To jedno słowo wyłapuję i rozumiem – afropolski slang, którym porozumiewają się migranckie sektory Wólki Kosowskiej i Bakalarskiej, przestawiający sylaby verlan, co sprawia, że nikt obcy nie rozumie. Szawarwa, Czałarła, Szczchałcharchła – słychać co rusz pośród tej blachy falistej i poliestru. Nieważne jednak, kto z jakim akcentem mówi i który dialekt przywlókł tu za sobą w gardle, wypowiadając to słowo, ma na myśli miasto, na którego obrzeżach się właśnie znajdujemy. To miasto, które od blisko wieku już nie istnieje, a jednak jesteśmy w nim teraz. My, czyli ja i kilkudziesięciu świeżo upieczonych mieszkańców Warszawy z Globalnego Południa, jak się dzisiaj mówi. Od trzech godzin siedzimy w suterenie zapuszczonego domku jednorodzinnego na wylotówce na Raszyn. Śmierdzi tu potem, kiefem i krwią; jest duszno, ciemno, dym gryzie załzawione oczy. Spogląda na nas wszechwidząca Czarna Maryjka opleciona w świeże kwiaty, spalone knoty kadzideł i bożonarodzeniowe lampki migające zimną feerią barw. Może ona widzi, ilu nas tu w ogóle jest, bo ja się już dawno pogubiłem – kolano typa z prawej wbija mi się w żebra, chłop z lewej co rusz trąca mnie łokciem, a ten, co przysiadł z tyłu, chyba już przysypia, bo jego łeb raz po raz opada mi na plecy. Nie mam pretensji. Ja nie pracuję po -naście czy -dziesiąt godzin na dobę, w dzień ogarniając szczękę na bazarze, a w nocy przewóz osób i sprzętu. Mnie krajówka wciąż klepie, jakbym wciągnął do nosa kwas z baterii. Sangoma cały czas szepcze, a ja znów słyszę – Szawarwa, Szawarwa, Szawarwa. Krew gołębia tryska po wszystkim i wszystkich, po tym, jak nóż łamie mu krtań, a bezgłowy ptak szamocze się jeszcze długo w konwulsjach. Gołąb – warszawska kura ofiarna – na symbol tego miasta nadaje się nieporównywalnie lepiej niż syrena. Krew jest potrzebna, żeby wejść w kontakt z duchami przodków. Moich, nie ich, choć to im one częściej brużdżą, bo ja już dawno przestałem wierzyć, że mogą to robić. Nagle ktoś piszczy jak dziecko, ktoś wrzeszczy jak bity, ktoś jeszcze inny modli się w niezrozumiałym dla mnie języku; wszyscy zdają się widzieć dokładnie to samo. Ja nie widzę nic.
Przekrwionymi oczami śledzę sangomę, która, jedyna niewzruszona, wciąż zaklina rzeczywistość; dosłownie. Nagle ktoś chwyta moje ramię, odciąga, jakbym tarasował drogę, inny szarpie w drugą stronę, żebym przepuścił kolejną osobę, której w tych ciemnościach nie widzę, nie słyszę i nie czuję. Pierwszy człowiek z rykiem zrywa się z podłogi, zaraz – drugi, trzeci i już na nogach jest cały tłum. Panika! Klaustrofobia i hipoksja. Sangoma nadal szepcze i choć całym pokojem wstrząsa teraz strach i histeria, mam wrażenie, że to jedno słowo słyszę dużo wyraźniej niż wcześniej – Szawarwa, Szawarwa, Szawarwa! Dopiero teraz wyłapuję z hałasu policyjne syreny – dużo bardziej realne niż symbol tego miasta. Zimne światło kogutów wdziera się przez lufciki sutereny. Jak stroboskop. Za późno, żeby się zrywać. Imigracyjni ustawili się już w swoich ciężkich buciorach wokół domu. Stalowy taran dudni w drzwi. Sangoma wciąż szepcze, ludzie nadal wyją. Wiem, że z komisariatu wyjdę dużo szybciej niż pozostali. Wszystkich zresztą nie uda im się wyłapać. Przez nastroszoną pałami ścieżkę zdrowia, którą psiarnia rozstawiła na wyjściu, przejdą tylko ci z papierami. Reszta nie istnieje, jak miasto, w którym żyjemy – miasto, do którego sangoma wciąż jeszcze mówi, kiedy blade snopy latarek padają na przerażone twarze. Trzy… dwa… jeden… granat hukowo-błyskowy P1-S, sto sześćdziesiąt decybeli czystego bólu.
