– To kto teraz? – powiedziała prowadząca.
Patrzę na nią i na innych dwunastu gniewnych pojebów, siedzących naprzeciwko mnie w jednej z prywatnych placówek terapeutycznych, i myślę: co ja tu, kurwa, robię?
Zapłaciłem za tę nieprzyjemność cztery tysiące złotych. Wciąż nie wiem, czy to była słuszna decyzja. Zastanawiam się, czy nie mogłem wydać tej kasy na coś pożyteczniejszego. Jest przecież tyle wspaniałych przedmiotów do kupienia na Allegro.
Ta przyjemność wyprawy do paczkomatu.
Podnosząca się dopamina. Wzrost noradrenaliny. Zwiększone stężenie serotoniny w szczelinie synaptycznej pomiędzy moimi neuronami.
A to wszystko przy otwieraniu skrytki, gdzie znajduje się moja paczka.
Potem szybki trucht do mieszkania. I rozpakowywanie. I obniżanie kortyzolu redukującego stres. I wydzielenie przez organizm endogennych substancji opioidowych, tak zwanych endorfin. I uwalnianie acetylocholiny w momencie, kiedy zdaję sobie sprawę, że w ogóle nie potrzebowałem tego szajsu.
Zapytacie, dlaczego zdecydowałem się na prywatną terapię, skoro nie przynosi mi żadnej neurotycznej satysfakcji, oprócz podwyższonego oprocentowania mojej pożyczki, tak zwanej chwilówki? Już odpowiadam.
Terapia zapewnia mi tożsamość. Mogę pochwalić się nią przed dziewczynami, przed przyjaciółmi, rodziną. Patrzcie, kurwa, jak ja nad sobą zajebiście pracuję!
Jednocześnie mogę łatwo znaleźć wytłumaczenie dla swojego pojebanego zachowania, gdy okaże się nieco za bardzo pojebane.
Mogę dać wszystkim do zrozumienia, że jeszcze nie do końca nad sobą, kurczę, popracowałem. Że coś tam jeszcze jest do zmiany, do popracowania. Ale to dopiero początek! A jakie już są efekty! Patrzcie! Patrzcie, ile pozytywnych aspektów chodzenia do prywatnej placówki terapeutycznej!
A gdy wieczorem wrócę do domu, zmęczony po całym dniu mozolnej pracy nad sobą, będę mógł otworzyć laptopa i napisać pięknego posta. Będę mógł zrobić coming out na Instastory. Takie z przekazem dla dusz i umysłów wszystkich moich obserwatorów.
A później, gdy pojadę taksówką na imprezę, będę mógł poderwać dziewczynę, będę mógł pójść z nią do łóżka, a nawet zerwać z nią zaraz na drugi dzień.
Dlatego wybrałem terapię grupową. Kto wie? Może kogoś poznam? A może przy okazji poznam samego siebie? Mam czterdzieści pięć lat. Decyzję podjąłem dość późno, wiem. Ale jak powiadają mędrcy tego świata: lepiej późno niż wcale.
A co mi tam, myślę. Podniosę łapę.
– Może ja spróbuję – powiedziałem, podniósłszy łapę.
– Bardzo dobrze, Tomku, zapraszamy. Zacznij, kiedy tylko będziesz gotowy – powiedziała pani prowadząca.
Zapadła cisza.
– Cześć. Nazywam się Tomasz Malinowski i jestem DDA. Skrót od dorosłe dziecko alkoholika. Choć nie czuję się ani dzieckiem, ani dorosłym. A już na pewno nie chcę mieć nic wspólnego z alkoholikami. Przylepiłem sobie tę etykietę, bo z etykietami łatwiej żyć. Jestem samotnikiem. Najczęściej siedzę w domu. Najczęściej sam. Prawie zawsze sam. Obejrzę coś na Netfliksie albo HBO GO. Pogram na PlayStation 3, bo na piątkę mnie nie stać. Pobrzdąkam coś na pianinie. A potem kładę się spać.
Uczestnicy sesji słuchali.
