BORYS SZYC (1978) – aktor filmowy, teatralny i serialowy. Jeden z najbardziej rozpoznawalnych i wszechstronnych polskich artystów, grał w najgłośniejszych produkcjach ostatnich dekad.
STRACHOTA Nie wiem, czy się na to zgodzisz, ale dziś w ogóle nie chcielibyśmy rozmawiać z tobą o piciu. Nie chcielibyśmy przerabiać z tobą twoich ówczesnych ekscesów. Bo na dobrą sprawę opowiadanie o takich ekscesach ludziom niewiele daje.
SZYC Dlatego że ekscesy to właściwie efekt uboczny, prawda? Tego, co do nich doprowadziło.
ŻULCZYK Barwny efekt uboczny, tak. Chociaż wczoraj wysłałeś mi na Messengerze dobrego mema z Charliem Sheenem – czyli wiadomo, jednym z najbardziej znanych alkoholików w historii – który mówi: „W obronie alkoholu muszę przyznać, że odpierdalałem również na trzeźwo”.
STRACHOTA Borys, a ty na trzeźwo odpierdalasz coś jeszcze? Czy w ogóle taka kategoria cię interesuje? Tu już mam na myśli eksces w takim pozytywnym sensie – jest ci nieobcy?
SZYC Tak, ja myślę, że to jednak jest jakaś część natury, to znaczy przynajmniej u mnie. Ale widzę i u Jakuba podobną cechę, to znaczy pewną nadpobudliwość, która mi przynajmniej towarzyszyła od małego. Aż taka, że nie umiałem usiedzieć czterdzieści pięć minut w ławce. Myślę, że teraz jako dziecko dostałbym na to jakieś leki, byłbym na jakiejś terapii. A wtedy po prostu się mówiło, że gnojek jest strasznie nadpobudliwy i niegrzeczny. Bo ja musiałem coś robić, gdzieś pójść, kogoś pociągnąć za włosy…
ŻULCZYK …ze stanika strzelić koleżance.
SZYC Tak, była kolekcja uwag w moim dzienniczku, gdzieś to nawet mam, bo moja mama to zbierała: „Borys przyniósł finkę do szkoły i straszył…”, „Borys wyrwał Paulinie pęk włosów…”. Do tego biłem się cały czas z kolegami, o dziewczyny oczywiście. Co chwila miałem wylecieć z podstawówki, ale że się dobrze uczyłem, to nie wylatywałem. Od dzieciństwa po prostu mnie nosiło. I myślę, że jest to jedna z przyczyn, dla których alkohol mi podpasował. Po prostu mnie uspokajał na jakiś moment. Tak mi się wydawało. Po czym przekraczałem ten moment i już się zaczynały ekscesy.
ŻULCZYK Tak, mi też to podpasowało jako niby środek uspokajający. Tym bardziej że ostatnio miałem dokładnie taką refleksję jak ty na swój temat, że gdybym był dzisiaj dzieckiem, to na pewno dostałbym jakieś leki. Bo na przykład bardzo szybko nauczyłem się pisać i czytać, ale też totalnie się nudziłem i nie mogłem się w ogóle skupić na lekcjach. W ogóle przez całe życie miałem straszny problem z uczeniem się czegokolwiek, do dzisiaj nie umiem przyswoić wiedzy, która mnie nie interesuje.
STRACHOTA Mówicie obydwaj o lekach dla dzieci, ja z kolei dziś rano miałem taką refleksję: dlaczego od pierwszej klasy podstawówki nie miałem psychoterapii? Dlaczego nie uczyłem się o tych emocjach, które we mnie latały, a ja w ogóle nie wiedziałem, co mam z nimi zrobić? Wydało mi się to absurdalne, że tak podstawowej rzeczy dla mojego istnienia nikt wtedy nie poruszał.
SZYC Dokładnie, gdyby od dziecka dało się mówić o emocjach, to myślę, że po prostu nie doświadczyłbym różnych niesamowitych dramatów – które musiałem oczywiście zapić. Też z kolegami, żeby móc z siebie wydobyć jakieś szczere zdanie o tym, co się u mnie dzieje. Bo to chyba głównie na tym polega, że faceci niczego sobie nie powiedzą od serca, nawet jeśli są kumplami, dopóki nie wprowadzą tej magicznej substancji i nie poczują się nagle bardziej otwarci, bezpieczni.
Tymczasem my już to wiemy, po naszych latach terapii, że o emocjach się da rozmawiać. Nie wiem, czy wam nadal towarzyszy to poczucie, że może wciąż tak głupio o nich mówić, czy jednak macie już tak pootwierane drzwi, właśnie chcecie opowiadać.
STRACHOTA Ja się tak czasem rozpędzam, że myślę, że za dużo o tym komuś opowiedziałem, myślę wtedy: „O Jezu, już nawet to wygadałem?”. Ale później jest mi lżej.
SZYC Ja się łapię na tym, że zaczynam się posługiwać językiem z terapii, mówię ludziom: „to mi wprowadziło tamto”, „nie wiem, czy mam teraz przestrzeń, by być w takiej czy innej emocji”. Często jadę z jakimś kierowcą w taksówce, zaczynam mu coś opowiadać o swoich uczuciach i widzę takie dziwne spojrzenie w lusterku, on coś tak cichnie.
