Kiedy białaczka wychodzi poza niebieski pokój w szpitalu dziecięcym w Turynie, staje się prawdziwsza. A ja nie chcę, żeby taka była. Jeżeli już musi istnieć, niech będzie. Ale tylko tu.
Wprowadzono nas na piąte piętro. Rozsunęły się drzwi. Weszłyśmy do innego świata. Ten świat pachniał chlorem. Był sterylnie czysty. Błękitny. Turkusowy. Długi korytarz jak z filmu science fiction. Dokładnie tak się czułam. Jak w filmie science fiction. Po lewej szpaler drzwi. Najpierw granatowe, potem niebieskie, turkusowe, zielone, żółte i jasnobeżowe. Po prawej gabinety. Lekarze, pielęgniarki, sale zabiegowe i konferencyjne. Pralnia. Na ścianach jakieś cytaty. Po włosku. Nie rozumiałam ani słowa. Pusto. Niekiedy korytarzem przemykał ktoś w białym kitlu. Miałam wrażenie, że lewituje. Unosi się tuż nad podłogą z wypolerowanego gumoleum. Leci. Jak anioł. Jak Bóg. Bo ci w kitlach to bogowie. Wiedziałam to już wtedy.
Było zimno. Ktoś ustawił klimatyzację kilka stopni za nisko. Żeby utrzymać chore dziecięce ciałka w jako takiej formie. Żeby matki się nie rozluźniały. Żeby nie spać. Żeby wiedzieć, że to nie sen.
Pokój. Nasz pokój. Przed drzwiami tabliczka. „Sofia 4 anni”. Zofia, cztery lata. „Co za bzdura, przecież ona ma dopiero trzy” – pomyślałam, kompletnie nie wiedząc, że jest dziewiętnasty dzień lutego i za szesnaście dni ona będzie miała cztery lata. Napisali tak, bo wiedzą, że będziemy tu za te szesnaście dni.
Rozsunęły się niebieskie drzwi. Drzwi do piekła. Drzwi do nieba. Łazienka, elektryczne łóżko z pilotem. Telewizor na ścianie. Rozkładana niebieska kanapa z zimnego skaju. Szafa. Długi stół. Półki. Kuchenka mikrofalowa. Lodówka. Piękny widok z okna.
Turyn. Pad. Mole Antonelliana. To było moje bezpieczne miejsce. Z dala od poprzedniego życia. To tu uciekłam. Teraz to pokój z widokiem na niepokój…
– Mamo! – krzyknęła Zosia przez sen. Wydawała się taka malutka, gdy leżała na wielkim szpitalnym łóżku. Niewidzialna. Przezroczysta. Niepasująca. Tylko jej różowy królik zdawał się być na swoim miejscu. Na straży normalności.
– Tak? Jestem tutaj.
– Zaklej te drzwi! Zaklej je! Taśmą!
– Dlaczego?
– Żeby doktory tu nie przyszły…
Czarne diamenty
W szpitalu spędziłyśmy kilka tygodni. Zaczęło się strachem, niedowierzaniem, buntem.
Po jakimś czasie udało nam się przyzwyczaić do szpitalnej rutyny. Od szóstej rano zaczynały się „czynności”: pobranie krwi, kroplówki, leki. Potem przychodziła pani ze śniadaniem: herbata, mleko, ciastka i kawa! Czarne kapsułki Lavazzy miały wartość czarnych diamentów. Kiedy dostałam dwie, czułam się, jakbym wygrała los na loterii. Powodowały we mnie przypływ szczęścia, nie tylko dlatego, że lubię kawę i dobrze mi się po niej myśli. Ten mały magiczny przedmiot był biletem. Biletem na wyjście z pokoju. Bo pokoju nie można było opuszczać bez powodu. Korytarz był pusty i miał być pusty. Musiało być czysto. Sterylnie. Ale z kapsułką kawy można było iść do kuchni. Tam było otwarte okno. W naszym pokoju było zamknięte. Na stałe. Nie dziwię się. Z pewnością wiele matek chciało chociaż raz z niego wyskoczyć. Ja chciałam. W kuchni wąchałam powietrze, wystawiając twarz za szybę jak pies podczas podróży autem. Tak pięknie pachniało. Życiem. Z kubkiem kawy szłam powoli do naszej sali. Niekiedy drzwi innych pokoi były uchylone. Zaglądałam wtedy przez szparę. Gdzieś tam matki krzątały się jak przed wigilijną kolacją. Poprawiały poduszki, naciągały prześcieradła. Ścierały kurz, którego nie było. Z przyzwyczajenia. Inne płakały do słuchawki telefonu. Czytały, modliły się, grały z dziećmi w gry. Wszystkie robiłyśmy to samo. Wszystkie byłyśmy takie same. Oddzielone ścianami. Przesuwanymi drzwiami. Zamglonymi spojrzeniami.