Z komisariatu na ulicy Komitetu Obrony Robotników wychodzę po ledwie kilku godzinach. W paczce tytoniu brakuje zawartości, a portfel cały wybebeszony – legitymacja prasowa, karty kredytowe, święte obrazki z numerami kwater, w których leżą moi dziadkowie. Telefon dostaję z powrotem odblokowany. Musieli w nim grzebać. Sznurówka tylko jedna, a poklejone bletki śmierdzą, jakby ktoś się na nie zeszczał. Pamiętam, że tak samotny czułem się ostatnio, kiedy byłem jeszcze dzieciakiem z pobliskiej ośki. Wtedy ta ulica nazywała się 17 Stycznia. Rocznica wyzwolenia Warszawy przez ruskich pasowała lepiej, bo to również najbardziej bokserski dzień roku – urodziny Alego, Usyka i Cusa D’Amato. Za każdym razem wychodziło się stąd obitym jak po sparingu – bez tarczy, rękawic i szczęki, a dodatkowo w nie swojej kategorii wagowej. Odkąd pamiętam, to zawsze była katownia. Utwierdziła mnie w tym zresztą po latach przygodnie poznana policjantka w cywilu. Zanim przedwcześnie odeszła ze służby, zdążyła zaliczyć 17 Stycznia i Ursus, czyli dwie komendy najbliższe od mojego osiedla. Jej wspomnienia można streścić jednym zdaniem: tam nie bije się za coś albo po coś; tam po prostu się bije. Ukryjcie swoje dzieci! – jak śpiewał Kazik. Naszym matkom się nie udało; inne rzeczy miały wtedy na głowie i barkach.
Mnie tymczasem zaczyna właśnie śpiewać w słuchawkach Antonina Nowacka, bo wysłużony mp3 player, z którego od lat korzystam, nadal działa i włączenie Oddracir jest jedynym, co przyszło mi na myśl. Woda przelewa się przez uszy, organy miło buczą w tle, jakieś harfy, cytry. Balsam na duszę i ciało, a to drugie naprawdę mnie, kurwa, boli. Sprawnie się mną zajęli. Czuję każdy rok ich praktyki, każdy centymetr moich zbitych mięśni i naderwanych ścięgien. Dotykam nosa – cofam rękę, bo świeża opuchlizna – twarda i tkliwa – napierdala. Obmacuję kciuk – boli, znów wybity. Językiem sprawdzam zęby, i tu jakby za dużo mam tych szpar pomiędzy trzonowcami – bez dentysty się nie obędzie. Kusi trochę, żeby wydłubać strupa z dziurki – sprawdzić, na ile miękka jest ta z pozoru twarda tkanka, i odetkać nos, choć to głupi pomysł… małolacki, więc się powstrzymuję. Ale kusi.
Warszawskie, stalowe niebo wisi nisko nad pustką Okęcia, a mi ciąży ta samotność. Przejdę się kawałek na Bakalarską, zobaczyć, czy kogoś nie spotkam. Chłopy w drzwiach baraków – jak zwykle – namawiają przechodnie na manicure, te – jak zwykle – bez słowa machają im przed twarzami swoją świeżą hybrydą, a ja – jak rzadko – nikogo znajomego nigdzie nie widzę. Ni chuja czy raczej ni khouya, bo khouya to w Algierii brat. Ta dwuznaczność prowadzi często do różnych nieporozumień czy wręcz zderzeń kultur, co kończą się na SOR-ze.
Dookoła wędrują z rąk do rąk wagony szlugów bez akcyzy, perfumy na spirytusie nigdy nie znajdują nabywców, a wiecznie gotujące się phở pachnie i śmierdzi jednocześnie. Dobra, skuszę się.
Żałuję tego już przy pierwszym siorbnięciu, kiedy ostry wrzątek zalewa mi poranione usta. Przełykam bulion, sos i krew. Myślę o pomalowanej na biało twarzy sangomy i o tym, jak zostanie przyjęty na komendzie ten jej odwrotny blackface. Ponoć sangoma umie się zmienić w geparda; ciekawe, co taka osiemdziesięciokilowa bestia mogłaby zrobić z funkcjonariuszem policji. Albo nawet kilkoma. Przede wszystkim myślę jednak o tym, że rytuał nie miał szans się dopełnić: zebrane przez ludzi pieniądze poszły w błoto, słowa zostały wyszeptane po próżnicy, a niedomknięte kontakty z zaświatami przynoszą choroby duszy i ciała. Sam niczego się tam nie dopatrzyłem, ale inni widzieli, i to zostało. Choć może było tu już wcześniej. Cokolwiek to było.
