Ale mam tremę.
Słuchajcie, po raz pierwszy napisałem książkę z kimś. Myślałem, że to niemożliwe, a jednak się udało, co więcej, poszło całkiem gładko. Sprawę ułatwił fakt, że napisałem tę książkę z moim przyjacielem i biznesowym wspólnikiem. Stworzyliśmy tę książkę jako rozmowę, bo my ogólnie lubimy rozmawiać, a czasami nawet się kłócić. Mimo wszystko nie wierzyłem do końca, że się uda.
A jednak. Mam tremę, bo pierwszy raz piszę o sobie. Owszem, każda książka jest w dużej mierze o autorze, bo każdy autor wie tylko, jak być sobą, bycie innymi ludźmi może sobie jedynie wyobrażać. Potem przebiera się w książkach za tych wyobrażonych ludzi, metaforyzuje swoje trudy, traumy i lęki ich wyobrażonymi przygodami. W tym sensie pisanie prozy jest wygodne. Można się przebrać, pozmyślać, a potem wszystkiemu zaprzeczyć. A tu klops, spada maska, nagle mam być golutki. Owszem, w podcaście już się trochę rozebrałem, ale gadanie i pisanie to coś zupełnie innego. Za obie te rzeczy odpowiadają dwa zupełnie różne sektory mózgu.
Mam tremę, ale jestem też dumny. Mogliśmy pójść na łatwiznę, wrzucić te nasze podcasty w jakieś narzędzie AI, zredagować i wydać. Nie chcieliśmy tego robić.
Chcieliśmy napisać tę książkę od zera. Dać Wam nową, odrębną jakość. Pokazać, na jakim obecnie jesteśmy etapie jako ludzie. Podsumować to, co wiemy i co nam się wydaje na temat trzeźwienia i życia.
Zapraszam Was bardzo serdecznie do lektury. Bardzo, bardzo Wam dziękuję za to, że jesteście.
Żulczyk
Bohaterowie moich książek zawsze byli trochę mną. Łazili moimi śladami, choć za chwilę odbijali w inną stronę. Bo jednocześnie mną nie byli, a ja, pisząc, siedziałem na granicy realnego świata i zmyślenia. Bardzo to lubiłem. Dzięki pisaniu mogłem przeżywać przygody, których normalnie nie przeżywam.
A tu jest inaczej. Przydarzyła mi się książka bez zmyślenia. Książka, której nie jestem szefem. Książka, w której rozmawiam i chwilami spieram się z Jakubem Żulczykiem. Jest to taka książka, która zwykle się chyba nie przydarza. No bo jednak wynika ona z przyjaźni, z zaufania, z dojrzewania, z porozumienia dwóch osób, z pewnej odwagi, ale też z niezwykłego splotu przypadków, który bywa bardziej zaskakujący niż to całe zmyślenie.
Ze zdziwieniem stwierdzam, że ta książka już zmieniła moje życie. Wyrwało mnie jej pisanie z rozleniwienia, z powierzchowności i kilku dzikich pewności na temat własny i innych. Jest to moje drugie spokornienie od czasu odwyku, który miał miejsce kilkanaście lat temu. Bardzo tego potrzebowałem.
No więc nie wiem, jak to się dokładnie stało, ale ta książka jest.
Terapia okazała się dla mnie wydarzeniem niezwykłym, przywracającym mnie sobie samemu, osadzającym w czasie, w rzeczywistości. Włączono restart, znów zaczynały migać wszystkie diody.
Chcesz czytać dalej?
Zapisz się do newslettera Newhomers i odbieraj fragmenty książek, premiery i najciekawsze treści prosto na maila.
DZIEŃ PO. ŻULCZYK
Jest sam początek 2014 roku. Jakieś dwa tygodnie po sylwestrze? Trzy? Nie pamiętam dokładnej daty – nie lubię rocznic, jeśli raz na kilka lat zrobię imprezę urodzinową, to w zupełnie innym terminie niż właściwa data.