Powoli sącząc kawę, czekałam na kolejne procedury.
Pomiary ciśnienia, ważenie, sprzątanie, zmiana pościeli, wizyta lekarza, psychologa, fizjoterapeuty. Wszystko to było mi znane, bo w szpitalach spędziłam trochę czasu. Jednak jedna rzecz była nowa. Szacunek. Każdy lekarz traktował Zosię z cierpliwością, zrozumieniem, empatią. Nikt jej nie poganiał, nie naciskał, nie robił nic na siłę. Każdy starał się wytłumaczyć w przystępny dla niej sposób, co nastąpi, gdzie ją dotknie i w jakim celu. Pewnego dnia nasza lekarka, starsza Włoszka z nienagannym makijażem, przyszła w towarzystwie psychologa, aby wyjaśnić Zosi, na czym polega jej choroba. Rozrysowała, niczym trener drużyny piłkarskiej, wszystkich graczy – komórki krwi, zaznaczając te, którym pomyliła się ich rola. Potem wzięła Zosinego królika i zademonstrowała na nim, w jaki sposób będzie badać jej serduszko i gdzie zostanie jej wszczepione wkłucie centralne. Zosia słuchała z zaciekawieniem. Rozumiała. Ja też rozumiałam, obracając w ręce kolejną kapsułkę kawy.
Włosy
We wtorki Zosia przyjmowała chemioterapię. Pewnego razu patrzyłam na nią, kiedy pielęgniarka podłączała jej do rurki buteleczkę z zawartością w kolorze oranżady. Zosia siedziała na łóżku z wyprostowanymi pleckami. Brzuszek jej urósł od sterydowego apetytu. Nóżki, jak u pająka, chudziutkie. Jedną rączką głaskała swojego różowego królika, a drugą wpychała sobie do buzi ziemniaczki. Ze smutną miną oglądała przygody ciekawskiej małpki. Podziwiałam jej włosy, które nigdy wcześniej nie były takie piękne. Tego dnia zdawały się świecić własnym światłem. Obraz, który wtedy oglądałam, był czarno-biały, a tylko jej włosy miały kolor. Złoty. Zwracały na siebie uwagę tak silnie, jakby wiedziały, że zaraz znikną. Jak supernowa, która najpiękniej świeci zaraz przed tym, jak staje się niewidoczna. Postanowiłam zachować trochę tego światła, zanim całkiem zgaśnie…
– Zosiu, będziemy musiały obciąć twoje włoski, tak bardzo króciutko.
– Dlaczego?
– Bo złe żołnierzyki je zepsuły. Kiedy dobre żołnierzyki wygrają, to odrosną mocne i długie. Będziesz wyglądać jak Roszpunka!
– Tak! Chcę być jak Roszpunka!
– I wiesz co, kupimy ci dużo śmiesznych, kolorowych czapek!
– Albo zdejmowane włoski, żeby nikt nie zobaczył, że moje są obcięte.
Lilka
– Mamo, smucę się, jak patrzę na tę lalkę – powiedziała Zosia, spoglądając na piękną lalę, którą dostała wczoraj w prezencie od swojej doktorki na czwarte urodziny. Po tym, jak dzielnie przyjęła chemioterapię, dottoressa Matylda wręczyła jej lalkę: ubraną w zimową kurtkę plastikową dziewczynkę z blond lokami. – Smucę się, bo ta lalka przypomina mi Lilkę – dodała Zosia.