Ogarniam się więc, krzątam po chacie w takt kolejnych narkoballad i dzwonię, choć nikt nie odbiera.
Chcesz czytać dalej?
Zapisz się do newslettera Newhomers i odbieraj fragmenty książek, premiery i najciekawsze treści prosto na maila.
3.
Budzę się! Z krzykiem. Twarz mam całą przyklejoną do poduszki; robiła mi przez noc za bandaż. Powoli odklejam brązową poszewkę od brody, ust, nosa i skroni. Milimetr po milimetrze, zakrzep po zakrzepie; tak żeby strup znów nie puścił. Ann Peebles śpiewa na pętli już pewnie dobre kilka godzin, a chata śmierdzi wczorajszym weedem. W sumie to chętnie bym zapalił, choć od kilku lat zdarza mi się już tylko od święta. Ćwierć wieku jarałem pecynę dzień w dzień, bo mi za małolata Włodi z Kaczym powiedzieli, że marihuana nie przeszkadza w niczym. Naście lat każdy dzień zaczynałem buchem – wake and bake. Kolejne naście każdy dzień kończyłem buchem, a myślałem już o nim dużo wcześniej, od rana. I teraz nagle już nie gna mnie do zioła. Któregoś dnia po prostu przestałem jarać i tylko raz na jakiś czas daję sobie dyspensę – na imprezie złapię maszka, jak mam wolny tydzień, to popalę – wszystkiego do kupy kilkanaście dni w roku. Mogę nawet mieć pakiet na chacie i nie korzystać z niego przez całe miesiące, z koleżkami, co jarają, stać w kółeczku i nie wyciągnąć ręki po skręta, raz zapalić i nie wpadać w cug. Zupełnie inaczej mają koledzy – całe pokolenie wysoko funkcjonujących ćpunów, dzieci nowej Rzeczpospolitej, co mając lat dwanaście, łapały pierwsze machy wolności. Związki im się sypią, dzieci nie znają trzeźwych rodziców, a dotowana przez państwo terapia uzależnień to gówno zdradzieckie, bo nie chodzi o to, ile jarasz i jak układasz całe swoje życie pod pecynę, ale dlaczego jarasz i w jak wielu pierwszych razach ci ta trawka od dziecka nieustannie towarzyszyła. O powody się tu rozchodzi, nie skutki, a te zawsze namierzysz szybciej u terapeuty niż na grupie.
No nic, niech będzie dzisiaj święto – stypa po zębie na pół pękniętym i nosie (chyba) złamanym. W weekendy i tak nie pracuję, więc ten zawalony deadline musi jeszcze zaczekać. Zrobię sobie dzień przerwy, góra dwa – zorientuję się w sytuacji, pozbieram myśli, trochę przynajmniej się wygoję i odtajam. Zgadam się z Marcinkiem i może sobie przypomnę, jak w ogóle skończył się wczorajszy dzień?!? Spa czy ćpa, co za różnica.