Stoję pod Kinoteką w centrum Warszawy. W ręku trzymam pięćdziesiąt złotych. Właśnie wysiadłem z pociągu, przyjechałem z Nidzicy, miasta, w którym żyją moi rodzice. Mieszkam w Warszawie już sześć lat, ale tego wieczoru patrzę na nią jak na zupełnie obcy moloch, w którym jestem po raz pierwszy. Bryła dworca, bezkształtny dach Złotych Tarasów, neon Marriotta, prostopadłościan dworca Warszawa Śródmieście. Wszystko jest trochę inne. Wszystko jest wyraźniejsze. kupuję bilet na film Pod Mocnym Aniołem Wojciecha Smarzow-
Wchodzę do kina i za to trzymane w dłoni pięćdziesiąt złotych
skiego. W mojej sytuacji to wybór zabawnie symboliczny – dziś jest pierwszy dzień, w którym nie piję alkoholu. Trudno o bardziej wymowny wybór niż filmowa adaptacja książki, która jak żadna inna w historii polskiej literatury romantyzowała ciężki nałóg alkoholowy. Tak naprawdę jednak nie mam ani siły, ani odpowiedniej świadomości swojej sytuacji, aby wykonywać tego Smarzowskiego grają tylko jakieś Minionki, a ja mogę iść albo do typu symboliczne gesty. Po prostu muszę się czymś zająć. Oprócz kina, albo na stację benzynową po pół litra i dużą colę na sprzęgło. Idę do kina, bo nie chcę dzisiaj pić i – chyba – nie chcę pić też jutro. Jakaś część mnie, tak szczerze, nie chce już pić w ogóle. A to pięćdziesiąt złotych stanowi, poza ubraniami, które mam na sobie, i komputerem w plecaku, mniej więcej całość moich aktywów i pasywów. artystów, wyda pierwszą od wielu lat płytę, Syro. W promującym
Parę miesięcy później Aphex Twin, jeden z moich ukochanych
ją wywiadzie dla serwisu Pitchfork stwierdzi, że jego największą ambicją jako artysty jest wygenerować dźwięk, tonację, której nikt jeszcze nie usłyszał. Że gdy słyszymy jakiś dźwięk po raz pierwszy, w naszym mózgu tworzy się połączenie, którego wcześniej nie było.
Kiedy przeczytam ten wywiad, przyjdzie mi do głowy, że to samo się dzieje, gdy ktoś pomyśli jakąś myśl po raz pierwszy.
Za jakiś czas pomyślę pewną myśl po raz pierwszy, tak na serio. Tymczasem, schodząc do sali kinowej, myślę niewiele. Składam się z nerwowych impulsów, samych tików. Jestem niebezpieczny jak źle uziemione urządzenie. Gdyby ktoś mnie dotknął, kopnąłby go prąd. Na wszelki wypadek nie dotykam się sam. Wszystko dookoła mnie bzyczy, hałasuje. Wszystko, co mnie otacza, jest niespodziewanie wyraźne, napięte jak cięciwa łuku.
Jedyne, co mnie interesuje, to poczuć się lepiej. To, co przez ostatnie lata sprawiało, że czułem się lepiej – wlewany w siebie wiadrami alkohol, koks, okazyjnie benzo – nagle zaczęło przynosić odwrotny efekt. Drastycznie odwrotny.
Ta część mnie, która nie chce już pić, nie chce pić w ogóle, ponieważ boi się, że umrze. Ta część mnie, która nie chce już chlać, nie boi się śmierci przez alkohol – pękniętej trzustki, zawału, niewydolności wątroby. Ta część boi się śmierci z emocji. Boi się tego, że ból, lęk, strach, odrzucenie, wstyd, samotność staną się tak bardzo nie do zniesienia, że ciało zechce trwale się wyłączyć, byle tylko ich nie czuć.
Na pewno jest w tym jakaś egzaltacja. Nic na to nie poradzę. Tak właśnie było.
Siadam w kinie. Za to, co zostało mi z tych pięćdziesięciu złotych po kupieniu biletu, kupuję sobie colę. Piję ją ostrożnie, małymi łykami. W pierwszej scenie grający główną rolę Robert Więckiewicz chodzi po swoim pokoju, pijąc wódkę i słuchając jazzowych płyt. Człapie, gadając do siebie, kiwa głową w rytm muzyki. Dociera do mnie: kurwa, ja przecież co wieczór robię to samo. Może nie akurat do jazzu. Może piję whisky, a nie wódkę. Ale robię to samo. Człapię po pokoju. Gadam do siebie. Kręcę sobie w głowie piękny film, w którym gram główną rolę. W tym filmie mam pełno pieniędzy, przy boku kochającą kobietę, piękne, duże mieszkanie. W tym filmie mogę i robię wszystko, bo jestem dobrym człowiekiem, a jestem dobrym człowiekiem, bo wszyscy dookoła tak myślą i codziennie gratulują mi tego, jaki jestem dobry i wspaniały.
Znam ten film na pamięć, co nie przeszkadza oglądać mi go w kółko. Bilet na ten film też kosztuje jakieś pięćdziesiąt złotych. Bilet na ten film jest szklany i dość duży, przyjemnie ciąży w dłoni.
Ostatnie miesiące mojego picia polegały na tym, że już nie chciało mi się więcej utrzymywać pozorów. Nie potrzebowałem tak naprawdę żadnego towarzystwa. Alkohol w knajpach był drogi, trzeba było go wystać w kretyńskiej kolejce do baru, muzyka była straszna i najchętniej pobiłbym każdego, kto ją puszczał, choć sam miałem dość długi epizod bycia DJ-em. Uciekałem z imprez po angielsku, kupowałem alkohol na Orlenie przy Polnej, wracałem do domu i rozpoczynałem człapanie, które trwało do rana. Człapałem, aż padałem.
