Kurwa, Mordeczko, druga książka Alkusa wpada Ci na chatę jak granat i bum, i jest, i już ją czytasz. Zajebiście się cieszę i mam nadzieję, że Ty też zaczynasz lekturę z dobrymi emocjami. W trakcie czytania może być różnie. Podobnie jak w przypadku Nie pij dziś!, mogą Cię nawiedzić różne – nie tylko przyjemne – emocje, i mogą pojawić się łzy, wkurwienie, i cała paleta innych, nie zawsze przynoszących ulgę odczuć.
Ale mogą też przyjść refleksje i zrozumienie. Pogodzenie się z rzeczami, na które nie mamy wpływu, i chęć do zmian tych, na które wpływ mamy.
Tego Ci życzę podczas czytania!
Domknijmy temat chlania / picia / uzależnienia / trzeźwego życia raz na zawsze.
Kontrakt
Przyjacielu mojej zdechłej pszczoły, a gdybym zaproponował Ci kontrakt? Na najbliższe dziesięć lat? Będzie Cię on kosztował około dwustu, może trzystu tysięcy złotych.
„A co w zamian?” – zapytasz.
W zamian dostajesz bardzo wysokie prawdopodobieństwo choroby nowotworowej. Dodatkowo, w tej samej cenie: ryzyko zawału i udaru.
Mało tego: mam dla Ciebie promocję! Promocja obejmuje rozpierdolenie rodziny. Spoko? Nie? Mało? Okej, masz rację. Promocja obejmuje też zniszczenie Twojej psychiki. Rozjebanie poczucia własnej wartości. I – żeby się rymowało – systemu wartości.
Podpiszesz?
Czy to atrakcyjne warunki? Z takim oprocentowaniem. To jak będzie? Nie? Jednak chujowe? Widzisz, a tak wygląda oferta uzależnienia. Może dziś nie pij? Lepiej ŻYJ DZIŚ!
Część I
Wspomnień ciąg dalszy – chronologia odwrócona
Wrocław, początek marca 2024 roku
Twórczy wieczór, inauguracja drugiej książki
Kurwa, Mordeczko, dobra jazda, jestem we Wrocławiu. Piszę to z hotelowego pokoju. Z okna mam widok na Odrę, Wyspę Młyńską, Rynek. Ludzie chodzą, rozmawiają.
Kiedyś pomyślałbym: w jakim są stanie? Dziś już mnie to nie obchodzi. Kiedyś bym rozkminiał: nabite skurwysyny, jak meserszmity normalnie. Fajnie mają. A ja, kurwa, co? Ja, kurwa, nie mogę. Bidny taki, bo trzeźwy…
Dziś wiem, że mogę. Ale po chuj? Już nie chcę. Za żadne skarby świata. Dziś żyję.
Żyję dziś.
I to jest piękne.
Piękne. Nie żeby całe życie było od razu piękne, wiadomo. Bez przesady. Ale piękne w tym życiu jest to, że możemy realizować w nim nasze cele.
Warto było, powiem Wam, Mordki, trzeźwieć. Przeżywać na początku trudne chwile, potem uczyć się nowego życia. Warto, choć nie zawsze łatwo.
Ale wiecie, kurwa, co? Dzięki uporowi i determinacji dziś mogę brać z tego życia garściami. Na trzeźwo. W pełni świadomie. Bez jebanego filtra zniekształcającego rzeczywistość. Jak w jakimś upiornym labiryncie luster. Bez dróg na skróty. Bez samonapędzającego się perpetuum mobile autodestrukcji.
Też możesz tak mieć. A może już tak masz? Jak masz, to daj też innym swoją trzeźwość, inspirację, dobry przykład, energię, pogodę ducha. Zarażajmy trzeźwym życiem. Opowiadajmy o tym, jak cudowne, bo niepodległe, jest życie wolne od alkoholu. Upór i determinacja pozwalają nam wziąć nasze życie w nasze ręce. Pozwalają spełniać marzenia.
Sobota, wieczór, wracam z radia spacerkiem. Udzielałem dziś wywiadu. Właściwie to nie spacerek, a poważny wycisk. Zapierdalam już drugą godzinę. I tak codziennie.
Nogi mnie nakurwiają, serce wali jak pierdolnięte. Ale mam motywację.
Moja motywacja nie pierdoli się w tańcu: „Zapierdalaj, leniwy skurwysynu, jak chcesz mieć late checkout z tego świata. Każdy krok to dodatkowa minuta Twojego życia, więc nakurwiaj! Idź, nie marudź!”.
