DZIEŃ PO. STRACHOTA
OTWARTA FURTKA
Kiedy wytrzeźwiałem, miałem trzynaście lat. To znaczy niby trzydzieści trzy, ale przez dwadzieścia lat picia i ćpania mój zegar emocjonalny i intelektualny stał w miejscu. A może nawet się cofał. Czas na rozmowy, na bliskość, na czytanie książek, na podróże, na pracę i odpoczynek przeznaczyłem na kontakt z kilkoma substancjami.
Dnia nie znam. Nie wiadomo, kiedy dokładnie zaczęło się moje tak zwane nowe życie. Można powiedzieć, że ten dzień trwał co najmniej dwa miesiące. Symboliczną datę początkową mojej trzeźwości wyznaczyłem jeszcze w czasach, kiedy mijałem się z prawdą. Musicie mi wierzyć, że jest to 15 sierpnia 2013 roku.
Zwyczajnie nie pamiętam, kiedy przestałem pić. Nie wiem, skąd ludzie to wiedzą. Byłem w takiej dupie, że nie zajmowałem się bzdetami. Nie sądziłem, że będzie co pamiętać.
Jeszcze trudniej określić, kiedy przestałem ćpać. Proces odłączenia od chemii trwał dwa miesiące i odbywał się na Oddziale Leczenia Alkoholowych Zespołów Abstynencyjnych Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.
Za ten pierwszy dzień można uznać zgłoszenie się do szpitala, kiedy wciąż byłem naćpany, ale podjąłem już najważniejszą decyzję w życiu, lub dzień, kiedy ze szpitala wyszedłem i trząsłem gaciami przed światem. Kiedy licznik chemii wybił mi zero przecinek zero, tego nie pamiętam. Było to chyba jakoś w samym środku pobytu w szpitalu. Może pod koniec.
No ale zanim licznik zaczął się zerować, były już jakieś znaki.
Mój pierwszy krok jest nie mój. Robię go na leżąco. Robi go moja mama. Od tygodnia umieram na tapczanie w jej mieszkaniu i zastanawiam się, jak zdobyć pieniądze na xanax. Rozpuściłbym go pod językiem, w dziesięć minut uniósł się nad ziemię jak młody feniks i znów nikt by nie dostrzegał, że coś ze mną jest nie tak. Tak jak nikt, wydaje mi się, nie zauważa tego od lat.
Znów umiałbym chodzić. Znów dałbym radę coś zjeść. Znów trafiłbym ręką w klamkę. Znów potrafiłbym udawać, że rozmawiam z matką. Znów nie płakałbym nad rozwalonym małżeństwem i zbitą szybką w telefonie. Znów kołowałbym hajs w lombardach. Znów planowałbym podróż do Indii. Znów wyruszyłbym na bunkry jak za dawnych lat. Znów myślałbym, że jestem sobą, ale nie tym sobą, którym nie chcę być, tylko tym sobą, którego od dziecka wymyślam. Lubianym przez dziewczyny wesołym Batmano-Bondem. Podróżnikiem. Indianą Jonesem. Człowiekiem zamożnym, ale szczodrym. Znów byłbym mędrcem, który mówi ludziom, jak mają żyć. Zwłaszcza dziewczynom.
No ale na razie nie umiem nawet umrzeć. Próbowałem i nie wychodziło.
Pieniędzy mam na minusie, ale nie wiem, jak dużym, bo nie umiem policzyć; zespół odstawienny sprawia, że ściska mnie w żołądku, we łbie i w duszy, nawet leżąc, potykam się o własne nogi, zalewa mnie pot i wstyd. Sufit wbija mnie w miękkie łóżko tak, że się w nim topię.
Pierwszy raz od wielu lat nie ma perspektyw, że z tego wyjdę, czyli nawalę się alkoholem albo jakimiś proszkami i przeciągnę tę pełzającą śmierć o kolejny dzień. Przeciągnę to nieżycie. Nie mam pracy, ale to chyba jasne. Nie mam żony, choć wydawało się, że mam. Dużo mi się wydawało, bo ślub i rozwód zaliczyłem pod wpływem silnych substancji zmieniających świadomość. Nie mam już od kogo czegokolwiek pożyczyć, bo nie pamiętam, co i komu wiszę. Moja mama, zdaje się, jednak wie, co dzieje się z jej synem, i w związku z powyższym jest moim najgorszym wrogiem. Zaraz po ojcu. Hoduje tego trzydziestotrzylatka w jego dziecięcym pokoju umeblowanym dwadzieścia lat wcześniej i czeka na coś, czego bym nie wymyślił.