Lilka to jej przyjaciółka. Też ma blond loki i zimową kurtkę. Z pewnością ma też letnie sukienki, ale ostatni raz Zosia widziała ją w wiatrówce. Znają się od urodzenia. Bawiły się razem nieświadome swojego własnego istnienia, a co dopiero istnienia tej drugiej. Spędzały czas, jedząc piach z piaskownicy, oglądając przygody różowej świnki, biegając po sklepie z zabawkami. Lilka jest rezolutna, dojrzalsza od rówieśników, wychowana w domu pełnym kobiet. Ma pachnące Lenorem ubranka. Ma psy, koty, żółwie i konie. Dom jak dla lalek. Miękkie dywany i puszyste poduszki. Jest z kreskówki Disneya. Zosia też była. Teraz jest ze szpitala dziecięcego w Turynie. Wie, że jest chora. Wie, że Lilka jest daleko i nie chodzi tu o dzielące Polskę i Włochy kilometry. Jest świadoma tego, że tamta rzeczywistość jest tymczasowo niedostępna, ograniczona, zamrożona do odwołania. Zosia widzi, że zmienił się jej wygląd. Że wypadają włosy, chudną ręce i nogi, puchnie twarz i brzuch. Mimo że tęskni za najbliższymi, których tu z nami nie ma, nie chce z nikim rozmawiać. Wszystko odkłada na dzień, w którym dobre żołnierzyki wygrają ze złymi.
Rozsunęły się niebieskie drzwi. Drzwi do piekła. Drzwi do nieba.
Chcesz czytać dalej?
Zapisz się do newslettera Newhomers i odbieraj fragmenty książek, premiery i najciekawsze treści prosto na maila.
Piano, piano
Nigdy nie byłam cierpliwa. Zawsze dokądś się spieszyłam. Wszystko chciałam mieć wcześniej. Męża, co mnie będzie kochać aż do śmierci, dom, co pachnie dżemem malinowym, dorosłość, odpowiedzialność, cynizm i zgorzknienie. Podejmowanie szybkich decyzji zdawało się być moją siłą. Tylko pozornie. To pochopnie zbudowane życie rozpadło się, jak gdyby było zrobione z piasku kinetycznego. Tego, co się nie klei i nie wysycha.
Teraz wiem, że pośpiech do niczego dobrego nie prowadzi. Szczególnie jeśli chodzi o chorowanie albo bycie jego towarzyszem. Chorowanie polega głównie na czekaniu. Tu nic nie dzieje się szybko. A jeżeli komuś się wydaje, że można coś raz dwa, naprędce albo już, to się rozczaruje. Nie można stąd uciec, obrazić się, zdezerterować. Trzeba się w tym chorowaniu zanurzyć. Zaakceptować je. Oswoić. Spacerować wolno i uważnie. Jak podczas wizyty w Luwrze. Niczego nie przegapić, obejrzeć wszystko starannie, systematycznie, drobiazgowo. Na oddziale dziennym musimy stawiać się kilka razy w tygodniu. Kiedy przychodzimy punktualnie o ósmej rano, czekamy. Najpierw na pielęgniarkę, potem na pobranie krwi, następnie na lekarza. Czekamy na zmianę opatrunku, na lekarstwa, na wyniki. Tak nam mija cały dzień. Na początku przebierałam nogami, wyglądałam zza drzwi, chodziłam po korytarzu. Byłam zirytowana. Czemu to tyle trwa?!
Dziś wiem, że najważniejsza jest cierpliwość. Na rzeczy ważne trzeba poczekać. Nie wypatruję, niczego się nie spodziewam. Siedzę cichutko na żółtym krześle w szpitalu dziecięcym w Turynie i coś sobie skrobię w notesie. Jeśli przyjdzie lekarz, to dobrze, jeśli nie, to poczekam dłużej… I tak miną nam tygodnie, miesiące, dwa lata. Dzień za dniem. Piano, piano.
