FRAGMENT KSIĄŻKI

Powrót

Konrad Aksinowicz 6 MIN CZYTANIA

Powrót do tamtych dni

– To kto teraz? – powiedziała prowadząca.

Patrzę na nią i na innych dwunastu gniewnych pojebów, siedzących naprzeciwko mnie w jednej z prywatnych placówek terapeutycznych, i myślę: co ja tu, kurwa, robię?

Zapłaciłem za tę nieprzyjemność cztery tysiące złotych. Wciąż nie wiem, czy to była słuszna decyzja. Zastanawiam się, czy nie mogłem wydać tej kasy na coś pożyteczniejszego. Jest przecież tyle wspaniałych przedmiotów do kupienia na Allegro.

Ta przyjemność wyprawy do paczkomatu.

Podnosząca się dopamina. Wzrost noradrenaliny. Zwiększone stężenie serotoniny w szczelinie synaptycznej pomiędzy moimi neuronami.

A to wszystko przy otwieraniu skrytki, gdzie znajduje się moja paczka.

Potem szybki trucht do mieszkania. I rozpakowywanie. I obniżanie kortyzolu redukującego stres. I wydzielenie przez organizm endogennych substancji opioidowych, tak zwanych endorfin. I uwalnianie acetylocholiny w momencie, kiedy zdaję sobie sprawę, że w ogóle nie potrzebowałem tego szajsu.

Zapytacie, dlaczego zdecydowałem się na prywatną terapię, skoro nie przynosi mi żadnej neurotycznej satysfakcji, oprócz podwyższonego oprocentowania mojej pożyczki, tak zwanej chwilówki? Już odpowiadam.

Terapia zapewnia mi tożsamość. Mogę pochwalić się nią przed dziewczynami, przed przyjaciółmi, rodziną. Patrzcie, kurwa, jak ja nad sobą zajebiście pracuję!

Jednocześnie mogę łatwo znaleźć wytłumaczenie dla swojego pojebanego zachowania, gdy okaże się nieco za bardzo pojebane.

Mogę dać wszystkim do zrozumienia, że jeszcze nie do końca nad sobą, kurczę, popracowałem. Że coś tam jeszcze jest do zmiany, do popracowania. Ale to dopiero początek! A jakie już są efekty! Patrzcie! Patrzcie, ile pozytywnych aspektów chodzenia do prywatnej placówki terapeutycznej!

A gdy wieczorem wrócę do domu, zmęczony po całym dniu mozolnej pracy nad sobą, będę mógł otworzyć laptopa i napisać pięknego posta. Będę mógł zrobić coming out na Instastory. Takie z przekazem dla dusz i umysłów wszystkich moich obserwatorów.

A później, gdy pojadę taksówką na imprezę, będę mógł poderwać dziewczynę, będę mógł pójść z nią do łóżka, a nawet zerwać z nią zaraz na drugi dzień.

Dlatego wybrałem terapię grupową. Kto wie? Może kogoś poznam? A może przy okazji poznam samego siebie? Mam czterdzieści pięć lat. Decyzję podjąłem dość późno, wiem. Ale jak powiadają mędrcy tego świata: lepiej późno niż wcale.

A co mi tam, myślę. Podniosę łapę.

– Może ja spróbuję – powiedziałem, podniósłszy łapę.

– Bardzo dobrze, Tomku, zapraszamy. Zacznij, kiedy tylko będziesz gotowy – powiedziała pani prowadząca.

Zapadła cisza.

– Cześć. Nazywam się Tomasz Malinowski i jestem DDA. Skrót od dorosłe dziecko alkoholika. Choć nie czuję się ani dzieckiem, ani dorosłym. A już na pewno nie chcę mieć nic wspólnego z alkoholikami. Przylepiłem sobie tę etykietę, bo z etykietami łatwiej żyć. Jestem samotnikiem. Najczęściej siedzę w domu. Najczęściej sam. Prawie zawsze sam. Obejrzę coś na Netfliksie albo HBO GO. Pogram na PlayStation 3, bo na piątkę mnie nie stać. Pobrzdąkam coś na pianinie. A potem kładę się spać.

Uczestnicy sesji słuchali.

– Wychodzę z domu, zdarza mi się, owszem. Ale tego nie lubię. A już z pewnością nie lubię wychodzić w weekendy. W weekend nie pracuję. A jak nie pracuję, to nie muszę się socjalizować z innymi ludźmi. Jakoś nie za bardzo mnie to interesuje. Nie chce mi się gotować, bo taniej wychodzi zamawianie żarcia na wynos.

Czasami przywożą mi pudełka z jedzeniem; pragnę schudnąć, ale i tak nie chudnę, bo wieczorami pożeram syf z Żabki. Alkohol piję rzadko, w małych ilościach. Nie chcę pić. Boję się pić. Nie chcę, żeby ktokolwiek zarzucił mi, że zachowuję się niewłaściwie.

