FRAGMENT KSIĄŻKI

Szawarwa

Filip Kalinowski 6 MIN CZYTANIA

Początek

To jedno słowo wyłapuję i rozumiem – afropolski slang, którym porozumiewają się migranckie sektory Wólki Kosowskiej i Bakalarskiej, przestawiający sylaby verlan, co sprawia, że nikt obcy nie rozumie. Szawarwa, Czałarła, Szczchałcharchła – słychać co rusz pośród tej blachy falistej i poliestru. Nieważne jednak, kto z jakim akcentem mówi i który dialekt przywlókł tu za sobą w gardle, wypowiadając to słowo, ma na myśli miasto, na którego obrzeżach się właśnie znajdujemy. To miasto, które od blisko wieku już nie istnieje, a jednak jesteśmy w nim teraz. My, czyli ja i kilkudziesięciu świeżo upieczonych mieszkańców Warszawy z Globalnego Południa, jak się dzisiaj mówi. Od trzech godzin siedzimy w suterenie zapuszczonego domku jednorodzinnego na wylotówce na Raszyn. Śmierdzi tu potem, kiefem i krwią; jest duszno, ciemno, dym gryzie załzawione oczy. Spogląda na nas wszechwidząca Czarna Maryjka opleciona w świeże kwiaty, spalone knoty kadzideł i bożonarodzeniowe lampki migające zimną feerią barw. Może ona widzi, ilu nas tu w ogóle jest, bo ja się już dawno pogubiłem – kolano typa z prawej wbija mi się w żebra, chłop z lewej co rusz trąca mnie łokciem, a ten, co przysiadł z tyłu, chyba już przysypia, bo jego łeb raz po raz opada mi na plecy. Nie mam pretensji. Ja nie pracuję po -naście czy -dziesiąt godzin na dobę, w dzień ogarniając szczękę na bazarze, a w nocy przewóz osób i sprzętu. Mnie krajówka wciąż klepie, jakbym wciągnął do nosa kwas z baterii. Sangoma cały czas szepcze, a ja znów słyszę – Szawarwa, Szawarwa, Szawarwa. Krew gołębia tryska po wszystkim i wszystkich, po tym, jak nóż łamie mu krtań, a bezgłowy ptak szamocze się jeszcze długo w konwulsjach. Gołąb – warszawska kura ofiarna – na symbol tego miasta nadaje się nieporównywalnie lepiej niż syrena. Krew jest potrzebna, żeby wejść w kontakt z duchami przodków. Moich, nie ich, choć to im one częściej brużdżą, bo ja już dawno przestałem wierzyć, że mogą to robić. Nagle ktoś piszczy jak dziecko, ktoś wrzeszczy jak bity, ktoś jeszcze inny modli się w niezrozumiałym dla mnie języku; wszyscy zdają się widzieć dokładnie to samo. Ja nie widzę nic.

Przekrwionymi oczami śledzę sangomę, która, jedyna niewzruszona, wciąż zaklina rzeczywistość; dosłownie. Nagle ktoś chwyta moje ramię, odciąga, jakbym tarasował drogę, inny szarpie w drugą stronę, żebym przepuścił kolejną osobę, której w tych ciemnościach nie widzę, nie słyszę i nie czuję. Pierwszy człowiek z rykiem zrywa się z podłogi, zaraz – drugi, trzeci i już na nogach jest cały tłum. Panika! Klaustrofobia i hipoksja. Sangoma nadal szepcze i choć całym pokojem wstrząsa teraz strach i histeria, mam wrażenie, że to jedno słowo słyszę dużo wyraźniej niż wcześniej – Szawarwa, Szawarwa, Szawarwa! Dopiero teraz wyłapuję z hałasu policyjne syreny – dużo bardziej realne niż symbol tego miasta. Zimne światło kogutów wdziera się przez lufciki sutereny. Jak stroboskop. Za późno, żeby się zrywać. Imigracyjni ustawili się już w swoich ciężkich buciorach wokół domu. Stalowy taran dudni w drzwi. Sangoma wciąż szepcze, ludzie nadal wyją. Wiem, że z komisariatu wyjdę dużo szybciej niż pozostali. Wszystkich zresztą nie uda im się wyłapać. Przez nastroszoną pałami ścieżkę zdrowia, którą psiarnia rozstawiła na wyjściu, przejdą tylko ci z papierami. Reszta nie istnieje, jak miasto, w którym żyjemy – miasto, do którego sangoma wciąż jeszcze mówi, kiedy blade snopy latarek padają na przerażone twarze. Trzy… dwa… jeden… granat hukowo-błyskowy P1-S, sto sześćdziesiąt decybeli czystego bólu.