– Wychodzę z domu, zdarza mi się, owszem. Ale tego nie lubię. A już z pewnością nie lubię wychodzić w weekendy. W weekend nie pracuję. A jak nie pracuję, to nie muszę się socjalizować z innymi ludźmi. Jakoś nie za bardzo mnie to interesuje. Nie chce mi się gotować, bo taniej wychodzi zamawianie żarcia na wynos.
Czasami przywożą mi pudełka z jedzeniem; pragnę schudnąć, ale i tak nie chudnę, bo wieczorami pożeram syf z Żabki. Alkohol piję rzadko, w małych ilościach. Nie chcę pić. Boję się pić. Nie chcę, żeby ktokolwiek zarzucił mi, że zachowuję się niewłaściwie.
Jeden z mężczyzn, chyba trochę młodszy ode mnie, odkaszlnął i poruszył się niespokojnie. Chyba brzmiało to dla niego znajomo.
– Bywam dziwny. Jestem w stanie przeprosić jakąś facetkę w Biedronce za to, że wepchnęła się przede mną w kolejkę. Powinienem ją zrugać, zareagować, ale nie – będę się do niej uśmiechał, będę ją zachęcał: „Proszę, proszę się nie krępować, ależ proszę się śmiało wpierdalać w kolejkę”. Boję się konfrontacji. Tak już mam. Nie wiem dlaczego. Brzydzę się tą kobietą, budzi moją odrazę, ale nie dam jej tego po sobie poznać. – Zaśmiałem się nerwowo. – Mam stałą pracę. Mieszkanie na kredyt, który regularnie spłacam. Płacę też wszystkie rachunki. Nie mam rodziny i dzieci, i… i to chyba tyle, na początek.
– Bardzo dobrze, Tomku. To bardzo pouczający wstęp. Możesz opowiedzieć, dlaczego zdecydowałeś się przyjść tutaj do nas?
– Czy ja wiem? Chyba nie wiem. Raczej nie wiem.
Cisza.
– Skończyłeś?
– Tak. Raczej tak. Definitywnie tak.
Terapeutka skinęła głową i uśmiechnęła się wspierająco.
No bo co miałem im więcej powiedzieć? Miałem się przyznać przed tą hołotą, że moje życie to pasmo niepowodzeń? Albo, że jestem tacy jak oni? Niedoczekanie.
Wolę mówić do ciebie. Tak, dobrze przeczytałeś. Wolę się otworzyć przed tobą. Przed nimi już się otwierałem. Wystarczy. Dlaczego? Bo się ich boję. Bo mogą mnie skrzywdzić. Mogą mnie ocenić. Bo zobaczę wyraz ich twarzy, gdy będą mnie oceniać. Wiem to. Już to przechodziłem. Mogą mi coś zarzucić. Mogą powiedzieć, że nie mam racji.
A co oni tak naprawdę wiedzą?
Jesteś mi bliższy. Pomimo że się nie znamy i nie widzę twojej twarzy (a może dlatego). Kto wie, może masz podobne problemy?
A może nawet bardziej pojebane od tych moich? Dlatego zaufam tobie. A nawet jeśli mnie ocenisz, to i tak tego nie zobaczę.
Cofnij się ze mną w czasie. Chodź ze mną do Wrocławia w roku 1991.
Właśnie przekroczyłem próg mojego mieszkania na Głogowskiej 11/64. Widzę chłopca. Ma trzynaście lat i marzy o statku pirackim z klocków Lego. Patrzę na niego i wydaje mi się znajomy. W jakimś sensie jestem wciąż tym chłopcem. Pamiętam go bardzo dobrze. Pamiętam, co przeżył.
Często rozmawiamy. Znam go rewelacyjnie. Razem układamy lego. Razem słuchamy ulubionych utworów z lat osiemdziesiątych. Razem flirtujemy i kochamy te same kobiety. Razem oglądamy po stokroć te same filmy. Marzymy o lepszym jutrze i zastanawiamy się nad naszym życiem.
Lubimy filozofować. Rozmyślamy o naszej historii. Kiedy się zaczęła? Czterdzieści lat temu? A może jeszcze długo przed naszym urodzeniem? Czy można być częścią czyjejś historii, nie będąc tego świadomym? Często zadajemy sobie to pytanie.