Wiem, że zaraz pójdę na terapię. Obiecałem to sobie i innym. Przede wszystkim mamie. Jeszcze nie dopuszczam do siebie, że jestem uzależniony. Biorę pod uwagę taką ewentualność, ale mówiąc szczerze, w ogóle o tym nie myślę. Idę tam, bo nie mam żadnego innego pomysłu na to, co mógłbym robić. Gdyby ktoś zasugerował mi pójście na kurs spadochroniarstwa albo wizytę w zborze świadków Jehowy, pewnie bym to zrobił. Wszystko, byle tylko poczuć się lepiej.
Ta rodzinna interwencja była dla mnie dość zaskakująca. Czułem się zupełnie trzeźwy. Tymczasem mama i brat stanęli w drzwiach i powiedzieli, że powinienem iść się leczyć. Od kilku dni chodziłem po moim rodzinnym domu i głośno krzyczałem ulubiony bohater z serii komiksów Wilq Superbohater. Gdy przydo samego siebie. Dziwnym nie jest, jak mawiał Entombed, mój
jeżdżasz do swojego rodzinnego domu i spędzasz pięć dni na bezustannym piciu alkoholu i mówieniu na głos do siebie, to jeśli ktoś w twoim rodzinnym domu ma jakikolwiek kontakt z rzeczywistością, raczej ci to zasugeruje.
Piłem bez przerwy, bo miałem w sobie tyle strachu, lęku, złości i napięcia, że moje ciało fizycznie przestało je mieścić. Gdy mówiłem do siebie na głos, wydawało mi się, że razem z głosem ten strach, lęk i to napięcie na moment gdzieś uciekają. No cóż, wydawało mi się.
Źródłem strachu, lęku i napięcia było wtedy akurat to, że taka jedna dziewczyna nie odbierała ode mnie telefonu i nie odpisywała mi na wiadomości. Po paru miesiącach na trzeźwo zrozumiem, że jej milczenie, no cóż, dziwnym nie jest. Po paru miesiącach na trzeźwo zrozumiem, że źródłem tego strachu, lęku i napięcia mogłaby być tak naprawdę jakakolwiek inna dziewczyna, jakakolwiek inna sytuacja.
Co zabawne, przez ostatnie pół roku codziennie piłem i ćpałem, a przy okazji chodziłem na psychoterapię, bo bezustannie się bałem, w ogóle nie łącząc tego strachu z piciem i ćpaniem. Bałem się wszystkiego. Bałem się końca świata. Bałem się śmierci. Bałem się braku pieniędzy. Bałem się, że dziewczyna, z którą obecnie się spotykam, mnie nie chce. Z tymi dziewczynami w ogóle było zamieszanie, wynikające głównie z czucia się bezbrzeżnie samotnym. Pan psychoterapeuta, starszy, bardzo miły lekarz starej daty, słuchał tego bardzo cierpliwie, z wielką życzliwością. I za każdym razem zadawał to samo pytanie:
– A jak jest u pana z piciem? Okłamywałem go tak żarliwie, jakbym się modlił o zdrowie najbliższej osoby:
– A wie pan, parę piwek z kolegami w sobotę. No może zapaliłem czasami jointa, wie pan. Nic poważniejszego.
Jak w tym starym kawale o rozdawaniu mercedesów na placu Czerwonym: to nie była sobota, to był cały tydzień, to nie było parę piwek i to nie był joint, chociaż może jakiś joint przy okazji się trafił, choć jointy były dla mnie przezroczyste tak samo jak papierosy, a tak naprawdę nigdy ich nie lubiłem. Po jointach zawsze stawałem na progu otchłani, patrzyłem w bezdenną studnię mojego lęku, który zwyczajnie musiałem zapić.
Gadałem tak, a za tydzień pan psychoterapeuta znowu pytał:
– A jak jest u pana z piciem? A ja znowu go okłamywałem, i tak w kółko. Na samym początku ten psychoterapeuta strasznie mnie zdenerwował, bo chciał mnie wysłać do ośrodka leczenia uzależnień. Wybiegłem od niego w stanie okropnego wzburzenia. Co za głupi dziad jebany, lżyłem w myślach tego dobrego i mądrego człowieka; alkoholika chce ze mnie zrobić, co to w ogóle jest za skandal.
Sugestia, jakobym był uzależniony od alkoholu, wydawała mi się bulwersująca, jakby mnie pomówiono o ciężkie przestępstwa.
Na następnych spotkaniach pan psychoterapeuta zrezygnuje z tego typu sugestii, ale cały czas będzie pytał:
– Jak to jest u pana z tym piciem? Równie dobrze mógłby pytać człapiącego przede mną na Dwa dni po seansie Pod Mocnym Aniołem pójdę do niego kinowym ekranie Roberta Więckiewicza.
i powiem mu, że chcę przerwać psychoterapię, bo idę na terapię uzależnień.
Pan psychoterapeuta się uśmiechnie, ciepło i przyjaźnie.
– Bardzo mi się pan podoba – powie. – Bardzo jestem z pana dumny.
Pół roku później spotkam go na Puławskiej. Powiem mu, że uratował mi życie, a on rzuci:
– Sam się pan uratował. Ja pana tylko wkurzałem. I znowu się uśmiechnie, a ja ucieknę, żeby się przy nim nie poryczeć.