Tylko w nocy muszę się spieszyć, spać szybko, żeby zdążyć rano na kolejne czekanie.
Chemia
– Mamo, co ze mną robi ta chemia? – zapytała Zosia z poważną miną.
– Zabija złe żołnierzyki – odpowiedziałam.
– Ale co robi ze mną?! – Zosia zadała pytanie raz jeszcze, z wyraźną irytacją w oczach.
Nigdy nie byłam dobra z chemii. Dzieli się chyba na organiczną i nieorganiczną. Pamiętam rysowanie jakichś wykresów z kółek i kresek. Zdaje mi się, że były tam też cyfry, ale nie jestem pewna. Chodziłam nawet na korepetycje z chemii do pani, która miała najmniejsze mieszkanie na świecie i śmierdzące stopy.
W podstawówce chemii uczyła mnie żona dyrektora. Wyglądała jak stara wersja Małej Mi z Muminków. Usposobienie również miała podobne. W liceum lekcje prowadziła mama przyjaciela. Lubiła mnie. Na świadectwie maturalnym mam nawet piątkę. Zupełnie niezasłużenie.
Teraz chemia ma dla mnie całkiem inne znaczenie. We wtorki Zosia przyjmuje dwa jej rodzaje. Obie buteleczki są zawinięte w folię aluminiową, jak kanapki, które dostawałam do szkoły. W jednej płyn jest pomarańczowy, w drugiej przezroczysty.
W piątki też jest chemia. A od przyszłego tygodnia będzie codziennie. Cieszę się na to i boję.
– Mamo! – krzyknęła Zosia już całkiem zła, wyrywając mnie z rozmyślań.
– Co robi ze mną ta chemia?
– Nie wiem.
Prawie
Sobotni poranek zdaje się całkiem normalny. Jak życie przed chorobą Zosi. Prawie.
Pijemy kawę na naszym malutkim, ale uroczym balkonie. Potem mój mąż robi swoje popisowe śniadanie. Kroi grubą pajdę chleba, wykraja w niej dziurkę, a potem kładzie na patelni ze skwierczącym masłem. Kiedy chleb się zarumieni, do środka wbija jajko. Dodaje sól, pieprz i podaje z grillowaną papryką. Zjadam z apetytem. Prawie. Siedzimy w kuchni, rozmawiamy, podczas gdy dzieci jeszcze śpią. Jest miło. Prawie.
Za oknem świeci słońce. Śmiejemy się, wygłupiamy, łapiemy nieliczne jego promienie. Jest wesoło. Prawie.
Jak w każdą sobotę idziemy na spacer.
– Chcę na lody! – krzyczy Zosia.
– Tak! Lody! – wtóruje jej Ania.
Mieszkamy obok Piazza Vittorio. W starej kamienicy w centrum Turynu. To urocze miejsce pełne włoskich kawiarni, gdzie turyści chętnie zasiadają, aby napić się espresso lub aperola. Jest tłoczno. Nasza ulubiona lodziarnia znajduje się po drugiej stronie Padu, na Via Monferrato. Żeby tam dotrzeć, musimy przejść przez most Ponte Vittorio Emanuele I, na którym wszelkiego rodzaju instagramerki nagrywają swoje modowe rolki.
Opracowujemy taktykę dotarcia do celu, jakbyśmy planowali podróż w tajne zakątki Afryki, a nie dziesięciominutową trasę. Wybieramy okrężną drogę, najmniej uczęszczaną przez spacerowiczów. Docieramy do celu. Zamawiamy lody, siadamy na zabawnie pomalowanych stołkach, wystawiamy buzie do słońca. Robimy zdjęcia, wysyłamy rodzinie, publikujemy w social mediach.
„Jesteśmy szczęśliwi, Zosia ma się dobrze” – mówimy prawdę. Prawie.
Zosia jest w świetnym nastroju. Pęka ze śmiechu na widok spacerującego mopsa i jego właścicielki. Oboje mają lekką nadwagę, płaskie twarze i zabawny sposób chodzenia.
– On ma ogon jak świnka! – krzyczy.
Jest cudownie. Prawie.