Ale o czymkolwiek byśmy nie filozofowali, zawsze wracamy do pierwotnego źródła. Do pierwotnego pytania. Do pytania pytań i źródła źródeł – do Alka. Mojego Alka.
Mój Alek. Nasz Alek.
Alek jest jak brakujący element w długim równaniu z wieloma niewiadomymi.
Alek będzie śnił się nam po nocach. Tak jak śnił się mnie, gdy miałem trzynaście lat.
Alek będzie żył wiecznie. I w ostatecznym rozrachunku, gdy umrzemy i spotkamy Alka po tamtej stronie, pojawi się przed nami tak samo, jak do tej pory – bez zapowiedzi.
I prawdopodobnie znowu będzie pijany. Co wtedy zrobimy? Jak się zachowamy? Co mu wtedy powiemy? Alek, Aleksander, Aluś. Mój ojciec alkoholik. Ojciec alkoholik trzynastoletniego chłopca, którym byłem. I którym jestem. Nasz ojciec alkoholik.
Zapłaciłem za tę nieprzyjemność cztery tysiące złotych. Wciąż nie wiem, czy to była słuszna decyzja.
Chcesz czytać dalej?
Zapisz się do newslettera Newhomers i odbieraj fragmenty książek, premiery i najciekawsze treści prosto na maila.
Rozdział pierwszy
Do małego pokoju dochodził z kuchni zapach smażonych chlebojadów. Uwielbiałem je i Helena o tym wiedziała. Bułka maczana w jajku, wrzucona na rozgrzaną patelnię. Istne mniam, mniam. Idealne z dżemem, choć czasami Helena dodawała do nich żółty ser, szynkę i wszystko to, co powoli traciło swoją datę ważności w lodówce.
– Tomek, śniadanie! – zawołała.
– Zaraz! – odpowiedziałem.
– Nie zaraz, tylko teraz.
Jeszcze wczoraj byłem u babci w górach, a już dzisiaj znowu jestem w swoim pokoju. To niesamowite, że kiedy przyjeżdżasz z wakacji do swojego domu, wszystko wydaje się odrobinę mniejsze. Jest takie samo w swoich najdrobniejszych detalach, ale odrobinkę pomniejszone i przez to inne, jakby lepsze, nowsze. Podobnie z moim pokojem. Po miesiącu pobytu z dala od domu zabawki wydawały mi się całkiem nowe. Uwielbiałem powroty.
Uwielbiałem swój pokój. Wszystko było w nim na swoim miejscu, w perfekcyjnym porządku, który Helena błędnie nazywała bałaganem. Klocki Lego poustawiane na głównym regale tapczanopółki. Zestawy kupione w pewexie. Jak ten niebieski kosmiczny łazik, który przypominał mi chodzącą kurę z Powrotu Jedi. Mój ukochany szary, średniowieczny zamek, który dostałem od cioci Wandy z Ameryki. Byłem zakochany w tych klockach, bo można było z nich ułożyć wszystko, co tylko przychodziło mi do głowy.
W kolekcji przeważały ludziki z Gwiezdnych Wojen. Niestety, nie te oryginalne, tylko gumowe podróby prosto od prywaciarza z papierdaka. Nie przeszkadzało mi to, bo nie przeszkadzało to wtedy nikomu. Zresztą, nie mieliśmy innej opcji. A oryginalne zabawki Kennera mogliśmy oglądać tylko na stronach „Argosu” lub innego zachodniego katalogu. Zdjęcia zabawek zawsze znajdowały się na końcu zachodniego katalogu. Obok glutków leżała sterta komiksów: Tytus, Romek i Atomek, Kajko i Kokosz, Thorgal, Przygody Jonki, Jonka i Kleksa, Skradziony skarb i seria Ekspedycji. Uwielbiałem komiksy tak samo, jak nienawidziłem czytać książek.
– Tomek, bo wystygnie.
– Już idę, biegnę, jestem w przedpokoju.
– Najpierw zęby – rozkazała Helena. – Już, już.