Wracając z kina tramwajem, zobaczę na placu Zbawiciela dziewczynę, która nie odpisywała na moje wiadomości. Będzie stała rozbawiona z jakimiś ludźmi pod szkieletem spalonej trzy miesiące wcześniej tęczy. Rozpoznam ją po czerwonej czapce i biegającym dookoła piesku ze schroniska. Będę jej doskonale obojętny, jak ten tramwaj, z którego wybiegnę, aby z nią porozmawiać. Najbardziej wstydliwy aspekt tego wspomnienia – ja, jakkolwiek by patrzeć, trzydziestojednoletni facet, zadzwonię do matki, zapytać, co właściwie mam zrobić. I nawet moja własna mama kompletnie mnie wtedy nie zrozumie. Poprosi, żebym pojechał do domu, siedział tam cicho i grzecznie, a przede wszystkim nie pił.
Tak będę się czuł przez najbliższe miesiące – jak małe dziecko, które nie wie, jak ma postąpić w nawet najprostszej sytuacji.
Zamienię z tą dziewczyną parę słów. Aby to zrobić, wejdę za nią do Planu B, wciąż istniejącego, legendarnego klubu przy placu Zbawiciela, gdzie w moim pijackim peaku służyłem za lekko ruchomy mebel, przemieszczający się między barem a zadymioną palarnią. Do dzisiaj Plan B odpala mnie tak, że przechodząc przez plac Zbawiciela, wolę iść drugą ścianą. Ale wtedy, tego pierwszego dnia, nie wiedziałem nic o alkoholowych triggerach, nie wiedziaod angielskich słów: hungry, angry, lonely, tired, odnoszących się łem nic o programie HALT (dla tych, co też nie wiedzą: akronim
do potencjalnych zagrożeń) ani całej tej procedurze trzeźwienia. Wszedłem do Planu B jak do siebie, razem z drzwiami, w ogóle nie myśląc o konsekwencjach. Przy barze zamówiłem colę, ale na widok polewanych luf i wydawanych piw serce zatrzepotało mi z pragnienia.
To trochę cud, że jednak się wtedy nie napiłem. Co do tej dziewczyny, z perspektywy czasu myślę, że ona widziała wtedy jak na dłoni, w jakim jestem stanie, i nie chciała być niemiła. Zamieniliśmy kilka zdań, wymusiłem na niej deklarację, że spotkamy się niebawem. Byłem chyba wtedy zwyczajnym stalkerem.
Trzy dni później wciąż nie będę pił. Dalej będę czuł się jak naelektryzowane, źle uziemione urządzenie. W ośrodku pójdę najpierw na spotkanie indywidualne z terapeutką. Da mi do Potem będę się przechwalał, również na etapie Po odwyku, że rozwiązania „klasówkę”, test na objawy uzależnienia od alkoholu.
„to była jedyna klasówka, z której dostałem piątkę”. No nie, nie jedyna. Ale terapeutka popatrzy na mnie i powie:
– Przyszedłeś tu w ostatnim momencie. Po rozwiązaniu testu grzecznie podrepczę do psychiatry. Pani psychiatrka przepisze mi hydroksyzynę i convulex. To drugie po to, żebym nie dostał ataku padaczki, co zdarza się po nagłym odstawieniu alkoholu. Ja wcale tyle nie piłem, myślę. Widziałem kiedyś atak padaczki alkoholowej, jako dziecko, ale u człowieka, który pił denaturat. Leki przeciwpadaczkowe? Poczułem znajome ukłucie, uczucie pomówienia, to, które pojawiło się po tym, jak mądry i dobry psychoterapeuta zasugerował mi ośrodek leczenia uzależnień.
Jeszcze wiele miesięcy później jakaś część mnie będzie myśleć, że poszedłem tam trochę za wcześnie. Nawet gdy zdam sobie sprawę, że przez ostatni rok piłem codziennie. Czasami już od rana.
Hydroksyzyna to dość ciekawy lek – działa lekko nasennie, ale dla zawodników zaprawionych w przyjmowaniu środków nasennych to tak zwany poziom zero. Odstawię ją dość szybko, bo nie będzie mi się podobał efekt następnego dnia, podobny do lekkiego kaca. Bo przestaję pić również po to, aby pozbyć się kaców, niekończącej się fizycznej i psychicznej gehenny, stanów skrajnego ataku lękowego połączonego z ciężkim zatruciem or-
Na terapii będą odradzać nam oglądanie filmu Pod Mocnym ganizmu, które mija dopiero po zbawiennym klinie. Aniołem. Może was uruchomić, odpalić, striggerować. Ugrun-
tować w was nieprawdziwy obraz waszej sytuacji. Mój kolega, obecnie osiem lat w trzeźwieniu, po obejrzeniu napisze na Facebooku: „Kurwa, obejrzałem tego nowego Smarzowskiego i elegancko, jeszcze jest luz, jeszcze mogę się pobawić”.