ŻULCZYK A potem u niego w domu: „No i co tam słychać, misiek, jak ci minął dzień?” – „Wiesz co, kotek, wiozłem dzisiaj tego Szyca, co on mi pierdolił w tym samochodzie o jakichś emocjach…”.
SZYC „Chyba pijany był”. Bo skoro facet gada o emocjach, to pewnie się nawalił.
STRACHOTA Ja też często tak mam, że w sytuacjach typu gadka u fryzjera łapię się na myśleniu, że może już przekroczyłem jakby barierę takiego języka facetów…
SZYC Albo limit słów o emocjach już został wyczerpany.
ŻULCZYK To ja wam powiem, że wciąż jestem zaklinowany. W jakiejś rodzinnej sytuacji na przykład, gdy robię się poirytowany czy zły, to najpierw kopnę w ten przysłowiowy śmietnik, a dopiero potem powiem, że coś czuję. Jak już się zrobi bardzo gorąco, bardzo niefajnie i wszyscy mają mnie dość, to dopiero wtedy mam taką myśl, co powinienem teraz zrobić: aha, powinienem powiedzieć, jak się czuję. Że jestem zły, że się wkurzyłem, że mam o coś żal, ktoś mnie zdenerwował. Ja muszę sobie o tym świadomie przypomnieć.
SZYC To jednak też lubię tak jak ty, Julek, się otworzyć. Ale zanim do tego dojdzie, łapię się na myśleniu, że może się zapędzam.
STRACHOTA Ale to nie jest tak, że w domu jest z tym trudniej? Bo odgrywamy jakąś rolę przed rodziną czy partnerką. Ja też mam u siebie tak, że docieram do takiego stanu, że już mi para pod gwizdek podchodzi, aż w końcu moja żona mówi: „Hej, chłopie, weź idź na miting”. Albo lubię sobie poprzemawiać, poopowiadać, poteoretyzować o emocjach mojej żony: jak ja widzę coś, co ona odczuwa. Jak gdybym był jej dobrym terapeutą. Ale żeby skumać, czy ja się aby gdzieś ze swoimi emocjami nie rozpędziłem – to już jest mi trudniej.
SZYC Bo trzymamy się kurczowo tej pozycji, nie? Tej, która w naszej własnej terapii jest początkową. Założenia, że w życiu jestem kimś tam, jakiś tam. I niestety na te pozycje – tudzież inne – lubimy wracać, bo to jakoś nas konstytuuje: ja jestem ojcem, ty jesteś moją córką, a ty moją przeszywaną córką, z tobą mam dziecko… I w tym gronie ja biorę wszystkie emocje na swoją głowę. To znaczy jak moja małżonka jest smutna z jakiegoś powodu, to czuję, że ja powinienem coś z tym zrobić, daję jej z dziesięć rozwiązań od razu. A ona na to: „Ale zamknij się, ja w ogóle nie chciałam rozwiązań, tylko chciałam ci powiedzieć, że się źle czuję”. I wtedy ja się buntuję: „To dlaczego mnie tym obciążasz, ja mam tyle swoich rzeczy”. Wydaje mi się, że nie mam na to siły. A ona mówi: „Przecież ja od ciebie niczego nie oczekuję, po prostu chciałam ci o tym opowiedzieć”.
STRACHOTA Ja też tak mam, siedzę napięty jakby do skoku, żeby szukać rozwiązań. Po prostu ratować, a nagle się okazuje, że ona chciała, żebym jej wysłuchał, czego ja nie potrafię.
SZYC To jest takie kurestwo męskie…
ŻULCZYK To jest kurestwo męskie, to prawda.
SZYC Które po prostu mnie prześladuje. Bo ja widzę tych rozwiązań ileś, takich „na logikę”, oczywistych. I ta „logika” mnie wykańcza. Tak jak to, że zajmuję się wieloma rzeczami naraz. Dzisiaj też na siebie spojrzałem i powiedziałem: „Znowu to sobie robisz, stary, bierzesz wszystko na głowę i uważasz, że to ty sam wszystko zrobisz”. Po czym wieczorem siadam i po prostu czuję, że mam zimne dłonie. Siedzę, coś ściskam, muszę coś zrobić, żeby się wyluzować. Czuję, że już mam szczękę ponapinaną. I to jest taki moment, w którym wcześniej bym się pewnie napił. Natomiast dziś boleśnie dochodzę do ściany. I tu pojawia się chyba to pytanie: co ćpać po odwyku – co z tym zrobić.
STRACHOTA To co robisz, jak już jest ten moment, kiedy już chcesz ulgi?
SZYC Największy ból jest taki, że alkohol dawał niegdyś ulgę. Oczywiście na początku nałogu, bo gdy się już zachlewaliśmy nieomal na śmierć, to nic jej nie dawało. Ale nadal, w trzeźwym życiu nie ma nic, co ulgę przynosi natychmiastowo, taką jak te wszystkie środki chemiczne. Dlatego tacy jak my właśnie w nałogi wpadają.
