FRAGMENT KSIĄŻKI

Relaks amerykański

Juliusz Strachota 6 MIN CZYTANIA

Przesłuchanie

– Czy nadal przyjmuje pan jakieś substancje? Świeci mi, kurwa, w oczy latarką.

– Co to jest, przesłuchanie?

– Zwykłe badanie. Czy przyj…

– Tak, magnez przyjmuję, melatoninę, CBD, potas, żelazo, witaminę D, kwasy omega, ale z ryb dużych, żeby…

– Pytam o substancje zmieniające nastrój.

– Endorfiny, od zimnej wody.

– Jaką mamy dziś datę? – Wyłącza latarkę i cofa się dwa kroki.

– Nie pamiętam – mówię zgodnie z prawdą.

– A chociaż rok?

– No, rok to chyba pani wie.

– A co pan czuje, jak pana o to pytam?

– Nic… Nie wiem, znaczy. Czasem mnie spina, jak wspominam tamten czas. Niby mało pamiętam, ale w ciele to wszystko jest.

– Jaki czas?

– Jak ćpałem.

– Rozumiem. Czyli który mamy rok?

– Rok mamy dwa tysiące dwudziesty piąty. Nie trzeba już chodzić do lekarza, można zamówić leki przez internet. I recepty też można sobie kupić, jak w sklepie internetowym, wystarczy, że pogada się z lekarzem przez telefon. Jest przyszłość!

– Nie, mamy rok dwa tysiące jedenasty. Pobiorę panu teraz krew, dobrze?

Przed ślubem warto skonsultować się z lekarzem. Czekam więc na otwarcie okienka w rejestracji. Kolejka ustawia się od piątej rano pod karteczką informującą, że tam właśnie ma się formować kolejka. Otwierają o ósmej i wtedy wszyscy pędzą spod tej karteczki pod otwarte okienko. Robi się zamieszanie. Zgarniam pierwszy numerek, ale się okazuje, że pod gabinetem siedzą już osoby, które mają swoje własne numerki zdobyte w ramach jakiegoś pierdolonego cudu. Kurwa, przecież to ja byłem pierwszy pod karteczką, pierwszy pod okienkiem, a teraz się okazuje, że jestem siódmy!

Po mnie pod gabinet przychodzą kolejni pacjenci, aż zbiera się nas siedmioro, bo tyle numerków wydają w okienku. Okazuje się zatem, że siódma osoba spod karteczki jest trzynastą. Według tych z numerkami z kosmosu przyjmą tylko siedem osób, więc wejdę jako ostatni. Ci, którzy przyszli po mnie, mogą spierdalać, czyli będzie problem, bo wszyscy czekamy w kolejce do psychiatry.

W końcu mimo protestów wchodzę pierwszy, bo po prostu bardzo się spieszę. Wchodzę, zamykam drzwi i zaczynam mówić. Nawijam, że jestem zagubiony, że czuję, że być może zaraz wszystko pierdolnie.

– Ale na czym dokładnie polega problem? Proszę, niech pan go opisze. – Lekarz jest całkiem miły.

– Gość mnie potrącił samochodem – mówię i gestykuluję, pokazując wjazd auta w człowieka. – To jest dziwny facet, były wojskowy jakiś. Jeździ czarnym audi. Nie śpię, panie doktorze. Rano boję się wyjść z łóżka. To nie jest normalne. Chciałbym żyć w spokoju, chciałbym się dobrze czuć.

– Chciałby pan?

– Co?

– Czuć się dobrze. Chciałby pan?

– A, no, każdy by chciał. Ale to jest bardzo pokręcone, bo nigdy nie spełniam swoich oczekiwań, a te moje oczekiwania nie są moje, tylko moich rodziców, a potem mojej dziewczyny, i tego się nie da dopełnić, żebym ja był zadowolony i świat był zadowolony. Znaczy, właśnie, chciałbym mieć świat bardziej w dupie.

Facet cały czas notuje, nawet jakby ze zrozumieniem. Mówi, że strasznie pędzę, jakbym się czymś pobudził. Mówię mu, że nerwy. Siedzi z nogą na nodze, ale w tych niskich fotelach trudno siedzieć inaczej. Ma koło sześćdziesiątki, wąsy, łysieje.

Też zakładam nogę na nogę i czekam. W końcu przestaje notować i patrzy na mnie.

– Proszę jeszcze raz opowiedzieć o wypadku.