Czeka na coś, co pamiętam tylko w przebłyskach.
Pamiętam, że prowadzi mnie do suzuki samuraia i wiezie prosto na Sobieskiego. Prawie prosto, bo pamiętam, że walnęła przy tym w jakiś słupek. Skąd bierze pomysł, że dobrze pojechać do szpitala psychiatrycznego? Jakim cudem ja się na to godzę? Nie pamiętam. Może mam nadzieję, że dadzą mi tam xanax, a może rzeczywiście nie mam siły się już opierać.
Może kiełkuje już we mnie to niezbędne do życia poczucie przegranej. Inaczej to sobie wyobrażałem, bo kochałem książkę Piękni przegrani Leonarda Cohena. Marzyłem o tym, by być pięknym przegranym. Z naciskiem na „pięknym”, a przegrana miała być uwodzicielska i kontrolowana. Kochałem tę książkę za tytuł, bo nigdy jej całej nie przeczytałem. Tak też właśnie poznawałem życie. Po tytułach. Po okładkach. Po pierwszych stronach. Po pierwszym roku studiów. Po miesiącu pracy. Po pierwszej randce. Po jednej, drugiej i trzeciej zajawce. Po łebkach łebków.
Pamiętam, że mama nazwała mnie kiedyś „człowiekiem od spraw niedokończonych”. Słyszy się w młodym życiu tych kilka zdań, półsłówek, które zostają w pamięci. Kiedy w wieku lat może dziesięciu zapytałem mamy, czy jestem ładny, odpowiedziała, że „przeciętny”. Przez kolejne bardzo długie lata biłem się z tym słowem, zastanawiałem się, na którą stronę ta przeciętność przechyla wagę mojej urody, i częściej dochodziłem do wniosku, że na tę stronę, której się boję. Uczniem też byłem, pamiętam, przeciętnym. W wielu sprawach byłem średni, oprócz sportu. Tu byłem nieprzeciętny, nieprzeciętnie zły. Nie potrafiłem nawet kopnąć w piłkę.
Więc w ogólnym rozrachunku od pewnego momentu czułem się przeciętnie z minusem. Chyba że wciągała mnie któraś z moich pasji, wtedy było bardzo na plus.
Byłem chłopcem nieśmiałym, zamkniętym w wielkim świecie swojej fantazji. Ubierałem się w różne niewidzialne kostiumy, które świat miał dostrzec i w których miał się zakochać. Miałem w sobie bardzo dużo ciekawości i lęku jednocześnie. Oba te sprzeczne wektory zaszczepił mi tata – a może było to DNA? Nie umiem tego rozstrzygnąć, ale faktem jest, że ojciec zabierał mnie na niesamowite wycieczki do Krakowa, do muzeów albo na cmentarz żydowski, a jednocześnie przedstawiał świat jako pewnego rodzaju zagrożenie. Ilekroć przechodziłem obok jakiegoś samochodu, bałem się, że będę podejrzany o jego zarysowanie. Że ktoś non stop patrzy z okna, czy idąc, nie niszczę mu auta kluczami.
Tata miał klucz do świata magii. Znał wielu słynnych malarzy. Był masonem i jeździł do Francji, skąd przywoził mi zabawki G.I. Joe. Moja mama była z kolei nauczycielką, niby zwyczajniej, ale miała rodziców, nazwijmy to, artystów. Mieszkali w Falenicy, w domu przebudowanym na zamek, w którym zamontowali przedwojenne kinowe organy Wurlitzera.
Ja jednak wybrałem inną magię. Dużą część mojego dorastania i młodości spędzałem na klatce schodowej z dresiarzami, teddy boysami, złodziejami i niespełnionymi gocławskimi raperami. Albo na Saskiej Kępie w barze Sax, w którym przesiadywała Agnieszka Osiecka. Jak już ją stamtąd wynosili, pijaną w dym, to pojawiałem się ja. Wydawało mi się wtedy, że jestem jakąś krzyżówką Grochowiaka, Brychta i Hłaski. Potrzebowałem baru, w którym spływałyby na mnie wielkie opowieści. Prawda była jednak inna: potrzebowałem baru, żeby pić wśród starszych o dwadzieścia lat alkoholików, którzy przygarnęli mnie jak syna.
Musiałem się czuć nad wyraz niepewnie, jeśli wolałem pić nie z kolegami ze studiów, którzy też przecież pili, tylko ze starą pijacką gwardią z Saskiej Kępy. I tak: działała Saska Kępa, bo pachniała, bo był maj, a ja byłem z bloków na Gocławiu. Działał bar Sax legendarny, przesiąknięty poezją prozy życia. Działali ci starsi panowie (młodsi niż ja teraz), którzy mnie akceptowali, słuchali, a może i nawet lubili. Działał alkohol, bo alkohol na swój sposób zawsze działa.