A dziś dla mnie pierwszy jest sport. Wiem, że muszę się ruszyć, spocić, potem też po treningu wypocić w saunie. Odczuć, że moje ciało jakoś się rozgrzało, że przefiltrowałem kilka myśli, również w czasie godzinnego treningu, który traktuję jako rodzaj medytacji. Niczego wtedy nie oglądam zazwyczaj ani nie słucham nawet muzyki, tylko pozwalam myślom przelecieć. One sobie biegną: to muszę opłacić, tego dopilnować. A ja czuję, że dopiero po pół godziny to trochę zaczyna zwalniać i zaczyna mi się w głowie klarować.
I tak zaczynam sobie plan życia układać. Ale to jest moje odkrycie trzeźwe, że w ogóle mogę mieć teraz sprawy poukładane, ująć je w plan. A będąc nietrzeźwym, tudzież dążąc w ogóle do bycia Nicolasem Cage’em, bo to była w ogóle moja ambicja – tak się zachlać, żeby cały świat wiedział…
ŻULCZYK A, chodzi ci o konkretną rolę Nicolasa Cage’a? SZYC Tak, o Leaving Las Vegas. Wtedy mój plan to był bezplan
i sądziłem, że ja na pewno taki jestem. Po czym okazało się na trzeźwo, że ja muszę mieć wszystko poukładane. I że w ogóle jestem kompletnie inny, niż mi się wydawało. Wydawało mi się, że jestem megatowarzyski na przykład. Ni chuja. Ja jestem strasznym samotnikiem!
ŻULCZYK Dla mnie cała dekada po dwudziestce to było jedno wielkie picie. I też mi się wtedy wydawało, że jestem po prostu gościem, który musi mieć wokół siebie pełno kumpli, pełno lasek. Cały czas coś się musi dziać. Ja muszę być codziennie na jakiejś imprezie albo na mieście, albo z kimś się spotkać, wymienić energię i tak dalej. I nagle dwa, trzy lata temu sobie zdałem sprawę, ale zajęło mi to bardzo dużo czasu – że ja po prostu najbardziej to lubię być sam. I mnie w ogóle rozmawianie z ludźmi w wielu przypadkach strasznie dużo kosztuje. Dlatego ja ciebie, Borys, podziwiam w tym wszystkim. Bo nasza robota, Julka i moja, to jest taka, że sobie siadamy na chacie, dwie kawy, w tym druga na zapas, bo zimna też jest dobra, otwieramy laptopa i zaczynamy robić. A ty musisz wyjść nagle w jakimś zespole ludzkim, w pełnym rynsztunku i w pełnym napięciu, być cały czas w interakcji ze sobą, z innymi ludźmi.
SZYC To jest gigantyczny wydatek energii.
STRACHOTA Powiem wam, że ja bardzo długo dochodziłem do wniosku, że mi wolno być samotnikiem. Że to nie jest oznaka tego, że ja się pogrążam w jakiejś chorobie. Dopiero w pewnym momencie zacząłem mówić o tym w domu: „Hej, ja po prostu na spacer lubię iść sam”. To też mi się kłębi w głowie – że mam prawo do tego, by być samotnikiem, że nie jestem przez to jakimś skrajnym dziwakiem.
SZYC Myślę, że to w ogóle, przynajmniej u mnie, chyba się wiązało z ukrywaniem smutku. To znaczy: muszę być cały czas z kimś albo się napić, wtedy nikt się nie zorientuje, że pod tym błaznem w środku kryje się strasznie smutny gość. I chyba nadal się na tym łapię, że nie daję sobie możliwości, że mogę być smutny. Rozkminiam sobie potem, dlaczego właściwie ten smutek czuję. Ale jak rozkminię, to jest mi lepiej i łatwiej. Bo nagle do ciebie dochodzi, że być może twoje życie nie jest takie megaszczęśliwe, jak powinno już być, i to cię boli w środku: jak to, ja po to nie piję tyle lat, że mam być nieszczęśliwy teraz? No ale to nie jest tak. Bo smutek z różnych powodów się generuje.
Ja go chyba ciągnę od dzieciństwa, tak mi się wydaje. Mnie wychowywała samotnie mama, która też miała w ogóle nerwice, więc chyba się poczuwałem do takiego obowiązku, żeby być dzieckiem klaunem. Chciałem, żeby ona zawsze była szczęśliwa. I myślę, że to mi się przeciągnęło później na całe życie, na to, że zostałem aktorem i tak dalej. I to jest, smutna czy nie, ale konstatacja, dlaczego ja w życiu poszedłem w tym kierunku. Minęło czterdzieści lat, żebym w ogóle połączył kropki: aha, czyli po to zostałem aktorem. Teraz już się zestarzałem – czy mi się w ogóle chce to robić? Czy mi się chce tak wychodzić i wygłupiać? Czy to jest w ogóle męski zawód?