– O wypadku? No, może bez przesady. Gość jechał niezbyt szybko, ale jechał za mną i nagle przyspieszył. Nie jestem pewien, bo był za moimi plecami przecież, usłyszałem pisk i coś we mnie uderzyło. Coś uderzyło, potem nie pamiętam, potem byłem w szpitalu…

– Stracił pan przytomność?

– Nie, chyba nie, po prostu nie pamiętam. Taki rodzaj niepamięci. Byłem w szpitalu i robili mi te wszystkie prześwietlenia.

– Może być stres po takim urazie. Potocznie zwany zespołem stresu pourazowego. Coś się panu stało wtedy? Mam na myśli, że fizycznie.

– Obity byłem, żebro pęknięte.

– Urazy czaszki?

– Nie, chyba nie było. Na prześwietleniu nic nie wyszło, ale też było jakieś niewyraźne.

– Są papiery?

– Jakie?

– Ze szpitala.

– Nie, papierów, panie doktorze, zapomniałem.

– Ciekawe… – mówi jakby do siebie. Po chwili pyta:

– Kiedy to było, to wydarzenie?

– Dwa tygodnie temu równo.

– No dobrze, a czy on pana śledził? Kto to w ogóle jest? Co na to policja? – wypytuje i znowu notuje.

– No, można uznać, że jest to jakiś rodzaj śledzenia, bo pojawia się w różnych miejscach, a ja jestem wtedy zaskoczony i nie wiem, co z tym robić.

– Czy używa wobec pana gróźb lub innej przemocy?

– Oprócz ataku samochodem to… rzeczywiście, co jakiś czas rzuca w moim kierunku cytaty z Ojca chrzestnego.

Powtarza po mnie to o Ojcu chrzestnym i zapisuje. A ja mówię dalej.

– Raz mnie napadł, kiedy spacerowałem po Nowym Mieście. Łaziłem sobie w okolicach dawnego Kina Wars, a on wyszedł z tego podwórka, gdzie jest przedszkole. Przydusił mnie i syczał coś, że mam się odpierdolić od mojej dziewczyny, że już po mnie, jeśli tego nie zrobię. Potem znowu wysyłał mi wiadomości z nieznanego numeru. I tak w kółko, wariat jakiś kompletny.

Lekarz prosi, żebyśmy wrócili jeszcze do tego samochodu. Pyta o markę, o obrażenia, o to, jakie uczucia budzi we mnie wspomnienie wypadku, a ja mu na to, że nie śpię, że ciężko mi się skupić, coraz ciężej. I wtedy widzę, że na półce, obok spisu leków, leży kilka książek o Warszawie. Pytam go, skąd te książki. Mówi, że kocha to miasto, urodził się tutaj, jego ojciec też i jego dziadek. Mówię mu, że ja też, że Warszawa to najlepsze miasto na świecie, a on kiwa głową. Nie mogę się powstrzymać i wyznaję, że aktualnie badam nieznane pozostałości metra głębokiego, które ruscy wydrążyli u nas po wojnie. I szukam śladów takiej studni, która kiedyś była na Gocławiu, obok hangarów po lotnisku. Ciągnie mnie pod powierzchnię tego miasta.

– To musi być ciekawe – komentuje, jakby go to wcale nie obchodziło.

Nagle znów mówię, jak mnie dobija sytuacja z tym facetem, również dlatego, że ja o tym z nikim nie rozmawiam, nawet z moją dziewczyną. Kręci głową, nie dowierza, że niby skąd się taki człowiek wziął, prześladuje mnie, pojawia się i znika, a ja nic z tym nie robię.

Potem dopytuje o obniżony nastrój, a ja patrzę na zegarek, bo się spieszę dużo bardziej niż zwykle. Mówię, że nie mam takich stanów, żeby depresja czy coś. Ale – właśnie – chciałbym wszystko dobrze rozwiązać, to jest dla mnie bardzo ważne, ale trudne. Tyle spraw się nawarstwia. I że to potrącenie samochodem tak się nie skończy bez konsekwencji, że być może pójdę na policję, bo jednak to wspomnienie budzi we mnie napięcie, złość, lęk.

No i lekarz stwierdza, że jednak nic mi nie dolega, ale warto coś z tymi emocjami zrobić, więc żebyśmy się spotkali za miesiąc. Dodaje, że trzeba odróżniać chorobę od życiowych trudności.

Jebany mądrala, myślę, i działam:

– Ale właściwie jest taka jedna sprawa, która mnie wręcz paraliżuje.

– No, niech pan mówi.

– Dziś się żenię. Uśmiecha się i żartuje, że on też się piekielnie stresował przed ślubem.