No, ja chyba już nie mogę się bawić. Gdzieś w grudniu po czterech dniach picia zjem trzy lorafeny na kaca i położę się do wanny. Obudzi mnie woda wpływająca mi do zatok.
Na grupowej terapii pierwszy raz będę uczestniczył w rundce. Opowiem długą i rozgorączkowaną historię relacji z dziewczyną, która nie odbierała telefonu. Opowiem o jej czerwonej czapce i psie. Opowiem, jak wiele mam do niej żalu, jak wiele niezrozumienia dla jej zachowania – w końcu zaprosiła mnie na święta do swojej rodziny, a teraz nie chce się ze mną spotykać. O co jej chodzi?
Będę to opowiadał długo i ze szczegółami, bo ostatnio opowiadam tę historię każdemu.
Muszę mówić i mówić, i mówić, bo opowiadanie tej historii na krótki moment pozbawia mnie tego nieprzerwanego napięcia.
Gdy skończę, jedna z moich przyszłych koleżanek, pani po pięćdziesiątce, księgowa z Milanówka, popatrzy na mnie i powie:
– Za cholerę nie rozumiem, co powiedziałeś, ale masz ładny głos.
Zostałem tak, z wpół otwartymi ustami, a do mojego naelektryzowanego, rozgorączkowanego, gwałtownie rozbudzonego mózgu docierało pierwsze olśnienie: Okej, więc ludzie NIE ZAW- SZE rozumieli, co do nich mówię, czasami tylko kiwali do mnie głową, uśmiechnięci i porobieni mniej więcej tak samo jak ja. powrotu do domu po seansie Pod Mocnym Aniołem i rozmowie
Nie pamiętam detali z tamtych pierwszych dni. Nie pamiętam
z dziewczyną na placu Zbawiciela. Może być tak, że już wtedy odzwyczajona od ciągłej alkoholizacji wątroba zacznie się domagać kolejnych dawek cukru, i może być tak, że koło pierwszej nad ranem wybiorę się na stację benzynową przy ulicy Polnej, ale zamiast butelki najtańszej whisky kupię tam całą reklamówkę słodyczy, które będę pochłaniał, gapiąc się w YouTube’a albo Pornhuba i poszukując pojedynczych iskierek dopaminy. Cukier i jego łaknienie w ogóle okażą się ciekawą sprawą w ciągu najbliższych paru miesięcy. Rozregulowana wątroba będzie tak bardzo domagać się węglowodanów, że przy łóżku, obok butelki z wodą, położę batonika, bo obezwładniające ssanie będzie mnie budzić w środku nocy.
Nie pamiętam pierwszych rozmów z ludźmi, deklaracji, że przestałem pić. Często spotkają się one z kompletnym niezrozumieniem, zwłaszcza wśród warszawskiego towarzystwa, w którym obracałem się przez ostatnie lata. Z większością tych osób, które wówczas uważałem za swoich najlepszych przyjaciół, nie mam obecnie praktycznie żadnego kontaktu.
Pamiętam, trochę jak przez mgłę, trwanie w słodkiej iluzji, że zdołam prowadzić taki tryb życia, jaki prowadziłem wcześniej, tylko bez używania alkoholu. Chodzić na imprezy, kręcić się wśród ludzi, zaliczać jakieś przygodne relacje.
Siedząc w kinie, sącząc ciepłą colę, patrząc na kolejne upadki Roberta Więckiewicza, śmiejąc się gromko przy nieśmiertelnym, wypowiedzianym przez Dziędziela „no i chuj, no i cześć” (cała Polska zaśmiewała przy tym tekście swoje zbiorowe DDA), zaprzestanie picia uważam za rzecz kompletnie nierealną. Tak jakbym zmuszał się do śnienia jakiegoś konkretnego snu.
Ulga przyjdzie szybko, będzie bardzo gwałtowna. To będzie kilka ulg. Pierwsza, od ciągłego zatrucia organizmu. Będę pamiętał uczucie nieprawdopodobnej lekkości, jakbym nagle schudł trzydzieści kilo. Następna będzie ulga od ciągłej niewiedzy, niepewności. Już wiem, co mam robić. Mam chodzić na terapię i nie pić. To jest najważniejsze, tego mam się trzymać. Terapia stanie się busolą i kierunkiem. Moje koleżanki i moi koledzy z grupy na jakiś czas staną się najbliższymi mi ludźmi. Po raz pierwszy w życiu doświadczę czegoś, co mogę nazwać prawdziwą wspólnotą, w której wszyscy jesteśmy równi i funkcjonujemy na tych samych zasadach. To będzie kolejna ulga, która do mnie przyjdzie – ulga od bycia niezrozumianym, ulga od czucia się jak niepasujący element układanki.
Z dziewczyną, która przewija się przez tę opowieść, spotykam się jeszcze jeden, ostatni raz. W ciągu dnia, również w Planie B. W niebywale grzeczny i taktowny sposób dziękuje mi za współpracę.
Wracam do domu tak rozbity, tak złamany, że to cud, że nie postanawiam się napić. Na terapii prostują mi głowę. Mówią, że mam posprzątać w swoim życiu i swoich emocjach, zanim wejdę w kolejną relację.