STRACHOTA A jaki to jest męski zawód? SZYC Pisarzem powinienem zostać. Być w domu, siedzieć, pisać. ŻULCZYK Ale pisarz to też nie jest taki męski zawód. STRACHOTA To w ogóle nie wiem, czy to zawód… SZYC Oczywiście, są typowe męskie zawody, jak lekarz i prawnik. I na te byłem nastawiany przez mamę. ŻULCZYK Ale to ciekawe, co mówisz o męskości, bo mi się wydaje, że jest tu gdzieś powiązanie pomiędzy nią a piciem. Że może chlanie – przynajmniej moje – służyło po części temu, żeby stać się bardziej facetem w takim społecznym rozumieniu. STRACHOTA Mi to nie wyszło zupełnie, bo pamiętaj, że koniec mojego uzależnienia to było ćpanie benzodiazepin, które mi się kojarzyły z kobiecym uzależnieniem. ŻULCZYK Tak, heroina dla gospodyń domowych. STRACHOTA Ja się tego tak wstydziłem centralnie. Żebym brał heroinę, tobym się czuł mężczyzną. Ale Xanax, bleh… ŻULCZYK No wiesz, ale jesteś mężczyzną. Bo czy w ogóle o tym świadczy zawód? Masz rodzinę, masz żonę, masz dzieci… STRACHOTA To już wszystko jedno, ja teraz coraz bardziej jestem po prostu sobą. Mniej mnie to jakoś… Ja przez całe życie miałem kłopot z definicjami, nie mogłem znaleźć swojej tożsamości. I dopiero nauczyciel zen mi powiedział: „I bardzo dobrze, bo jej nie ma, nie ma czegoś takiego w tobie”. Odkleiłem się od tego. Ani się nie czuję pisarzem, ani mężczyzną za bardzo. Jak muszę się zająć córką, to jestem ojcem. Jak muszę popisać, to pewnie podniecam się swoim pisarstwem i tyle.
SZYC Ja podejmowałem kilka prób terapii przez lata. Pracowałem też z panią, która praktykowała zen i była buddystką. Pamiętam, jak w okresie dłuższej trzeźwości doznałem olśnienia, ale też poczułem strach, jak zapytała mnie: „A dlaczego właściwie pijesz? Co tam się dzieje w środku, jak byś to mógł określić?”. Ja powiedziałem, że mam takie momenty w życiu, w których wiem, że jestem ja i jest jakiś ja obok. I nie umiem ich dwóch złączyć w jedność. Że czuję, że jakoś się rozdwajam. Zacząłem się już bać, że mam schizofrenię. I ona powiedziała, że to jest właśnie pytanie: „Kim jest to ja, którym jestem?”. I tutaj weszła cała filozofia. Ale dla mnie to było odkrycie, że być może to nie jest tak, że ciągle się czujesz sobą. Trzeba się skonfrontować z tym drugim ja, tam wewnątrz siebie, i dowiedzieć się: po co ty chcesz ruszać się dzisiaj, co chcesz robić jutro i jaki to ma sens? Oczywiście, czy znajdziesz odpowiedź, tego nie wiadomo. Najprawdopodobniej szukasz jej do końca życia.
ŻULCZYK Ja nie wiem, dlaczego robię to, co robię. Ale ja też zadawałem sobie jakiś czas temu te pytania i chyba odpowiedziałem sobie na nie tak od dupy strony: ja to robię, bo ja to umiem robić, a coś trzeba robić. Więc jakby lepiej robić coś, co się umie, co daje różne korzyści mnie i innym, niż nagle zająć się nie wiadomo czym.
SZYC To pewnie miałeś ku temu talent. A w ogóle zastanawiacie się czasem nad tym, czy zawodowo bylibyście w tym samym momencie co teraz, gdyby nie wcześniejsze chlanie? Uważasz, że pisałbyś inaczej, gdybyś nie chlał?
ŻULCZYK Jak ktoś mi zadaje takie pytanie publicznie, to mam gotową odpowiedź: gdybym nie przestał pić, tobym już nie pracował raczej. złych wyborów obsadowych w swoim życiu, patrz Kac Wawa, ja SZYC Ja też tak odpowiadam. Podjąłem też na przykład kilka
właściwie nie pamiętam tego filmu. Był to ewidentny rezultat bycia nietrzeźwym. A czy wy myślicie, że jakieś wybory tematów literackich albo inne, których dokonaliście, wzięły się z chlania?
STRACHOTA Jasne!
ŻULCZYK Jasne, że tak.
STRACHOTA Ja mam jedną książkę, której generalnie nie pamiętam. Napisałem ją nietrzeźwy, zredagowałem nietrzeźwy i ona jest o byciu nietrzeźwym.
SZYC Czyli jedność treści i formy.
ŻULCZYK Ja znów myślę, że jestem w uprzywilejowanej sytuacji w stosunku do ciebie, bo po pierwsze pracuję sobie spokojnie i samemu. Więc mam spokój, którego w ogóle sam sobie zazdroszczę. A druga rzecz jest taka, że mogę na przykład – co zrobiłem raz co najmniej – niefartowną książkę przepisać przed zrobiłem z horrorem Instytut. Napisałem go w bardzo, bardzo drugim wydaniem, a ty filmu na nowo nie nakręcisz. Ja tak nie odniosła sukcesu, ale potem na fali popularności Ślepnąc od ciężkim sztosie. Gdy ta powieść została wydana po raz pierwszy, świateł miała być wznowiona przez Świat Książki. Więc zacząłem
ją przeglądać i uznałem: kurna, teraz kupi ją dziesięć razy więcej ludzi niż za pierwszym razem, bo mam dużo więcej czytelników. Czyli muszę tę książkę porządnie przepisać. SZYC Może jakby teraz zrobić Kac Wawa na trzeźwo, okazałby
się jakimś dramatem, takim arthouse’owym.