– No właśnie, ten ślub i ci ludzie wszyscy, wesele, takie to sztuczne i głupie, ja mogę tej całej ceremonii nie przetrwać. W życiu nic mnie tak nie stresowało.

– Czyli ten wypadek… to nie do końca o to chodziło?

– No… A potem jeszcze podróż poślubna. Nie wiem, jak sobie z tym wszystkim poradzę. A jak źle się poczuję?

– Na ile państwo wyjeżdżacie?

– Na miesiąc, bo lubimy podróżować. I wybraliśmy Etiopię. Co będzie, jeśli coś mi się tam zacznie dziać? Addis Abeba musi być niezwykła, to trochę jakby Moskwa. W ogóle zna pan te rejony? To taki kraj, doktorze, gdzie kierowca lokalnego autobusu słucha jazzu…

– Zasadniczo to wciąż uważam, że nic panu nie dolega. Nie jest pan na nic chory, ale mam coś dla pana – mówi tonem, który ma przywracać nadzieję. – Tylko tak: to, co dla pana mam, nie jest rozwiązaniem na dłuższą metę. Przepiszę panu tabletki, ale jak najszybciej musi pan przestać je brać, bo inaczej znajdzie się pan w pułapce, z której – wzrusza ramionami – nie przewidziano wyjścia. To jest dosyć przyjemne lekarstwo na niemiły świat. Ale ono tego świata nie leczy, proszę zapamiętać.

– Oczywiście, rozumiem, będę na to przygotowany.

– Nic pan nie rozumie, ale staram się być uczciwy wobec tych, którzy przychodzą do mnie po ten, że tak powiem, „towar”.

Patrzy na mnie przelotnie, wypisuje receptę i wyrywa ją z bloczka.

– Naprawdę jestem wdzięczny. – Kładę receptę na kolanach, bo dłonie mam tak spocone, że zostawiają ślady na papierze.

– To widzimy się za miesiąc. Gratuluję ślubu. I trzymam kciuki. Choć to w ogóle jest dziwne, co pan mówi, jestem nieco zagubiony. Trochę, wie pan, za dużo wrażeń jak na jedną wizytę u skromnego psychiatry.

– A czy jedno opakowanie mi starczy?

– Tak, jedna tabletka panu wystarczy, żeby przetrwać ślub.

– Okej, ale gdyby były jakieś problemy jeszcze na granicy, gdyby mieli jakieś zastrzeżenia… Bo nie wiem, jak to jest w Etiopii prawnie rozwiązane…

– Trochę na wyrost dałem panu ten lek. Normalnie na takie rzeczy nie powinienem go przepisywać.

– No ale ja nie chcę się żenić! – wyrzucam z siebie nareszcie. – Ożenię się i co? Matka da nam więcej kasy, żebym swoją kawalerkę na Gocławiu, który udaje Saską Kępę, zamienił na coś większego. Więc zamienimy. Potem będziemy urządzać to mieszkanie, a moja matka będzie nam doradzać, jak mamy się docierać, bo ona jest mentorką z praktyką w Stanach i wie wszystko. Mieszkanie będzie, nie wiem, na Mokotowie. Więc będziemy tam mieszkać, lata będą mijać, a my będziemy krążyć po dużym pokoju w poszukiwaniu czegoś, co pozwoli nam się nawzajem omijać. Za kilka lat moja matka z jej matką dadzą nam jeszcze więcej kasy na dom na Zawadach, a mój stary weźmie nas do Sudanu, żebyśmy przeżyli symulację przygody życia. Żebyśmy mogli się omijać też w Afryce. A Zawady, wie pan… Pan wie, co to jest?

– Nie rozumiem pytania.

– Teren zalewowy, rozumie pan? Jak matka może kupić dziecku dom na terenie zalewowym?

– Przecież nikt go panu nie kupił.

– To nawet jeszcze gorzej. Wzdycha. Powoli sięga do bloczka, wypisuje kolejne opakowanie, odrywa receptę i wręcza mi ją. Gdy jestem już na korytarzu, rzuca:

– Gdyby się okazało, że potrzebuje pan dalszej pomocy, przyjmuję również prywatnie.

– Żegnajcie, pojeby! – mówię do pacjentów w kolejce, mijam Bar Sady i bardzo zadowolony z siebie zaczynam się rozglądać za apteką.

Telefonu już nie włączyłem. Ona została gwiazdą telewizji, a ja zostałem w tu i teraz.
— Juliusz Strachota
Relaks amerykański
CHCESZ CZYTAĆ DALEJ?
Relaks amerykański
Juliusz Strachota
39,90 zł 59,90 zł
Relaks amerykański 39,90 zł 59,90 zł