Zawsze, kiedy się budziłem i nie musiałem iść do szkoły, pierwszą rzeczą, którą rutynowo robiłem, było szybkie naciśnięcie czerwonego guzika włączającego nasz kineskopowy telewizor w dużym pokoju. Był to czarno-biały rubin z okresu przedpotopowego. Zakupiony długo przed siedemdziesiątym ósmym, czyli moim urodzeniem. Od naciśnięcia guzika kineskop potrzebował dwóch minut i trzydziestu sekund na rozgrzanie, po czym na ekranie pojawiał się obraz.
Wcześniej zawsze włączała się fonia. Dźwięk programu, niczym zapowiedź powodzenia całej operacji. Czasami telewidz wciskał czerwony przycisk, by po dwóch minutach i trzydziestu sekundach zobaczyć jedynie napisy końcowe. W tamtym czasie cała Polska miała do wyboru dwa programy: pierwszy i drugi. Niczym się od siebie nie różniły. Choć Dwójka wydawała się trochę bardziej intelektualna, z Perłami z lamusa Zygmunta Kałużyńskiego i wieczornymi seansami z cyklu Nowe Hollywood, którego prowadzącą była najpiękniejsza kobieta telewizyjnego świata: Grażyna Torbicka.
Po uruchomieniu telewizora biegłem do łazienki, gdzie szybko załatwiałem najpotrzebniejsze sprawy.
– Deska! – krzyknęła z kuchni Helena.
– Tak, tak, wiem.
– Rozpakowałeś się już?
– Tak.
– To daj brudy do kosza. Nie masz żadnych majtek na jutro.
Helena należała do pięknych kobiet. Zadbana, drobna, o sympatycznej, ufnej twarzy i modnej fryzurze. Kiedyś była to trwała. Potem włosy postawione „na Ostrowską” lub na wzór popularnego Limahla. Teraz zaś nosiła schludną, krótszą fryzurę na modłę rodziny Carringtonów z serialu Dynastia.
– Babcia mówiła, że powinnaś rzucić palenie, bo możesz zarazić mnie rakiem i umrę.
– A mi babcia mówiła, że się ani razu nie myłeś.
– Aha.
– Tak powiedziała.
– Babcia kłamie. – Opuściłem łazienkę i poszedłem do dużego pokoju. Czekały tam na mnie gorące chlebojady pokryte dżemem truskawkowym. Obok gorąca herbata z sokiem malinowym autorstwa mojej babci.
Obok w fotelu siedziała Helena. Powiedziała:
– Rajmund pytał się o ciebie.
– Znowu chyba nigdzie nie wyjechał?…
– Raczej nie. Widziałam go, jak pałętał się po pustym podwórku.
Rajmund, inaczej Moskit, był jednym z moich najlepszych przyjaciół. Mieszkał na czwartym piętrze ze swoją mamą Ewą. Nigdy nie poznał ojca.
Telewizja emitowała mój ulubiony program. Dzieci widoczne na ekranie śpiewały czołówkę popularnego programu: „Że co, że jak? A właśnie! Pięć, dziesięć, piętnaście! Zaraz się zaaacznie, zaraz się zacznie”.
– No i jak było?
– Dobrze.
– No i? – nie dawała za wygraną.
– I nic. Babcia oglądała seriale brazylijskie. Jacek kupił motorower. Przewiózł mnie parę razy. Beata też chciała, ale on oczywiście jej nie pozwolił, więc sama wsiadła, odpaliła go i wylądowała w pokrzywach. Miała całą nogę w bąblach. Mówię ci, takie wielkie pęcherze.
– Ojej.
– Nie, no już jest dobrze, pogodzili się. Babcia dobrze, ciocia dobrze, Jacek i Beatka też.
– Urosłeś. – Helena przyglądała mi się, jakbym zmienił się fizycznie od naszego ostatniego spotkania.
– A ty zmalałaś, mamino.
Podeszła do mnie i mocno przytuliła. Tęskniłem za nią, ale między nami zaczynał się tworzyć dystans. Ona była kobietą, a ja dwunastoletnim chłopcem. Od ponad roku miała zakaz wchodzenia do łazienki, kiedy się kąpałem.