ŻULCZYK Wszystko, o czym teraz rozmawiamy, jest dowodem na to, że wóda na pewno nikomu z nas się nie przysłużyła jako jakiś katalizator tego niesamowitego ukrytego w nas artyzmu i talentu.
SZYC Wiesz, w czymś tam alkohol nam pomagał. Bo gdybyśmy w ogóle go nie potrzebowali i tylko by nas truł, tobyśmy tego w ogóle nie robili. Pewnie w tych chwilach, które nam się wydawały okresem uniesienia, udało się coś przelać na ekran, na kartki. Ja właściwie większość filmów do wieku trzydziestu sześ- między innymi Wojnę polsko-ruską. I w ten film szaleństwo się ciu lat – kiedy przestałem pić – nakręciłem, używając alkoholu,
dobrze wpisywało.
ŻULCZYK Ale może jeszcze wtedy się nie sturlałeś z tej górki. Bo pijaństwo ma swój bardzo krótki moment, w którym jesteś dowcipny, fajny, zabawny. I to jest ten króciutki okres, a po nim już po prostu lecisz w dół.
Ale mogę powiedzieć, że jedną rzecz zawdzięczam być może alkoholowi – mianowicie pierwszego mejla do wydawcy z moimi opowiadaniami wysłałem na bani. Nie wiem, czy na trzeźwo bym się odważył. Pewnie by mi nie przyszedł ten pomysł do głowy. Ale parę bronksów poszło i wysłałem.
STRACHOTA Ja też nie chcę reklamować ścieżki nałogu, ale uważam, że swojemu upadkowi w nim bardzo wiele obecnie zawdzięczam. Więc kapitał ze złych, trudnych doświadczeń jest spory. Oczywiście tworzę sobie czasem historie alternatywne: że się zapiłem i umarłem albo na przykład że mój dryf trwa do dzisiaj. I wiem, że wtedy tego życia bym nie miał. Dlatego nie polecam takiej lekcji nikomu.
Ale równocześnie wszystko, co dobre, wynika z najgorszego. Więc obecnie nie mam kłopotu z tym, że musiałem pokonać taką drogę. Niemniej gdybym wrócił do tamtych momentów – które łatwo nostalgicznie przekoloryzować, bo wiadomo, trochę różnych śmiesznych rzeczy się wtedy przydarzyło – to zobaczyłbym, że nic mi wtedy nie wychodziło na polu zawodowym. Ty, Borys, masz parę filmów, a ty, Jakub, parę książek, którymi możecie się cały czas chwalić. Mnie zawodowo zaczęło się coś udawać dopiero po wytrzeźwieniu.
SZYC Ja myślę, że chęć poznania siebie albo rozłożenia tego, co się ze mną dzieje, absolutnie zawdzięczam nie tyle alkoholowi, ile uzależnieniu i zajęciu się nim. Rozważam sobie, że gdybym nie był uzależniony, tylko sobie tak po prostu pił, to nigdy nie dostałbym okazji, żeby się dowiedzieć, co tam we mnie drzemie. Bo zwykłe picie to takie przechodzenie po łebkach, od jednej ulgi do drugiej ulgi. A ja dzięki groźnym sytuacjom znalazłem się w końcu na terapii i dziś jestem wdzięczny za to, czego się tam o sobie dowiedziałem. Bo bez tego byłbym wciąż Piotrusiem Panem.
ŻULCZYK A długo trwała twoja terapia?
SZYC To było na raty. Pierwszy raz to tuż po studiach, nie mnie, a mojej kobiecie ówczesnej przyszło do głowy, że ja mam problem. Ja oczywiście w to nie wierzyłem. Ale poszedłem, żeby mieć spokój, do Bohdana Woronowicza na Mokotowską w Warszawie, prawie naprzeciwko mojego ówczesnego miejsca pracy, czyli Teatru Współczesnego. Wszedłem, starszy pan mi otworzył i mówi: „Pan siada. No i co tam? Fajnie się chleje? Właśnie, po chuj pan tu przychodzi, skoro chce pić? Niech pan idzie, się gdzieś jeszcze zachleje”. Woronowicz umie być takim chamiskiem i dziś to w nim kocham. Ale wtedy obraziłem się na to oczywiście i poszedłem od razu na Plac Zbawiciela się napić.
ŻULCZYK A oprócz tego oburzenia nie poczułeś też ulgi, że ci pozwolił?
SZYC Tak, ale głównie oburzenie, dlatego że on trafił w czuły punkt. Spojrzał na mnie i od razu, kurwa, wiedział, że ze mną jest już pozamiatane.
ŻULCZYK Ale wyczuł, że jeszcze musisz się trochę pocałować z glebą, żeby to do ciebie dotarło?
SZYC Tak, bo ja poszedłem do niego z taką myślą, która jego na pewno rozśmiesza, bo ludzie mu to mówią po dziesięć razy dziennie: „Co zrobić, żeby pić mniej?”. Bo przecież czują, że nie mogą nie pić w ogóle. Więc panie doktorze, jak to zrobić, żeby pić trochę mniej? Albo tylko w piątek i sobotę.