Z komisariatu na ulicy Komitetu Obrony Robotników wychodzę po ledwie kilku godzinach. W paczce tytoniu brakuje zawartości, a portfel cały wybebeszony – legitymacja prasowa, karty kredytowe, święte obrazki z numerami kwater, w których leżą moi dziadkowie. Telefon dostaję z powrotem odblokowany. Musieli w nim grzebać. Sznurówka tylko jedna, a poklejone bletki śmierdzą, jakby ktoś się na nie zeszczał. Pamiętam, że tak samotny czułem się ostatnio, kiedy byłem jeszcze dzieciakiem z pobliskiej ośki. Wtedy ta ulica nazywała się 17 Stycznia. Rocznica wyzwolenia Warszawy przez ruskich pasowała lepiej, bo to również najbardziej bokserski dzień roku – urodziny Alego, Usyka i Cusa D’Amato. Za każdym razem wychodziło się stąd obitym jak po sparingu – bez tarczy, rękawic i szczęki, a dodatkowo w nie swojej kategorii wagowej. Odkąd pamiętam, to zawsze była katownia. Utwierdziła mnie w tym zresztą po latach przygodnie poznana policjantka w cywilu. Zanim przedwcześnie odeszła ze służby, zdążyła zaliczyć 17 Stycznia i Ursus, czyli dwie komendy najbliższe od mojego osiedla. Jej wspomnienia można streścić jednym zdaniem: tam nie bije się za coś albo po coś; tam po prostu się bije. Ukryjcie swoje dzieci! – jak śpiewał Kazik. Naszym matkom się nie udało; inne rzeczy miały wtedy na głowie i barkach.

Mnie tymczasem zaczyna właśnie śpiewać w słuchawkach Antonina Nowacka, bo wysłużony mp3 player, z którego od lat korzystam, nadal działa i włączenie Oddracir jest jedynym, co przyszło mi na myśl. Woda przelewa się przez uszy, organy miło buczą w tle, jakieś harfy, cytry. Balsam na duszę i ciało, a to drugie naprawdę mnie, kurwa, boli. Sprawnie się mną zajęli. Czuję każdy rok ich praktyki, każdy centymetr moich zbitych mięśni i naderwanych ścięgien. Dotykam nosa – cofam rękę, bo świeża opuchlizna – twarda i tkliwa – napierdala. Obmacuję kciuk – boli, znów wybity. Językiem sprawdzam zęby, i tu jakby za dużo mam tych szpar pomiędzy trzonowcami – bez dentysty się nie obędzie. Kusi trochę, żeby wydłubać strupa z dziurki – sprawdzić, na ile miękka jest ta z pozoru twarda tkanka, i odetkać nos, choć to głupi pomysł… małolacki, więc się powstrzymuję. Ale kusi.

Warszawskie, stalowe niebo wisi nisko nad pustką Okęcia, a mi ciąży ta samotność. Przejdę się kawałek na Bakalarską, zobaczyć, czy kogoś nie spotkam. Chłopy w drzwiach baraków – jak zwykle – namawiają przechodnie na manicure, te – jak zwykle – bez słowa machają im przed twarzami swoją świeżą hybrydą, a ja – jak rzadko – nikogo znajomego nigdzie nie widzę. Ni chuja czy raczej ni khouya, bo khouya to w Algierii brat. Ta dwuznaczność prowadzi często do różnych nieporozumień czy wręcz zderzeń kultur, co kończą się na SOR-ze.

Dookoła wędrują z rąk do rąk wagony szlugów bez akcyzy, perfumy na spirytusie nigdy nie znajdują nabywców, a wiecznie gotujące się phở pachnie i śmierdzi jednocześnie. Dobra, skuszę się.

Żałuję tego już przy pierwszym siorbnięciu, kiedy ostry wrzątek zalewa mi poranione usta. Przełykam bulion, sos i krew. Myślę o pomalowanej na biało twarzy sangomy i o tym, jak zostanie przyjęty na komendzie ten jej odwrotny blackface. Ponoć sangoma umie się zmienić w geparda; ciekawe, co taka osiemdziesięciokilowa bestia mogłaby zrobić z funkcjonariuszem policji. Albo nawet kilkoma. Przede wszystkim myślę jednak o tym, że rytuał nie miał szans się dopełnić: zebrane przez ludzi pieniądze poszły w błoto, słowa zostały wyszeptane po próżnicy, a niedomknięte kontakty z zaświatami przynoszą choroby duszy i ciała. Sam niczego się tam nie dopatrzyłem, ale inni widzieli, i to zostało. Choć może było tu już wcześniej. Cokolwiek to było.

Ogarniam się więc, krzątam po chacie w takt kolejnych narkoballad i dzwonię, choć nikt nie odbiera.
— Filip Kalinowski
Szawarwa
CHCESZ CZYTAĆ DALEJ?
Szawarwa
Filip Kalinowski
49,90 zł 69,90 zł
Szawarwa 49,90 zł 69,90 zł