takie rzeczy nie powinienem go przepisywać.
– No ale ja nie chcę się żenić! – wyrzucam z siebie nareszcie. – Ożenię się i co? Matka da nam więcej kasy, żebym swoją kawalerkę na Gocławiu, który udaje Saską Kępę, zamienił na coś większego. Więc zamienimy. Potem będziemy urządzać to mieszkanie, a moja matka będzie nam doradzać, jak mamy się docierać, bo ona jest mentorką z praktyką w Stanach i wie wszystko. Mieszkanie będzie, nie wiem, na Mokotowie. Więc będziemy tam mieszkać, lata będą mijać, a my będziemy krążyć po dużym pokoju w poszukiwaniu czegoś, co pozwoli nam się nawzajem omijać. Za kilka lat moja matka z jej matką dadzą nam jeszcze więcej kasy na dom na Zawadach, a mój stary weźmie nas do Sudanu, żebyśmy przeżyli symulację przygody życia. Żebyśmy mogli się omijać też w Afryce. A Zawady, wie pan… Pan wie, co to jest?
– Nie rozumiem pytania.
– Teren zalewowy, rozumie pan? Jak matka może kupić dziecku dom na terenie zalewowym?
– Przecież nikt go panu nie kupił.
– To nawet jeszcze gorzej. Wzdycha. Powoli sięga do bloczka, wypisuje kolejne opakowanie, odrywa receptę i wręcza mi ją. Gdy jestem już na korytarzu, rzuca:
– Gdyby się okazało, że potrzebuje pan dalszej pomocy, przyjmuję również prywatnie.
– Żegnajcie, pojeby! – mówię do pacjentów w kolejce, mijam Bar Sady i bardzo zadowolony z siebie zaczynam się rozglądać za apteką.
Telefonu już nie włączyłem. Ona została gwiazdą telewizji, a ja zostałem w tu i teraz.
Chcesz czytać dalej?
Zapisz się do newslettera Newhomers i odbieraj fragmenty książek, premiery i najciekawsze treści prosto na maila.
Lato przepaliło świat. Ludzie zniknęli z ulic. Kiwam się chwilę nerwowo i wchodzę. Miałem ponad dobę przerwy od ulgi, za sekundę może być za późno. Mówię aptekarce, że mam pewne przejściowe problemy, i od razu się wstydzę, że gadam takie pierdoły obcym osobom. Ale biorę tabletkę, popijam colą i postanawiam posiedzieć na murku. Przestaje mi się spieszyć, przestaję musieć cokolwiek, chcę tylko łapać słońce.
Jest naprawdę bombowo tu i teraz. Bo to tak właśnie działa, że nie musisz już nic robić, że jest dobrze, że czas się zatrzymuje. Xanax jest na taką chorobę, którą miewa każdy. Żeby go dostać, musisz tylko poudawać razem z lekarzem, że nie jesteś ćpunem, a on nie jest dilerem. Ten lekarz, u którego byłem, pierwszą receptę wypisuje za darmo, bo na NFZ. On naprawdę chce, żebyś czuł się fajnie, bo sam czuje się fajnie, jak zarabia na twoim czuciu się fajnie. On pewnie też to bierze, kiedy boi się iść do dentysty albo na własną sprawę rozwodową. Wie, co dobre. Xanax to najfajniejsza rzecz, jaką możesz od niego dostać. Kiedy go wrzucasz, znów czujesz się jak dziecko. Czas się zatrzymuje, więc nie musisz dorastać.
Zostało mniej niż pięć godzin do ślubu, a ja jestem wyjątkowo zrelaksowany. Uśmiecham się w niebo. Dobrze wiem, że chociaż jest niebieskie, to są tam też gwiazdy.
Fajnie za dnia lecieć do tych gwiazd, bo zupełnie nikt nie wie, że jestem gdzieś tam, w miejscu, które istnieje tylko nocą. Lecę tak coraz dalej, coraz wyżej i widzę cały świat.
Zostało mniej niż pięć godzin do ślubu, a słońce przestało się przesuwać po niebie. Wlazłem w tę lukę i nie chcę, bardzo nie chcę z niej wychodzić. Zresztą, przecież nie muszę. Biorę drugą tabletkę i idę połazić między bloczkami na Sadach Żoliborskich. Chodzę, chodzę i nagle mam ochotę znaleźć się na moim starym podwórku na osiedlu Gocław Lotnisko.