A dla mnie nie było takiego rozwiązania. Musiałem przeżyć kolejne dziesięć lat strasznych upadków i powstań, też zrywów w kierunku trzeźwości. Dwa razy się zaszyłem i przepiłem obydwa zaszycia, walczyłem też na każdy możliwy sposób.
ŻULCZYK A robiłeś sobie zakłady? Ja nie zaszywałem się nigdy, ale na przykład robiłem zakłady z kolegami, typu że miesiąc nie pijemy.
SZYC Ja chyba się nie zakładałem, bo nie było z kim się zakładać. Oni by nie wytrzymali miesiąca.
ŻULCZYK Ja też nie wytrzymałem miesiąca.
SZYC Nie, jak ja chciałem nie pić miesiąc, to musiałem od nich uciec.
STRACHOTA Ja się raz zaszyłem, wiecie dlaczego? Bo wiedziałem, że lekarz dzięki temu da mi relanium. Osiem miesięcy wytrzymałem.
ŻULCZYK A w ogóle to się jeszcze robi?
STRACHOTA Myślę, że to wciąż lukratywna usługa jest.
SZYC Tyle że nic niedająca oprócz dupościsku. Bo myśli masz cały czas pijane, nie?
STRACHOTA Jak byłem na trzymiesięcznej terapii na Sobieskiego, to również Bohdan Woronowicz, ówczesny dyrektor tam, powiedział rzecz, która dla mnie była odkryciem. Że to nie chodzi tylko o to, żeby nie pić i zrobić trzy miesiące terapii. To jedynie wstęp, a potem trzeba leczyć się dalej, bo bez tego wrócimy do picia. Użył dość oldskulowej metafory ciemni fotograficznej – że trzymiesięczna terapia to wywoływacz. A następująca po niej terapia dwuletnia to utrwalacz. I na mnie to podziałało.
ŻULCZYK Borys, a która terapia była dla ciebie finalna?
Wcześniej bycie znanym, życie na świeczniku mnie nakręcało w piciu. Ale z czasem było dla mnie raczej takim kopem, że chyba już trzeba coś ze sobą zrobić.
Chcesz czytać dalej?
Zapisz się do newslettera Newhomers i odbieraj fragmenty książek, premiery i najciekawsze treści prosto na maila.
SZYC To już było w Akmedzie, czyli ośrodku Woronowicza. On mnie tam przekazał w ręce swojej córki, to Dorota stała się moją terapeutką. Bo wpierw pojechałem jeszcze do ośrodka gdzieś pod Warszawą, żeby się tam zamknąć na dwa–trzy miesiące. Ale zupełnie mi klimat nie podpasował. Jak pomyślałem, że mam tam zostać kwartał, to była dla mnie zupełna abstrakcja. Wtedy przypomniałem sobie o Akmedzie, że tam leczenie jest trochę stacjonarne, trochę wyjazdowe – plus grupa. Grupy obawiałem się najbardziej, a okazało się, że to była najlepsza pomoc. To, czego się w życiu najbardziej bałem, że muszę w ogóle mówić komuś o swoich problemach, narzucać się z nimi, okazało się jedyną drogą, żeby się z nich wydobyć.
Czyli podsumowując: raz w miesiącu miałem trzydniowy wyjazd, co środę grupę i jeszcze dwa razy w tygodniu z moją terapeutką jedno pisanie, jedno przegadanie. Zeszyty z pisanymi przeze mnie pracami to teraz taka wartość, która też mi mówi o tym, jak szybko zapominam o tym, gdzie w życiu byłem, co odpierdalałem. Niesamowita jest siła wypierania tych wspomnień – i to chyba kolejna pułapka trzeźwości.
Czasem tak mam, że muszę znowu zadzwonić do Doroty. Mamy też co dwa tygodnie spotkania online dla weteranów z tych wszystkich grup. To również mi pomaga.
STRACHOTA Ja z kolei czasem tak mam, że gdy na co dzień spiętrzą mi się problemy, to po czasie się orientuję, że choć nie piję, to w pewnych momentach zachowuję się tak, jakbym był pijany. Jakby moje emocje były znów pijane, nie ma w tym żadnego zdrowego rozsądku. Bo ja też o tamtych czasach zapominam – nie teraz, gdy tu siedzimy, prowadzimy podkast, perorujemy o nałogu. Ale na co dzień, jeśli nie mam kontaktu z terapeutą, to kompletnie o nich zapominam.
SZYC Mi dużo o potrzebie tego kontaktu mówi moje ciało. Gdy czuję, że coś jest w nim źle – mam zimne dłonie, pocę się ze stresu, nie widzę rozwiązań, tylko same problemy, zaczynam się zwijać w kłębek, to wiem, że muszę pójść do Doroty. Aczkolwiek uważam, że takie spotkanie, jak my mamy dzisiaj, to też pewna forma terapii.
ŻULCZYK Na pewno, i to nie tylko dla nas.