Zaraz po zakończeniu programu 5.10.15 i powtórce Czterech pancernych i psa pobiegłem do kuchni. Przypomniałem sobie, że jeszcze przed wyjazdem do babci zamroziłem ludzika Mr. T z serialu Drużyna A. Ludzik był jedyną oryginalną zabawką, jaką posiadałem, no oprócz lego. Zakopywałem go w ziemi, poddawałem torturom, więziłem go w specjalnie zbudowanych przez siebie celach, albo tak jak teraz – skazywałem na hibernację na okres mojego pobytu u babci.
– Tomek! Tomek. Kolega do ciebie.
Do pokoju wszedł Daniel Słabiak, drugi z moich najlepszych przyjaciół. Mocno opalony, wyższy niż przed wakacjami, ale z tym samym błyskiem w oczach.
– Cześć, Tomek! – przywitał się z uśmiechem na ustach.
Uwielbiałem Daniela. Był ważną częścią mojego wczesnego dzieciństwa. Mieszkał na moim piętrze.
– I co przywiozłeś?
– Dasfurtenfaf – odpowiedział szybko Daniel. „Dasfurtenfaf” w naszym wewnętrznym słowniku oznaczało, że zdarzyła się katastrofa.
– Co się stało?
– A, daj spokój. Matka znowu nie przywiozła mi roweru od dziadka. A prosiłem ją, błagałem.
– Czyli nie masz?
– Nie mam.
– Dasfurtenfaf!
– Dasfurtenfaf.
*
Co roku, kiedy Daniel wyjeżdżał na wakacje do dziadka, powracała sprawa roweru. Przez lata po wakacjach miał go przywieźć i przez lata mu się to nie udawało.
– Trudno, co robić. – Podszedłem do niego i uścisnęliśmy sobie dłonie w znanym tylko nam kodzie. Szybko ubrałem swoje dziurawe buty, posklejane taśmą klejącą, a potem wybiegliśmy razem z Danielem na korytarz.
Na co drugim piętrze, przy zniszczonych luksferach, był zsyp na śmieci. Zbiegaliśmy, skacząc od połowy schodów na podest, trzymając się tylko poręczy. Jazda windą w dół była dla nas nie do pomyślenia. Na czwartym piętrze skręcaliśmy do Moskita, którego mieszkanie mieściło się na końcu korytarza.
– Otwierać, milicja! – krzyknął Daniel, waląc z całej siły pięścią w drzwi.
W progu stanął Moskit: anemicznie blady, jakby ani razu nie wyszedł w czasie wakacji na słońce.
– Zwariowałeś?! Obudzisz mamę. Zresztą, mówi się policja, a nie milicja. – Uśmiechnął się i przywitał nas skomplikowanym uściskiem w znanym nam tylko kodzie.
– Widzę, że miałeś udane wakacje, Moskit – powiedział Daniel, wskazując palcem na jego bladą skórę.
– Sam jesteś Sroskit. Chodziłem do kuzyna na komputer, więc po co mi było do szczęścia to wasze nudne słońce? – Moskit zawiązywał swoje zniszczone buty Nike. Jego mama była stewardessą. Często latała za granicę, skąd przywoziła Moskitowi prezenty. Pod jej nieobecność Moskit miał mieszkanie wyłącznie dla siebie.
Po drodze z czwartego piętra naszą rutyną było dzwonienie do drzwi sąsiada Moskita pana Pipy.
– Ja was dorwie, kutasie – wrzeszczał.
– Pipa, pipa, pipa, pipa! – krzyczeliśmy, zbiegając ze schodów.
Podwórko nazywaliśmy kwadratem. Znaliśmy każdy zakamarek, drzewo, murek i ławkę. To było nasze centrum wszechświata.
Najwięcej bawiliśmy się w piaskownicy, gdzie na ziemnym boisku organizowaliśmy tory do gry w kapsle. Zbudowaliśmy tory z przeszkodami, murkami i dołami. Jeśli twój kapsel wpadł w jedną z przeszkód lub wypadał z toru, trzeba było zabrać go na miejsce, z którego zaczynało się swój ruch. Ten, kto pierwszy dobił do mety, wygrywał.