Ale nie, kurwa mać, stop! Ślub. Trzeba się pospieszyć. A może nie trzeba? Zaraz, ona do mnie dzwoniła czy nie dzwoniła? Telefon mnie rozśmiesza: nie wiem, czy z wczoraj te nieodebrane, czy z dzisiaj, czy może z jutra.
Z kim ja się żenię? Skąd mi się ten ślub wziął? Lekarz mi go przepisał?
Wsiadam w autobus 520 i bardzo mi się to podoba. Jakbym pierwszy raz w życiu jechał autobusem. Docieram do zakładów radarowych i ruszam przez Pekin. Zatrzymuję się tam. Właściwie Pekin to też moje osiedle, takie dodatkowe, na które uciekałem z domu. Codziennie starałem się dostać w te zakazane rewiry.
Na Pekinie jest górka, z której widać wszystko. Oba jeziorka. Oba osiedla. Naprawdę wszystko.
I chyba jest mi tu jak wtedy, czyli nie do końca wiem jak. Bo nie do końca pamiętam, jak mi tam było kiedyś.
Siadam na ławce, na górce pośród chwastów, które lubię, bo mają w sobie taką niechcianą codzienność. Jestem kurewsko zrelaksowany. Wyłączam telefon, żeby mi nikt nie przeszkadzał. Biorę jeszcze jedną tabletkę. Jest mi błogo, nogi trochę zbyt miękkie, ale nigdzie się przecież nie spieszę. Słońce, które świeci tak samo jak kiedyś, na te same ściany bloków, pozwala wejść w czas, którego już nie ma, którego być może nigdy nie było. To jest to. Chcę odnaleźć tę lukę między dzieciństwem a dzisiaj. A jak ją odnajdę – zatrzymać. Chwycić mocno, mocniej i mieć, mieć, mieć.
Relaks jak chuj. Więcej niż relaks. Wielki, kurwa, relaks. Sztuka relaksu. Relaks większy niż życie. Relaks ci się należy. Relaks nie jest wcale taki drogi. Relaks pod kontrolą lekarską. Relaks DIY. Tak dawno nie miałeś relaksujących wakacji. Zapracowałeś sobie na relaks. Relaksuj się jak gwiazda. Trochę masz sraczkę, to masz tu, proszę, relaks. Zastąp niechciane nudne życie głębokim relaksem. Relaks taki, którego zaznałeś w tej wczesnej fazie życia, kiedy wszystko było zdziwieniem, ciekawością, a czas nie płynął. Relaks, którego już nawet nie pamiętasz.
Śmieszny ten relaks, taki amerykański.
I nagle budzę się z poczuciem, że przegapiłem własny ślub. Ślina cieknie mi po brodzie, a ktoś pyta, jakiś facet pyta, czy dzwonić po pogotowie.
Nie, nie dzwonić, mam swoje lekarstwa. To jedna z tych sytuacji, kiedy w relaksie następuje przerwa na, kurwa, wstyd. Wstyd. Wstyd. Wstyd. By go przetrwać, biorę dwie tabletki. Na szczęście mam kolejne opakowanie. Następnego dnia również ono się kończy.
Idę więc do innego lekarza. I znów znikam, uciekam, chowam się na relaks. Chodzę do kolejnych lekarzy po kolejne recepty, bo nie umiem pokazywać się ludziom bez zażywania tych rozluźniających tabletek. I znowu wstyd, wstyd, wstyd. Tak mija miesiąc, po którym potrzeba zaspokojenia głodu staje się zbyt przytłaczająca. Zapominam nawet o tej całej sprawie ze ślubem, bo zajmuję się już tylko próbami zdobycia różowego lekarstwa w kolorowych opakowaniach, które sprzedają pod hasłem: „Śmiej się do słońca i udawaj, że żyjesz”.
Telefonu już nie włączyłem. Ona została gwiazdą telewizji, a ja zostałem w tu i teraz. Odtwarzałem codziennie ten sam moment, w którym potrzebowałem jedynie produktu firmy Pfizer.