STRACHOTA Tak, ja wam mówiłem, że lubię samotność. Na mitingi teraz prawie nie łażę. Ale jak tylko wyjdę z domu i pogadam z kolegami, najczęściej alkoholikami, to żona mi mówi po tym spotkaniu: „O, zmieniłeś się”. Bo taka rozmowa zdejmuje mi trochę z pancerza stresu, który noszę po domu i w ogóle go nie zauważam. Czasem też z Jakubem dzwonimy do siebie, jak mam wszystkiego pod korek. I ogólnie jeżeli już gadam z ludźmi, to naprawdę najlepiej mi się gada z alkoholikami.
ŻULCZYK Bo jest taki poziom rozmowy, na którym tylko my się dogadamy.
STRACHOTA Można się otworzyć i nie nosić właśnie tego pancerza.
SZYC Nie musisz też pewnych rzeczy tłumaczyć. Bo mi do tej pory zdarza się słyszeć pytania typu: „Naprawdę, i co, nie napijesz się już nigdy?”.
ŻULCZYK Ja to wtedy od razu zmieniam temat. Mówię o pogodzie, ptaszkach, wiewiórkach. Bo o tym „nigdy” już mi się naprawdę nie chce mówić.
SZYC Też potem jest drugi etap takich rozmów, że ci ludzie, najczęściej po czterech drinkach, przechodzą od takiego niedowierzania, że już nigdy, do wyznania: „Wiesz co, ja też mam problem. Może też muszę przestać…”.
ŻULCZYK A jak ty sobie podczas trzeźwienia radziłeś z tym, że o twoim wcześniejszym odpierdalaniu po pijaku było powszechnie wiadomo? Bo nie da się ukryć, że to jest taki dodatkowy gwóźdź na krzyżu.
SZYC Jak wiesz, ja dosyć wcześnie zacząłem zarówno chlać, jak jak to wszystko wystrzeliło – po Symetrii, Vinci, Oficerze. Miałem i być rozpoznawalnym aktorem. Miałem z dwadzieścia sześć lat,
też od chuja pieniędzy jak na takiego młodego człowieka. Więc zaczynałem karierę alkoholową z takim przekonaniem, że to jest zajebiste życie, mogę być częścią bohemy. Jakby mi wtedy dano wehikuł czasu, to przeniósłbym się do przedwojennego Krakowa albo pić przed stu laty absynt w Paryżu. W ogóle wtedy cały czas chciałem być gdzieś indziej. Do tego wymyślałem różne niby to intelektualne teorie, które by usprawiedliwiały picie – że przecież tak się powinno żyć. Cytowałem filozofię, poezję, Bukowskiego. Każdy alkoholik wynajduje takie swoje mądrości.
STRACHOTA A dopiero później się dowiaduje, że to jest objaw choroby.
SZYC Więc jak byłem młody, to wszystko mi się bardzo podobało. Ale później się troszkę starzejesz, masz dziecko i się orientujesz, że te twoje debilne ruchy życiowe jednak wpływają na kogoś więcej niż tylko na ciebie. Więc już nie masz jak ich usprawiedliwiać. Co więcej, tracisz w tym wdzięk. Z biegiem lat taka postać przestaje być atrakcyjna. Nagle stajesz się po prostu łysiejącym ochlejusem z brzuchem, który nie dba o swoją rodzinę. I zwyczajnie robisz się żenujący.
Wcześniej bycie znanym, życie na świeczniku mnie nakręcało w piciu. Ale z czasem było dla mnie raczej takim kopem, że chyba już trzeba coś ze sobą zrobić. Poszła nawet taka okładka „Faktu” – pijany szyc w Audi. Dziennikarze wezwali policję, a potem zrobili całą sesję zdjęciową. I może był to dla mnie jakiś ratunek, bo potem nie wsiadłem już więcej pijany za kółko, nie zabiłem się.
ŻULCZYK A teraz jeździsz autem?
SZYC Tak, mam na nowo zrobione prawo jazdy. Warto było, bo jazda samochodem to duża przyjemność – pięknie się wtedy spełnia potrzebę samotności. Jadę sam ze swoją muzyką. Mam te dwie godziny ze sobą, przemyślę, co trzeba, wykonam telefony na głośnomówiącym… cych postaci? Grasz główną rolę w serialu Warszawianka według ŻULCZYK A powiedz, jak sobie radzisz z odtwarzaniem piją-
mojego scenariusza. Choć nie jest to stricte opowieść o alkoholiku, to mamy tam bardzo dużo scen sztosu i zabawy.
SZYC Dla mnie to jest opowieść o alkoholiku. Z oczywistego powodu – bo facet traci życie, chlejąc. Nawet jeśli tego nie nazywamy alkoholizmem, to jest dla mnie jasne. Temu człowiekowi picie w niczym w życiu nie pomaga. Natomiast rzeczywiście głównym tematem serialu nie jest to, czy on się wyleczy, czy nie.