– Chcę wracać do domu – mówi w końcu Zosia, wyraźnie zmęczona nadmiarem wrażeń.
Znowu wybieramy dłuższą drogę. Czuję się, jakbyśmy byli na jakimś obozie przetrwania i uciekali przed niewidzialnym wrogiem.
Docieramy do celu. Myjemy ręce dokładniej niż zwykle, zmieniamy ubranie na domowe.
Robię obiad. Piekę kurczaka, gotuję ryż, robię kalafiorowe curry. Wszyscy zjadają ze smakiem.
Prawie. Zosia chce pizzę, Ania rozgrzebuje jedzenie na swoim talerzu. Jestem cierpliwa. Prawie.
Bawimy się w chowanego. Zosia nie chodzi. Przesuwa się po pokoju na pupie, jak małe gorylątko. Wciska swoje pulchne ciałko pod krzesło w salonie. Ania chowa się pod łóżko. Matthew ląduje pod kanapą. Jest beztrosko. Prawie.
Wieczorem kładę Zosię do łóżka. Ania idzie do swojego pokoju. My urządzamy sobie prawie randkę. Film, wino, świece. Relaksuję się. Prawie.
Zosia woła mnie średnio co siedem minut.
„Mamo, jestem głodna”. „Mamo, zobacz mój rysunek”. „Mamo, siku!”. „Mamo, zaśpiewaj mi nocne śpiewanki”.
„Ach śpij kochanie, jeśli gwiazdkę z nieba chcesz, dostaniesz” – śpiewam półszeptem kołysankę, którą kiedyś półszeptem śpiewała mi moja mama. Jeszcze wcześniej w filmie Paweł i Gaweł śpiewali ją Adolf Dymsza i Eugeniusz Bodo. Zosia śpiewa ze mną. Kołysze Superkrólika, jakby była jego mamą. Powiela moją czułość i oddaje ją pluszowej zabawce. Przytula się, głaszcze moje włosy, całuje. A mnie pocą się oczy.
Jestem bardzo wdzięczna za tę nieidealną sobotę. Kompletnie!
Szkoła
Codziennie spędzamy wiele godzin na oddziale dziennym. Od rana panuje gwar i ruch. Lekarze odwiedzają pacjentów w swoich granatowych kitlach. W białych podążają pielęgniarki. W zielonych nauczycielki. To zabawny widok, kiedy pomiędzy szpitalnymi łóżkami, plącząc się w kroplówkowych rurkach, ciągną swoje kolorowe wózki. Jak obwoźni sprzedawcy piłek w Parku Valentino. Mają na nich wszystko: od książek, poprzez farby, kleje, kolorowanki, wyszywanki, po tablety i tak dalej… Przy jednym łóżku lekcja francuskiego. Łysa dziewczynka powtarza: „Un, deux, trois”. Dalej słyszę włoską matematykę, gdzie indziej historię. My mamy przedszkole. Nauczycielka jest wysoka, ma krótkie włosy w kolorze piemonckiego wina i lekką nadwagę. Pewnie od piemonckiej kuchni. Ma około sześćdziesięciu lat i wyszytą Myszkę Miki na fartuchu. Przychodzi do łóżka Zosi z naręczem przyborów plastycznych i próbuje uczyć ją włoskiego: „il cane, la gallina, il gatto”. Nazywa zwierzęta, pokazując je na obrazku.
Zosia tę naukę ma w głębokim poważaniu, bo chociaż potrafi wymienić wiele przedmiotów, kolorów i liczb, nie interesuje się powtarzaniem zdań. Zachwyca się za to farbami i książką do robienia paluszkowych stempli. Do nauczycielek uparcie zwraca się po angielsku. W naszej szpitalnej szkole nie ma prac domowych ani sprawdzianów. Trójki klasowej. Nawet klas nie ma. Jest coś o wiele ważniejszego. Wszyscy przez chwilę zapominają o chorobach, kroplówkach i nieprzyjemnych procedurach. Ot, taka szpitalna szkoła, co zamiast uczyć zapamiętywania, uczy zapomnienia…