Może mają rację, może nie, trudno powiedzieć. Najważniejsze są najbliższe dwadzieścia cztery godziny. To jest kolejne odkrycie – można żyć tu i teraz, to ono jest najważniejsze, o tej rozpościerającej się przed nami otchłani przyszłości i śmierci nie ma sensu myśleć. Te pierwsze dwadzieścia cztery godziny, podczas których stoję zziębnięty pod Pałacem Kultury, pod neonem kina, trzymając w ręku wygniecione pięć dych. Jeszcze o tym nie wiem, że zostawiam za sobą cały swój świat i wchodzę w nowy, który będzie zupełnie inny od wszystkiego, co sobie wyobrażam. Film, który odtwarzałem w głowie przez ostatnie lata, do upiornego baru Pod Mocnym Aniołem, kamera widzi go z góry, stanie się dziwną i piękną rzeczywistością. Więckiewicz wchodzi
w świecie tego filmu jest jakiś Bóg, który z rozkoszą patrzy, jak biedni ludzie skazują się sami na śmierć. Ja nie czuję nad sobą tego spojrzenia. Wsiadam do tramwaju niemądry i niespokojny jak dziecko i odjeżdżam w nowy akt swojego życia.
KIM JESTEŚ?
cholerę nie mam pojęcia. Bob Dylan miał taki kawałek, I Con- ŻULCZYK Czasami jestem pewien, kim jestem, a czasami za tain Multitudes, tłumaczę to sobie jako „Zawieram przeróżności”.
Myślę, że jestem takim zbiorem impulsów, wspomnień, uczuć i, co najważniejsze, wyżłobień, dróg, po których te uczucia się poruszają. Myślę, że gdy przestałem pić, to trochę jakbym zjadł owoc z drzewa poznania – bo wtedy po raz pierwszy w jakimkolwiek stopniu zdałem sobie sprawę z tych uczuć, impulsów i właśnie tych wyżłobień. Ten proces jakoś trwa od dziesięciu lat. Kim jestem? No człowiekiem, mężczyzną, pisarzem, osobą trzeźwą albo trzeźwiejącą. Człowiekiem wolnym. A ty jak byś się nazwał?
STRACHOTA Kocham to wyzwanie, jakie daje stwierdzenie, że jestem nikim, choć to nie całkiem tak. Nie bardzo umiem z pełnym przekonaniem odpowiadać na pytanie, kim jestem. Jakoś naiwnie trzymam się wersji, że tą właściwą drogą jest dążenie do odzierania się z tożsamości. Przez dużą część życia chciałem być kimś. Albo chciałem nie być, kim byłem. Chciałem być kimś lubianym, cenionym, podziwianym, akceptowanym. I pewnie nie ma w tym nic złego, tylko ja chciałem być tak traktowany przez jakieś grupy obcych ludzi, którzy pewnie zajmowali się dokładnie tym samym co ja, czyli pragnieniem bycia kimś.
I jak mi to zaczęło odchodzić, redukować się, to dopiero pojawiła się u mnie szansa na bycie sobą. A moje bycie sobą jest między tożsamościami, pragnieniami, rolami – obok tych szpilek, którymi se przyczepiamy etykiety.
ŻULCZYK Czyli ty też zawierasz przeróżności.
STRACHOTA Moje bycie to może bardziej dzianie się.
Tej niepewności swojej tożsamości jestem pewien. I tak, pewnie wyniosłem to z praktyki zen, od mojego nauczyciela, który w ciągu kilku lat przeczołgał mnie koanami. To takie łamigłówki, które rozbijają dyskursywne myślenie. Pamiętam wyraźnie, że pod koniec terapii uzależnień, jakoś tak podsumowując tych kilka lat, powiedziałem, że mam kłopot z tożsamością, że nie umiem odpowiadać, kim jestem, a terapeutka na to, że no tak, to wymaga u mnie jeszcze pracy na innej terapii.
A ja się zdziwiłem, bo bycie nie wiem kim wydawało mi się i nadal wydaje dość naturalne.
No ale dobra, parę rzeczy robię zawodowo, z których najwięcej czasu zajmuje mi obecnie firma i robienie podcastu. Bywa, że czas wypełnia mi pisanie, ale to takie przerywane zajęcie. Piszę, piszę, a potem kilka lat pustki. Mam parę dominujących zajęć poza pracą, z których najistotniejszym jest bycie z rodziną.
Wracając do bycia nikim, żebym nie został opacznie zrozumiany: wybrałem taki trening życiowy, jakim jest zen, a tam nie chodzi o bycie kimś. Zajmuję się tym już kilkanaście lat i czuję, że działa. Wyniosłem się na obrzeża świata, którym żyłem, rano pieje mi kogut, łażą dziki i ja się w tym roztapiam, znikam w byciu bliżej przyrody. No a trzecia sprawa, która mnie zdecentralizowała najbardziej, to moje dzieci. Rodzic to inny rodzaj istnienia. Coś musi zniknąć, żeby mogła się pojawić ta rodzicielska obecność.