Warszawski brzask; stada wron i gawronów zrywają się do lotu nad Polem Mokotowskim, kiedy gradient nieba zmienia się z czarnego w szary. Help me ease my troubled mind, dark clouds hanging over my head – Ann Peebles śpiewa w głośnikach. Kumpel kima na dwóch zestawionych fotelach, a ja sobie przypominam, dlaczego nie na kanapie. Rzucam w niego poduszką. Celnie. Nawet się nie ruszył. Wołam go, ale śpi jak zabity. W uszach mi piszczy. Stary dobry tinnitus, co ponoć nigdy nie słabnie, ale nie słyszymy go, bo mózg się przyzwyczaja i wyłącza nam tę częstotliwość. Ciekawe, co mnie na tych pasmach omija? Może coś, co by mi pomogło poukładać ten bajzel? Dobrze, że chociaż mogę się ruszyć. Wszystko mnie przy tym boli, ale da się jakoś dźwignąć to ciało – ciężkie, twarde, zbite. Nos napierdala najbardziej… Strup wciąż się trzyma, ale czuję zapachy, a raczej smród – bo cuchnie nie tylko weedem, ale i człowiekiem. Dobra, trzeba się zebrać i ogarnąć cały ten syf. Dzwonię do Marcinka – dalej wysprzęglony. Przerzucam płytę, laser sczytuje pierwsze bity z plastiku, impuls płynie po płytach scalonych, leci kablem do głośnika, rozgrzany po całej nocy wzmacniacz pompuje w membrany Tolkiena: Stałem naćpany pod blokiem, doznałem wizji, jakbym był prorokiem; stworzyłem drużynę jak Tolkien i razem poszliśmy w ogień. I chuj, że kurwy są w zmowie, chcą nam odebrać zdrowie – inhalowani smogiem, toczymy bitwę… Bas podbija kolejne słowa, a kamrat mi coś chyba ubliża w momencie, w którym wchodzi stopa. Nie słyszę, nie słucham, się nie przejmuję. Działać! – podłogę przejechać mopem, przeprać kanapę, spłukać wannę, umyć mordę, zrobić kawę, zjeść coś, jak się uda pogryźć. I może jeszcze zajarać.
Ogarniam się więc, krzątam po chacie w takt kolejnych narkoballad i dzwonię, choć nikt nie odbiera. Dobra! – pokój względnie wysprzątany, pralka załadowana, jogurt mimo szczękościsku jakoś cały wciągnięty i tylko koleżki żadną miarą nie idzie obudzić. Miałem siedzieć z rodzinką przy stole, a siedziałem z rozkminką, bo ziomek – ĆPAJ STAJL leci z głośnika, bas wstrząsa kamienicą aż do fundamentów, a ten nic – leży jak trup i jeszcze mi coś ciupa przez sen. Dobra! – zbieram się i wybieram znów ten sam numer.
Władzio to jest postać. Jak ostatnio wynajmował kolejną chatę, to znów szukał takiej, w której podłoga będzie trzeszczeć jak najgłośniej. Obejrzał kilkanaście mieszkań, w każdym wte i wewte łaził po tych starych klepkach, aż wreszcie znalazł podłogę idealną – słowiczą.
Bo Władzio, jak się w dziewięćdziesiątych wkręcił – jak my wszyscy – w Wu-Tang, to zaczął czytać Sun Zi, Hagakure i wszystko, co z Azji mógł namierzyć. Kiedy my lataliśmy do wypożyczalni po każdy film, w którym przez choć sekundę w tle przemazał się jakiś raper, Władzio oglądał nasty raz Sagę o dżudo i pożyczał od mojej mamy Mitologię chińską czy inny Kwaidan. Masz tu, Władziu, Bambusowe pacholę Tubielewicz; na pewno cię zainteresuje – mówiła moja matka, a później po trzy razy dziennie mi kołki na łbie strugała, kiedy mi tę książkę odda. Bambusowe pacholę to była zresztą w tamtym czasie jedna z licznych ksywek Władzia. Jak Method Man czy inny Ghostface miał tych wszystkich przezwisk. No i gdzieś Władziu wyczytał, że któryś szogun miał w pałacu słowiczą podłogę, która go w porę ostrzegała, jeżeli do zamku wdarł się skrytobójca, nawet najlepiej wyszkolony. Taki średniowieczny alarm z desek, drewniany czujnik ruchu. I od tamtej pory Władziu zawsze szuka chaty, w której każda klepka w podłodze jest poluzowana. Jak idziesz z pokoju do kuchni, to klekot rozlega się zupełnie nie słowiczy, a jak poderwane o brzasku stado wron i gawronów z Pola Mokotowskiego. Niejeden żarcik powstał na ten temat, a Władziu dorobił się kolejnej ksywki. Aż którejś nocy naszło go dwóch stałych klientów – bez zapowiedzi i zamiaru