A odpowiadając na twoje pytanie – jak czytałem pierwszy raz scenariusz tego serialu, byłem na wakacjach na Ibizie. I tak się wtedy spociłem. Co rusz robiłem przerwy, odchodziłem od tego, ręce mi po prostu… Bo wiedziałem, że muszę wrócić do jakichś swoich dawnych stanów. Moje ciało jest moim instrumentem pracy. Więc jeśli gram, że coś piję czy wciągam, to niby udaję, ale do mózgu wysyłam sygnał, że jestem w sytuacji osoby, która to robi naprawdę. Dlatego bardzo długo się konsultowałem z Dorotą przed wzięciem tego projektu. Dostałem przy nim mocno po garach. Miałem na przykład którejś nocy taki sen – że coś wciągałem, chciałem przestać, a nie mogłem. Czyli tak naprawdę śniła mi się istota uzależnienia. Ta obsesja: że cały czas musisz to robić, choć nie chcesz. Esencja cierpienia. Myślę, że gdybym nie był po latach terapii, to nie wiedziałbym, jak sobie z czymś takim radzić. A tak dzięki wypracowanym mechanizmom wybrnąłem z tej niebezpiecznej sytuacji i normalnie poszedłem rano do pracy.
Więc odłamki twojej opowieści o bohaterze serialu na pewno we mnie trafiły. Ale oswoiłem się bardzo z tekstem scenariusza, czytałem go wielokrotnie, próbowałem również w głowie, nie tylko z innymi aktorami. Dzięki temu, przychodząc na plan, wchodziłem w postać płynnie. Natomiast były tam dla mnie sceny trudne z punktu widzenia osoby uzależnionej.
Przy takich wyzwaniach ważne jest dla mnie odreagowanie, czyli treningi i rodzina. Ona mnie obecnie stawia do pionu: synek, dwie córki mojej żony i moja córka z poprzedniego związku. Więc nie ma momentu, żeby się nudzić. A mój mały syn jest szalenie słodki – i to też mnie trzyma przy życiu. Patrzę na niego, zastanawiam się, czy ja też taki byłem, błogi i szczęśliwy? I w którym momencie to się skończyło, bo przyszła jakaś świadomość. A zarazem mam obawy: co będzie, jak dorośnie, czy na przykład nie pójdzie w te strony, co ja – i co wtedy zrobić? Czy już w ogóle o tym myśleć? Oczywiście Dorota, moja terapeutka, mówi mi: „Poczekaj, może nie wyprzedzaj faktów. Daj jemu podjąć jakąś decyzję i jakby co będziemy się później martwić”. Myślę natomiast, że to bardzo smutny rys osobowości alkoholika: sądzisz, że coś złego przekażesz swoim dzieciom.
STRACHOTA Tak jakbyś w ogóle miał kontrolę nad tym.
SZYC Właśnie, a jej nie masz, więc to kolejny przyczynek do poczucia winy.
ŻULCZYK Tak, ale to też jest trochę kręcenie sobie filmów w bani, żeby się wprowadzić w jakiś określony stan. A z twoim młodym wszystko będzie w porządku – to chciałbym ci powiedzieć.
SZYC Dziękuję ci. No dobra, to w takim razie podsumujmy, co służy do ćpania po odwyku. Dla mnie to ruch, moja grupa terapeutyczna, do której powracam, i chyba moja rodzina. A dla was?
ŻULCZYK Ruch, rodzina, słodycze i granie w gry na konsoli. Niekoniecznie w tej kolejności, ale to są cztery główne rzeczy.
STRACHOTA Ja to przede wszystkim ćpałem podróże. A jak pandemia je uniemożliwiła, to spacery. Natomiast od czasu, jak powiększyła mi się rodzina i pierwszy raz się zetknąłem z pewnymi sprawami, to dopiero do mnie dociera, jakim jestem samotnikiem… rodzinnym. To jakiś odlot, zaczynam rozumieć tęsknotę, zaczynam rozumieć, że jestem w stanie odłożyć robotę natychmiast, bo są sprawy i ludzie ważniejsi od niej. Przestawiam się na nowy świat.
Więc można powiedzieć, że ćpam też nowość i ciekawość. A oprócz tego jestem ćpunem technik medytacyjnych. Buddyzm mnie przy tym nauczył jednej rzeczy: że trwa nieustanny przepływ, nie ma ustalonej tożsamości i generalnie niczego stałego. I w tym przekonaniu można się rozgościć. I takie rzeczy to se lubię poćpać, tak.
ŻULCZYK Ja obecnie mam przerwę z buddyzmem, ale zaraz pewnie przyjdzie taki moment, że będę pilniejszy. Natomiast wyzbyłem się dzięki temu jednego lęku, który też jest moim zdaniem zintegrowany ściśle z chlaniem. Że kiedy boli mnie ząb albo głowa, to wydaje mi się, że to się będzie działo już zawsze. Tymczasem buddyzm mnie nauczył jednak tego, że nie. Przejdzie mi. Ból minie prędzej czy później. To jednak jest takim małym olśnieniem. Tak samo jak mam głoda, złe samopoczucie, jestem w złym stanie, to zyskuję świadomość, że to też przejdzie. Nie jestem w tym zaklinowany na wieczność. To jest bardzo, bardzo uwalniające.
Zen pomógł mi to sobie uświadomić, chociaż też tak naprawdę w kółko mi to wbijali do łba na terapii.
Więc może zostańmy dziś po rozmowie z taką pozytywną myślą – że wszystko minie.
STRACHOTA Ale jeszcze na koniec – ankieta. Borys, co jest dla ciebie przeciwieństwem uzależnienia?
SZYC Wolność.
STRACHOTA Okej, koniec ankiety!