– Alojza! – krzyknął Daniel do Moskita.
– Przecież był murek. – Moskit jak zwykle próbował nas oszukać.
– Nie, nie, Moskit… wracasz. Znowu oszukujesz.
– Ja oszukuję?
– Kłamiesz.
– A po co miałbym kłamać?
– Już nie zaczynaj, Moskit, przecież dobrze wiemy, że jedyna rzecz, której nauczyła cię twoja matka, to kłamanie.
– Chyba ty.
– Co powiedziałeś?
– Nic.
– No nie wiem, czy nic. Chciałeś coś powiedzieć o mojej matce?
– Powiedziałem, że chyba ty, a nie matka.
– Ale chciałeś.
– Nie chciałem.
– Masz szczęście.
– No już dobrze, dobrze, Moskit – powiedziałem. – Naprawdę tak bardzo zależy ci, by się kłócić? Zależy ci, żebyście znowu nie odzywali się do siebie z Danielem przez tydzień albo dwa? Nie szkoda ci tego czasu?
– Trochę by mi było szkoda, ale…
– Nie ma „ale”, po prostu wróć kapslem na swoje miejsce i grajmy dalej, dobrze? Moskit zastanowił się przez chwilę. Popatrzył na wściekłą twarz Daniela, potem na mnie.
– Dobra. Macie rację, oszukiwałem.
– No i trzeba było tak od razu, Moskit. Kwadrat był na pozór miejscem bezpiecznym. Ale nawet tam można było zrobić sobie krzywdę. Mogliśmy spaść z drabiny prowadzącej na dach biblioteki. Mogliśmy wybić komuś zęby metalową huśtawką. Mogliśmy spaść z drzewa.
Ale było jedno drzewo, na które z łatwością potrafiliśmy się wspiąć i z niego zeskoczyć: wierzba płacząca. Każdy miał na niej swoje miejsce, swoją ulubioną gałąź.
– Wiecie, że moja mama dostała od dziadka jakieś słoiki? – przypomniało się Danielowi. – I dlatego zabrakło jej miejsca na rower, bo pociągiem jechała.
– Jak mogło zabraknąć miejsca, jak pociąg jest taki długi? – zapytał Moskit.
– O czym ty mówisz? Ty chyba nigdy nie widziałeś pociągu. Tam wszędzie siedzą inni ludzie.
– Nie mogłeś poprosić dziadka, żeby ci pomógł z tym rowerem? – nie dawał za wygraną Moskit.
– Nie. – Daniel splunął przez ramię. Kiedy pluł, wiedzieliśmy, że zaraz wybuchnie; to był ostatni dzwonek, żeby go uspokoić.
– Nic się nie stało, Daniel – powiedziałem. – Przywieziesz w przyszłym roku. I tak byśmy nie pojeździli. Mój ma flaka z tyłu.
– Jak to?
– Przebiłem w wakacje – odpowiedziałem.
– Przebita tylna opona to poważna sprawa. Trzeba znaleźć specjalny klucz, odkręcić tylne koło, wywalić dętkę, znaleźć dziurę i załatać ją specjalną łatką… – powiedział Daniel.
– Nie ma szans, za dużo roboty – przerwał mu Moskit.
– Co ty wiesz o rowerach?! – wrzasnął Daniel.
– Spokojnie, naprawię go – skłamałem. Nie lubiłem, gdy się kłóciliśmy o sprawy, na które i tak nie mieliśmy wpływu. W takich sytuacjach pogięta książeczka Lego, którą nosiłem w tylnej kieszeni, zawsze łagodziła konflikty. Wyciągałem ją i zaczynała się zabawa. Otwierałem ją na dowolnej stronie i w mgnieniu oka nas pochłaniała. Wyobrażaliśmy sobie, jak kupujemy zestawy klocków. Tylko że nie mieliśmy pieniędzy. Mogliśmy jedynie na niby zamawiać.
– Zamawiam. – Moskit zamawiał wszystko, nawet zestawy dla niemowlaków z serii Duplo.