płacenia. Skrzyp, skrzyp, skrzyp. Starszy z nich, złodziej z pasji i profesji, miał u Władzia sporą kreskę. Z kolei młodszy zaczął przychodzić ledwie pół roku wcześniej, ale bardzo regularnie – i to on, chujoza, namówił tamtego. Tak się przynajmniej chłop zarzekał, jak ich Władziu oprawiał kijem do golfa. Temu, co otworzył zamki, połamał palce, a drugiemu, co wymyślił ten kaskaderski plan, skakał po łbie do utraty tchu. Swojego, nie jego, na szczęście! No i ze Stalowej musiał się Władziu wyprowadzić. Wylądował na Mokotowie. Jak teraz wpadniesz do niego, to nie słyszysz trzeszczenia podłogi tylko dlatego, że w kółko leci August Harp Sary Davachi. Wzmacniacz aż parzy, głośność taka, że pół kamienicy słucha razem z Władziem, a powietrze gęste, już sam nie wiem, czy przez bas, czy przez to, że tu nawet lufcik nigdy nie został otwarty. Haszkomora zawsze taka, że miecz samurajski można zawiesić, Ghost Dog leci w 4K bez dźwięku na wiecznej pętli i Władziu sobie słucha zen – tak tę płytę Davachi kiedyś określił. Chuj wie, skąd mu się to wzięło; nie żaden DJ Krush, Shurik’N czy inny Photek, tylko właśnie Kanadyjka, co gra na syntach i ma tytuły rodem z jakiegoś celtyckiego fantasy. Chłop przepadł zupełnie i od dwóch lat słucha tylko tego (dobra, czasami jeszcze pierwszego Raekwona). W przypływach fantazji kilkadziesiąt pewnie razy zdarzyło mu się pożyczyć w środku nocy samochód z ulicy i jechać przez centrum na pełnej piździe z rozkręconym do oporu Leicht na głośnikach. Cwał Walkirii Karową w dół, jak na pierdolonym Rajdzie Barbórki. Szczerze żałuję, że pokazałem mu tę płytę albo ją kiedyś puściłem w mojej audycji. Żałuję tym bardziej, że po pijaku dwa razy skusiłem się na taką przejażdżkę.
Władziu jednak nie odbiera i tylko odpisuje, żebym z jakimiś jego pokemonami się zgadał na Telegramie, to mnie poratują na szybkości, jeżeli potrzebuję. Telegram klasycznie: cennik załączony, promocje w zależności od dnia tygodnia i od zajebania emotek; nosy, piguły i brokuły. Piszę więc, że ja od pana Władysława. Dostaję adres i jadę.
Mieszkanko takie małe przy Placu Grzybowskim, a w środku modelowy trap house. Nikt tu jeszcze nie wkroczył w dorosłość – chłopaki nawet jej nie widzą na horyzoncie – a najchudszy ze wszystkich, mikry małolacik bawi się motylkiem, zresztą średnio poradnie. Sprzętu wszędzie pełno. Rozjebane to wszystko leży po chacie jak na bazarze w dziewięćdziesiątych.
Średnio rozsądnie jak na moje standardy, ale ja inną szkołę skończyłem i od tamtej pory wszystko się zmieniło. Dzisiaj zamiast skryjdy w piwnicy są czujki na głośnomówiącym rozstawione co winkiel, a zamiast smutnych panów w marynarach, regularnie przyjeżdżających po swój kawałek tortu, opłacać trzeba tylko internet. Nikt już nie mówi, że telefon ma od tego czy tamtego, bo z naklejek na mieście ludzie mają namiary. Nawet nie musisz dzwonić do dilera, żeby skumać, czy susza wreszcie się skończyła, bo fajerwerki widzi na niebie cała dzielnica.
Chmury z wejpów płyną po chacie jak obłoczki po niebie, energetyki parują z dziesiątek puszek, EA SPORTS™ F 25 – Legia Warszawa vs. Real Madryt. Legia prowadzi 4:1. Jakiś trapik leci z telefonu – wysoki, wkurwiający dźwięk, w którym dopiero po chwili dosłuchuję się przyspieszonego Chief Keefa Love Sosa. Tik tok, tik tok, tik tok.
– Cze… Uuuuuuuuuu… Cosiestao, czegobyśpotrzebował, czymchatabogata – na wydechu, zjadając pauzy jak wcześniej pewnie torbę spida, mówi szesnastoletni don dada tego pierdolnika. Szybki szczeniak bez jedynki na przedzie, ubrany cały w tech-wear; saszka przewieszona przez ramię, nowiutkie TN-y na nogach i zajady w kącikach ust. Gada jak mój kamrat z podwórka – duży Kamil, Głupim czasem zwany. Napisy by się do tego przydały, bo tak to musisz to nieustannie rozsupływać, dekodować, tłumaczyć sobie na polski.