Jeden z mężczyzn, chyba trochę młodszy ode mnie, odkaszlnął i poruszył się niespokojnie. Chyba brzmiało to dla niego znajomo.

– Bywam dziwny. Jestem w stanie przeprosić jakąś facetkę w Biedronce za to, że wepchnęła się przede mną w kolejkę. Powinienem ją zrugać, zareagować, ale nie – będę się do niej uśmiechał, będę ją zachęcał: „Proszę, proszę się nie krępować, ależ proszę się śmiało wpierdalać w kolejkę”. Boję się konfrontacji. Tak już mam. Nie wiem dlaczego. Brzydzę się tą kobietą, budzi moją odrazę, ale nie dam jej tego po sobie poznać. – Zaśmiałem się nerwowo. – Mam stałą pracę. Mieszkanie na kredyt, który regularnie spłacam. Płacę też wszystkie rachunki. Nie mam rodziny i dzieci, i… i to chyba tyle, na początek.

– Bardzo dobrze, Tomku. To bardzo pouczający wstęp. Możesz opowiedzieć, dlaczego zdecydowałeś się przyjść tutaj do nas?

– Czy ja wiem? Chyba nie wiem. Raczej nie wiem.

Cisza.

– Skończyłeś?

– Tak. Raczej tak. Definitywnie tak.

Terapeutka skinęła głową i uśmiechnęła się wspierająco.

No bo co miałem im więcej powiedzieć? Miałem się przyznać przed tą hołotą, że moje życie to pasmo niepowodzeń? Albo, że jestem tacy jak oni? Niedoczekanie.

Wolę mówić do ciebie. Tak, dobrze przeczytałeś. Wolę się otworzyć przed tobą. Przed nimi już się otwierałem. Wystarczy. Dlaczego? Bo się ich boję. Bo mogą mnie skrzywdzić. Mogą mnie ocenić. Bo zobaczę wyraz ich twarzy, gdy będą mnie oceniać. Wiem to. Już to przechodziłem. Mogą mi coś zarzucić. Mogą powiedzieć, że nie mam racji.

A co oni tak naprawdę wiedzą?

Jesteś mi bliższy. Pomimo że się nie znamy i nie widzę twojej twarzy (a może dlatego). Kto wie, może masz podobne problemy?

A może nawet bardziej pojebane od tych moich? Dlatego zaufam tobie. A nawet jeśli mnie ocenisz, to i tak tego nie zobaczę.

Cofnij się ze mną w czasie. Chodź ze mną do Wrocławia w roku 1991.

Właśnie przekroczyłem próg mojego mieszkania na Głogowskiej 11/64. Widzę chłopca. Ma trzynaście lat i marzy o statku pirackim z klocków Lego. Patrzę na niego i wydaje mi się znajomy. W jakimś sensie jestem wciąż tym chłopcem. Pamiętam go bardzo dobrze. Pamiętam, co przeżył.

Często rozmawiamy. Znam go rewelacyjnie. Razem układamy lego. Razem słuchamy ulubionych utworów z lat osiemdziesiątych. Razem flirtujemy i kochamy te same kobiety. Razem oglądamy po stokroć te same filmy. Marzymy o lepszym jutrze i zastanawiamy się nad naszym życiem.

Lubimy filozofować. Rozmyślamy o naszej historii. Kiedy się zaczęła? Czterdzieści lat temu? A może jeszcze długo przed naszym urodzeniem? Czy można być częścią czyjejś historii, nie będąc tego świadomym? Często zadajemy sobie to pytanie.

Ale o czymkolwiek byśmy nie filozofowali, zawsze wracamy do pierwotnego źródła. Do pierwotnego pytania. Do pytania pytań i źródła źródeł – do Alka. Mojego Alka.

Mój Alek. Nasz Alek.

Alek jest jak brakujący element w długim równaniu z wieloma niewiadomymi.

Alek będzie śnił się nam po nocach. Tak jak śnił się mnie, gdy miałem trzynaście lat.

Alek będzie żył wiecznie. I w ostatecznym rozrachunku, gdy umrzemy i spotkamy Alka po tamtej stronie, pojawi się przed nami tak samo, jak do tej pory – bez zapowiedzi.

I prawdopodobnie znowu będzie pijany. Co wtedy zrobimy? Jak się zachowamy? Co mu wtedy powiemy? Alek, Aleksander, Aluś. Mój ojciec alkoholik. Ojciec alkoholik trzynastoletniego chłopca, którym byłem. I którym jestem. Nasz ojciec alkoholik.

Zapłaciłem za tę nieprzyjemność cztery tysiące złotych. Wciąż nie wiem, czy to była słuszna decyzja.
— Konrad Aksinowicz
Powrót
CHCESZ CZYTAĆ DALEJ?
Powrót
Konrad Aksinowicz
39,90 zł 59,90 zł
Powrót 39,90 zł 59,90 zł