Brzmi znajomo? Skądś to kojarzysz? No rejczel. To podobne zasady jak przy wychodzeniu z narko czy alko. I czterech jeźdźców apokalipsy: desperacja, determinacja, konsekwencja i upór godny maniaka. Tylko oni gwarantują jebany sukces.
O, masz, na drodze przytrafia mi się przeciwnik, choć to nie Mortal Combat. To najebany gość. Z twarzy może i trochę podobny do Sub-Zero… Ale odzywa się ludzkim głosem.
– Szefie!
Oho, wiadomo, co się kroi.
– Słucham, Mordeczko.
– Szef dorzuci piątkę na browara. No będę szczery: suszy mnie jak skurwysyn. Najchętniej to gorzałę bym pierdolnął. To w sumie może i dyszka by się znalazła?
No i tak wyszło, że usiadłem na ławce obok niego. Jak Jezus z nieba, to znaczy joggingu. I chwilę rozmawialiśmy. Niby z facetem rozmawiałem, a jakbym ze sobą gadał.
Trochę mnie ruszyło, gdy zobaczyłem, jak długą drogę przebyłem od początku trzeźwienia. I jak długą drogę musiałby przejść on…
– Mireczek. – Wyciąga do mnie grabę.
…jak długą drogę musiałby przejść Mireczek, gdyby zechciał podjąć walkę?
No ale chuj.
Jak tu wytłumaczyć Mireczkowi, że nie dam mu kasy na tę jebaną truciznę? Czy w ogóle muszę mu tłumaczyć, że alkohol to trucizna? I co musiałbym mu powiedzieć, żeby zechciał podjąć walkę? Żeby rzucił chlanie i zaczął nakurwiać zdrowy tryb żywienia, dobrą dietę. Żeby jadł, kurwa, pomidorki, kabaczki, chude mięsko. I pamiętał o Piątym Przykazaniu Prawilnej Mordeczki:
„Majonezu, chuju, jeść nie będziesz. W majonezie ty wroga mieć musisz. Bo majonezu lepiej jest się wystrzegać, jak wystrzegać się trzeba wódki, szatana i papieża”. A może mógłbym dać mu swoją książkę?…
Taaa, książkę, kurwa.
Nie.
Przecież to absurd.
Absurd jak jego życie.
Jak życie w ogóle.
Mireczek jest łatwym do rozpoznania typem alkoholika. Wygląda po prostu jak stereotypowy menel spod budki z piwem. Zmarnowana twarz, zaniedbane włosy, zaropiałe oczyska…
Ale ilu jest takich, którzy się maskują? Których widok przywodzi na myśl raczej biznesmena niż żula? Raczej zapracowaną matkę trojga dzieci niż żulicę handlującą swoim ciałem za małpkę?
W swojej pierwszej książce pokazuję, jak długa, wyboista i trudna była moja droga do trzeźwienia. Nie da się tego streścić do jednej rozmowy. Nie da się tego opowiedzieć Mireczkowi podczas gadki nad rzeką. A już zwłaszcza nie da się go przekonać, żeby mnie posłuchał, jeśli nie dam mu kasy…
– Ale z szefa sknera – powiedział Mireczek i poszedł szukać szansy gdzie indziej.
Chwilę tak se, kurwa, siedziałem i rozkminiałem, co tu się przed chwilą odjebało? Przywołałem dawną determinację i zapał do zrzucenia kilku kilogramów. No, może kilkunastu. Tak, teraz jestem na etapie człowieka wpierdalającego brokuły na obiad. Ale spoko. Było gorzej. Musiałem zacząć od gorszych rzeczy. I tak – najpierw z wódką się rozmówiłem. Potem szlugi rzuciłem. No to teraz dalsza część pracy nad sobą. W zdrowym ciele zdrowy duch. Czy jakoś, kurwa, tak. Minusy? Spocone pachy. Plusy? Lepsza potencja, lepsza kondycja. To można połączyć. Ale warto jedno od drugiego rozdzielić porządnym prysznicem. W każdym razie, niezależnie od tego, co Was motywuje, musi być tego dużo. Że się tak wyrażę: w chuj. Tylko duża dawka motywacji sprawi, że podejmiecie wysiłek, a potem będziecie w tym wysiłku trwać. Brzmi strasznie? Spoko, ogarniemy, Mordeczko. Tak jak namawiam do tego, żeby DZIŚ nie pić, tak samo namawiam, żeby i dziś walczyć. Tylko dziś. Jakby to był początek Waszej drogi w trzeźwieniu. Dzień jak co dzień. A każdy dzień to przecież dziś. W mojej drugiej książce naświetlę nieco bardziej, jak wyglądało, wygląda i będzie wyglądać moje dziś. Wystarczy dziś, pamiętaj. Każdy dzień to dziś. A każde dziś to całe nasze życie.