ŻULCZYK Tu warto dodać, że zen nas połączył na nowo. Zacząłem się interesować buddyzmem, szukać w nim ulgi, napisałem o tym coś na Facebooku. Ty w odpowiedzi zaproponowałeś mi, żebyśmy poszli do sanghi i w ogóle zaczęli się znowu kolegować – obaj nie pijemy, obaj piszemy i jeszcze teraz ten buddyzm, więc najwyższy czas. Piszę: „znowu się kolegować”, bo zdarzało nam się kolegować alkoholowo.
Czy jestem teraz w zenie? Nie wiem. Zen to dla mnie, poza medytacją jako czynnością, taka sztuczka myślowa – przypominanie sobie, że wszystko, czym jestem i na czym mi zależy, jest bardzo umowne i nietrwałe. Rodzicem małego dziecka nigdy nie byłem. To samo w sobie, jak mniemam, bardzo uczy zenu, chociaż z drugiej strony rodzic to być może najbardziej prawdziwa tożsamość ze wszystkich, nawet zen jej z ciebie nie wypłucze.
Kim ja jestem? Od niedawna czuję się pisarzem. Choć przecież zostałem pisarzem dużo, dużo wcześniej, niż w ogóle miałbym odwagę się tak określić. Zostałem nim, bo byłem na studiach i musiałem się jakoś utrzymać, a pisanie szło mi akurat najłatwiej ze wszystkiego. Łatwiej mi było pisać recenzje, jakieś tekściki niż iść do pracy w knajpie, jak wszyscy ludzie, których znałem, czyli studenci. Na pierwszy dzień pracy w kawiarni się spóźniłem i kazali mi spieprzać, w innej knajpie mnie nie wzięli, bo ni cholery nie umiałem się nauczyć obsługi nalewaka do piwa. Wysłałem swoje opowiadanka do „Lampy”, licząc, że zarobię parę stów, a naczelny, Paweł Duninwydałem pod tytułem Zrób mi jakąś krzywdę i nawet ktoś ją kupił,
-Wąsowicz, zaproponował mi wydanie książki. I ja ją napisałem,
ale przy okazji zacząłem dostawać straszną kocówę, że pisanina takich gburowatych gnojków jak ja to jeszcze nie jest literatura, że żaden ze mnie pisarz, bo pisarzem to jest Wiesław Myśliwski.
Więc bardzo późno przyjąłem tę tożsamość i była to duża część procesu zaakceptowania siebie. Utrzymuję się z tego, co naprawdę lubię. I mówiąc „utrzymuję się”, mam na myśli, że żyję nieźle. To jest w życiu wielki fart. Do tego to, co robię, ma dla ludzi rzeczywistą wartość.
Tak że tak, ja jestem pisarzem. Do tego mężczyzną, partnerem, synem, bratem. Ale poza tym jestem sobie nikim, tak jak ty. Wracając do zenu – gdyby się odrzeć z marzeń, przeżyć, ze wspomnień i z emocji, to zostaje wielka pustka, białe światło, trochę flaków, no i cześć.
STRACHOTA No ale ta domniemana pustka jest dla mnie niezwykle ciekawa. Bo ty mówisz o flakach i świetle, a paru innych typów twierdziło, że tam jest jakiś rodzaj oświecenia. Ja przychylam się do podejścia „nie wiem”. Nie boję się tego, że w zasadzie nie wiem, kim jestem, bo przecież to jedyna szczera odpowiedź, jakiej mogę udzielić na takie pytanie – tyle że co chwilę o tym zapominam i mówię coś konwencjonalnego. No nie wiem, kim jestem, i to jest wspaniała robota, to odkrywanie tej niewiedzy. Robota, która polega na przykład na tym, że godzinami siedzisz na poduszce i gapisz się w ścianę.
Nakręciłem się teraz na praktykę zen, powiem ci. Zaniedbałem ją ostatnio przez szamotaninę między byciem prezesem, rodzicem i pisarzem. I z zen jest tak, że ono się nie nadaje na tożsamość. To znaczy owszem, mogę zaznaczyć w spisie powszechnym, że jestem buddystą zen, ale trening zen to albo praktykujesz, albo nie. Nie ma nic pośrodku.
ŻULCZYK Że tak górnolotnie zajadę – ta pustka jest oświeceniem. Tego jestem pewien. Ludzie wyobrażają sobie, że nicość jest czarna, a dla mnie jest biała, zrobiłem sobie taką przewrotkę w głowie, spróbuj. To bardzo uwalnia od lęku, przywraca perspektywę. Oczywiście, że nie wiem. Nikt nie wie. Wiemy tyle, ile poda nam nasz aparat sensoryczny. Jak masz w domu zwierzęta, to wiesz, że one mają zupełnie inne aparaty sensoryczne i wiedzą zupełnie inne rzeczy.