– Wszyhstkonanaszkoszt, wysiechybazRadaremznacie…
– Dłużej, niż ty żyjesz – dopowiadam, gryząc się zaraz w język, bo dobrze pamiętam, jak sam byłem młody i doszukiwałem się przytyków dosłownie wszędzie. Jebany syndrom oblężonej twierdzy. Radar to w ogóle jedna z moich ulubionych ksywek Władzia – jeszcze na podwórku się jej dorobił, bo zawsze jak przez osiedle szedł, to mu łeb nieustannie chodził lewo-prawo, lewo-prawo, lewo-prawo i już tam na horyzoncie lamusa do skrojenia przyuważył.
Młody jednak puszcza to mimo uszu. Uśmiecha się, prezentując dumnie tę swoją poszerzoną diastemę, i dalej oprowadza mnie po chawirze. Calvin Klein już pomieszany w tutkach do klubowego, szybkiego użytku, worek różowego koksu dzielony właśnie na samarki, syropki z Niemiec, tabletki spod domowej praski i liquidy do e-petów z fentanylem. A ja – głupi – jeszcze chwilę temu myślałem, że spróbowałem w życiu wszystkiego.
– Piątkę jakiejś smacznej sativy bym potrzebował i jak kwasy dobre macie, to bym wziął ze cztery na zapas.
– Tumaszsałerdizla, dyszkeodnaswprezencie. Apapierówtobymniebrałnatwoimmiejscu.
Tochybawoglenielsd, niktznastuwpsychodelikachniegustujealudziedziwnerzeczyotymopowiadają, najwięcejbierzetegoodnasryjcowalfęjestjużhawałczasuwjebany, słabarekomendacja. – Młody znów szczerzy zęby, a jego koleżka od razu podchwytuje temat.
– Ci nie mówiłem… Niezniszczalny Grzesiu to już chyba nas tu więcej nie odwiedzi, bo ostatnio go musiałem z klatki pognać na kopach. Nie mógł się, ćpun pierdolony, powstrzymać i tu, zaraz za drzwiami, na parapecie przyjebał. Ze trzy godziny później go tam znalazłem. Stał jak zamrożony. Dopiero jak lepę na ryj dostał i trzy kopy na dupę, to się ruszył. Wył coś jeszcze na klatce, baba z pierwszego od razu wyskoczyła. Uroki handlu wielobranżowego, kurwa jego mać.
Śmiesznie – nieśmiesznie; interes jednak się kręci. Ktoś przychodzi, ktoś wychodzi, a że ja już zaopatrzony, więc pora się zwijać. Pachnie pechem. Kiedy się jednak odwracam, don dada robi ostatni skok na street cred – nie wiem, co mu Władziu naopowiadał, ale od początku bardzo chce mi zaimponować, więc teraz idzie wabank.
– Wieszwohólenaczymmytoimperiumzbudowaliśmy? Imperium to miał Cezar, a tu jest melina, i to przypałowa – myślę sobie, ale na szczęście nie mówię tego na głos.
– No?
– Nagnuczka!
– Co?
– Na wnuczka! – poprawia gówniarz, z dumą otwierając ostatnie, do tej pory zamknięte, drzwi. Z pomieszczenia dobiega słodki, owocowy dym, miesza się z kwaśnym, małolackim potem. W środku za stołem siedzą dzieciaki wpatrzone w ekrany komputerów i telefonów. Bawią się w biuro. Nastoletnie łapki wyciągają się w geście pozdrowienia, po czym zaraz słyszę, jak jeden z chłopaczków mówi do telefonu:
– Babciu, wiesz, jak to jest z mamą, zawsze mi na wszystko skąpi, a teraz szkoła się zaczęła i…
Cała centrala telefoniczna postawiona na kartach kupowanych na słupa – czterech gnojków leci po numerach, aż któraś babuleńka pozna wreszcie swojego wnusia i zechce oddać mu kopertę zaskórniaków. Wtedy pady są rzucane w kąt i rusza lotna brygada. Całe szczęście nie do mojej babci, bo obie już nie żyją. Wychodzę, nie pozdrawiam. Szczypior, chcąc machnąć mi ręką na pożegnanie, wypuszcza nagle motylka – z takim impetem, że się wbija w karton gips aż po sam uchwyt. I wisi tak sobie na ścianie, jak jakiś owad, ku uciesze całej bandy.