Skärhamn, Szwecja, początek grudnia 2023 roku
Dziś świadomość, że to rakotwórczy syf jest dużo większa. I właśnie w taki sposób, jak tu, w Skandynawii, chcę tę świadomość budować u nas.
Chcesz czytać dalej?
Zapisz się do newslettera Newhomers i odbieraj fragmenty książek, premiery i najciekawsze treści prosto na maila.
Trzeźwa turystyka i trzeźwa przyjaźń – co je łączy? Prawda
– Hahahahah, o kurwa, nie mogę, kisnę… – śmieję się razem z Radziem jak pojebany.
Jest ranek, jemy śniadanie. Opowiadamy sobie jakieś absurdalne kawały i ryczymy ze śmiechu. Jest zajebiście. Zupełnie na trzeźwo, jeszcze nawet kawa za dobrze nie weszła, a my w takich humorach.
Wczoraj wieczorem nagrywaliśmy piosenkę, cover Dżemu, ale z innym, zmienionym tekstem, napisanym przez Radzia. Mieliśmy ubaw po pachy. Żaden z nas profesjonalnie nie śpiewa. Chyba że pod prysznicem (i to jak nikogo nie ma w pobliżu).
Ale postanowiliśmy się pobawić muzyką, coś wspólnie zaśpiewać. Muzyka to jeden z wielu wspaniałych sposobów na regulowanie emocji. Bez grama alkoholu czy innych narkotyków.
Kawa wjeżdża, a my mamy taką refleksję:
– Kiedyś rano tobyśmy w takiej sytuacji czekali na wieczór, żeby coś wypić.
– I dopiero wtedy by się zaczęła zabawa – dopowiedział Radziu. – Dziś od rana mamy cudowne humory. Jakby trwał najlepszy melanż!
– Bo trwa! – dopowiedziałem. Czysty i nieskalany gównem, które rozpuszczało moje szare komórki.
Przyleciałem do Radzia do Szwecji. W gości i po zakup auta. Pomógł mi znaleźć i kupić dobrą, bezpieczną furę, żebym mógł jeździć i nawijać o tym cholernym problemie.
– Gdzie teraz zamierzasz jechać? – zapytał Radzio przy śniadaniu.
– Gdzie tylko będzie potrzeba – odpowiedziałem.
Tutaj, w Szwecji, mają fajnie. Alkoholu na stacjach benzynowych – brak. Za kasami w sklepach – brak. Można go kupić tylko w jednym sklepie. I to w określonych godzinach.
Radek mi to wyjaśnił:
– Kiedyś Szwedzi mieli ogromny problem z alkoholem. I państwo zareagowało w taki właśnie sposób.
– Żeby ratować społeczeństwo?
– A nie łatać własny budżet akcyzą.
I wiecie co? Poniekąd się to udało. Ci starzy Szwedzi co pili, w większości nadal chlają. Po prostu kupują zapasy. Albo robią bimbrowe układy z naszymi rodakami. Ale całe nowe pokolenie Szwedów wychowuje się z zupełnie nową świadomością. Nie łoją już tak, jak łoiło starsze pokolenie.
– Tak też było kiedyś ze szlugami – mówił Radek. – Wszędzie je reklamowano. Na każdym kroku.
Dziś świadomość, że to rakotwórczy syf jest dużo większa. I właśnie w taki sposób, jak tu, w Skandynawii, chcę tę świadomość budować u nas. Bo myślę, że kurwa, jesteśmy teraz tam, gdzie Szwecja była wtedy. Gdzie?
Na to pytanie też odpowiedział pan Radosław:
– Jak to: gdzie? W dupie. W ciemnej dupie.
Byliśmy w drodze do Göteborga. W jakim celu? Otóż w celu nawpierdalania się cudnej szamy. Przyleciałem tu z Iw. Radzio z rodzinką zabierają nas na kolację.
Między mną a Iw jest coraz lepiej. Cały czas się uczę uważności na drugą osobę w relacji, udaje mi się czasem domyślić i wyjść naprzeciw oczekiwaniom, no i pracuję nad sobą. Efekty przychodzą, ale pomału.
Jakie są efekty? Takie, że dobrze czuję się z tym! Dobrze czuję się z tym! Fantastyczny wyjazd. To kolejne marzenia, po które sięgnąłem.
I z ciekawością czekam na każdy kolejny dzień. Za każdy kolejny dzień jestem wdzięczny. A fizyczna forma? Zobaczymy. Może jeszcze kiedyś uda mi się o to zadbać.