Ja też nie wiem, kim tak naprawdę jestem. Ciągle się dowiaduję. Niedawno dowiedziałem się na przykład, że jestem wesołym człowiekiem, powiedziałeś mi to zresztą sam. Jeśli ktoś przeszedł to, co my – zaawansowany proces terapeutyczny, wyjście z uzależnienia – to wie, że wszystko, co mamy w sobie za pewne, w rzeczywistości nie jest pewne. Ja definiuję siebie jako pisarza, ale może mi się przydarzyć w życiu coś, co, odpukać, uniemożliwi mi wykonywanie tego zawodu. Albo obudzę się pewnego dnia i powiem: no dobra, swoje zrobiłem.
Ważne jest to, że zamierzam przeżyć jeszcze kilka lat, i planuję, aby były one ciekawe. Więc może mogę powiedzieć o sobie, że jestem ciekawością?
STRACHOTA O! No z ciekawością to bardzo moja bajka. Miewam takie chwile w życiu, że niesie mnie ciekawość, i wtedy wiem, że to ja. I to „ja” odwołuje się mocno do człowieka sprzed wielu, wielu lat, kiedy o ciekawość było mi dużo łatwiej, tak jak o doświadczenie teraźniejszości, o otwartość – choćby z tego względu, że nie miałem jeszcze zgromadzonego nadmiaru przeszłości i tych wszystkich konwencji. Ciekawość jest ruchem, energią.
ŻULCZYK Skoro ciekawość jest ruchem i energią, to życie jest ruchem i energią, więc ja jestem ruchem i energią i obym był nimi jak najdłużej – zwłaszcza że po czterdziestce człowiek musi się coraz bardziej do tego zmuszać, pojawia się entropia i taki głupi odruch, aby jednak się za bardzo nie ruszać, bo będzie się wtedy wolniej rozpadać.
I może te wszystkie tożsamości – pisarz, scenarzysta, mężczyzna, trzeźwy alkoholik, ADHD-owiec – wynikają tylko z lęku przed tym, że się rozpadnę. A przecież się nie rozpadnę, co? Julek, co myślisz?
STRACHOTA Myślę, że się rozpadniesz, ale zanim to się stanie, to muszę coś napisać, bo mi przypomniałeś moją etykietkę. Że ja jestem Julek. Julek, kiedy byłem dzieckiem, to było głupie imię. Moi koledzy z podwórka wymyślali mi ksywy, żeby inne dzieci nie śmiały się ze mnie, że jestem Julek. No więc ta pierwsza narzucona mi przez ojcowskie ambicje tożsamość od razu okazała się nie taka, jak trzeba. A potem świat się podzielił na dwa i połowa ludzi zawsze zwracała się do mnie per Julian, choć ja w dowodzie mam Juliusz. Od dziecka nie dane mi było być sobą. Nie pasowało mi własne imię. Nie pasowała postura. Nie pasował mi mój nos. Ja, rozumiesz, już byłem rozpadnięty, rozczłonkowany. Już to mówiłem w jakimś odcinku podcastu, że nie chciałem być kimś innym, ale innym sobą. Sobą plus. Sobą z dodatkiem Indiany Jonesa.
Więc może zamiast tak dumać nad tym, kim jestem – bo to taka część mnie, co chciałaby być oświecona, ale jest wciąż neurotyczna – napiszę, że obecnie wszystko jest u mnie na swoim miejscu.
W ogóle to pytanie z tytułu rozdziału skłania mnie do tych konwencjonalnych odpowiedzi. Mógłbym je ciągnąć, ale już mam ich trochę dosyć.
ŻULCZYK Ja też. Dodam tylko, że czuję się bardziej swoim nazwiskiem niż imieniem. Całe życie miałem ksywy wyrastające z nazwiska. Żulo, Żulik, Żuluś. Mój serdeczny przyjaciel Maciek mówił do mnie Żulsimar, od piłkarza Julcimara. Nazwisko implikuje też pewien charakterystyczny dla rodziny mojego ojca zestaw zachowań. Czasami mi przykro, że je zmonopolizowałem, że w Polsce Żulczyk oznacza jedną osobę, czyli mnie, a Żulczyków jest dość dużo i są to generalnie spoko ludzie.
No ale znowu, to tylko jakaś część tych wewnętrznych przeróżności. Jakoś tam wiążąca, ale niespecjalnie.
STRACHOTA W mojej pierwszej szkole zen obowiązywał zakaz zadawania pytań, które wpędzają w wałkowanie tej iluzorycznej tożsamości. Upragnionej, niechcianej, właściwej, niewłaściwej.
Siedziało się pod ścianą i godzinami przez trzy dni odosobnienia powtarzało pytanie: co to jest? Kurwica mnie strzelała, bo łeb nie dawał rady lać wody w odpowiedzi na takie pytanie, i w końcu zmieniał strategię. Nie umiem tego dobrze przełożyć na nasze, bo zen się trudno przekłada na nasze, ale wychodziłem z takiego odosobnienia i przez parę dni łeb miałem wolny od wszystkich tożsamościowych rozkmin.
Słońce świeci. Idę na dwór.