Od pewnego momentu każdy licealny, a później studencki melanż, każdą imprezę, każde spożycie pod uniwerkiem albo na Polu Mokotowskim kończyłem w Cafe Sax. W mojej bezpiecznej przestrzeni. A jak ją o 22.00 zamykali, to dopiero wracałem na klatkę schodową na Gocław. Przechodziłem z roli do roli, dostatecznie już znieczulony, i o 23.00 zostawałem nocnym władcą swojego osiedla.
Pobudka kosztowała mnie bardzo wiele. Trzeba było wstać do szkoły albo na zajęcia. Pamiętam, że poranne środowe zajęcia z psychologii w Instytucie Kultury Polskiej poprzedzałem waleniem dwóch piw na kaca. Na jednych z zająć prowadząca powiedziała, że co dziesiąty z nas w przyszłości będzie alkoholikiem. Zaczęliśmy odliczać i wypadło na mnie.
Nie była to prawda. Ja już wtedy byłem alkoholikiem. Nawet dużo wcześniej. Jak tylko pojawiły się we mnie lęki, które zaczęły mnie od środka zjadać, podcinać, zaburzać, niszczyć życie.
Te lęki zaczęły się od brzucha. Od jelit. Najpierw był pediatra. Potem znów pediatra. Potem gastrolog. Potem lęki rzuciły się na całe ciało, napięcie ścisnęło mnie tak, że bałem się wstawać z łóżka. Bałem się kłaść do łóżka.
I dopiero po kilku latach trafiłem na psychiatrę, który miał mnie uratować. To było chyba na pierwszym roku studiów. Doktor Ludwik zaproponował coś, co wydawało mi się zbawieniem, a okazało się eksperymentem medycznym. Testował na mnie działanie jakichś węgierskich benzodiazepin, leków przeciwlękowych, które miały zostać wprowadzone do Polski. Dostałem torebkę foliową i polecenie, by brać i zapisywać, czy działa. Nie wiedziałem, czy dano mi lek, czy placebo.
I zadajmy sobie pytanie: czy lepiej, żeby uzależniony od alko chłopak dostał placebo, czy uzależniającą benzodiazepinę, która by mu pomogła, ale i wciągnęła w większą przepaść?
Nie mam na to odpowiedzi. Powiedział mi, że jeśli wezmę udział w eksperymencie, to on mi szybciej załatwi miejsce na terapii grupowej zaburzeń lękowych. I na wiele tygodni zatrzymał mnie w życiu, żebym brał codziennie jedną tabletkę z nieoznakowanego białego pudełka i sprawdzał, jak się czuję.
Czułem się tak, że chciałem umrzeć.
Ale ostatecznie miejsce załatwił. Błagałem, żeby już dał mi z tym spokój. Nie potrafiłem jeszcze wtedy szukać ratunku, okłamywałem siebie, okłamywałem innych. Mama usiłowała mi pomóc, ale nie umiała, a tata, z wykształcenia psycholog, nie umiał i nie usiłował. A może usiłował, tylko nie pamiętam. Albo złość mnie ciągle trzyma. Trzydzieści lat za to, że raz palnął, że nie wierzy w tę moją nerwicę.
Do drugiego roku studiów już nie dotrwałem. Lęki mnie zjadały, alkohol je łagodził i również mnie zjadał. Na codziennym kacu, co rano, o pięć lat za późno, meldowałem się na terapii dla chorych na lęki. I nie pomogło. Nawet nie dotykałem tam przyczyny, pierwotnej mojej niezgody na samego siebie. Terapię robiłem po łebkach, jak wszystko inne.
Bo od urodzenia nie pozwalałem sobie na to, by być tym, kim jestem.
I właśnie w związku z tym i całą masą innych niefortunnych wypadków, typu próby samobójcze, kradzieże, przemyty, wyłudzenia, kilkanaście lat później znalazłem się na izbie przyjęć na Sobieskiego.
Mam trzydzieści trzy lata. Czekam z mamą na swoją kolej. Zapraszają. Bada mnie neurolog, któremu niespodziewanie mówię, że nie dolega mi nic oprócz braku xanaxu.
Czeka mnie jeszcze dziesięć dni na relanium, które lekarz przepisuje mi, żebym nie umarł i w tym czasie poszedł na konsultacje do szefowej Oddziału Leczenia Alkoholowych Zespołów Abstynencyjnych.
Nie pamiętam większości zdarzeń, ale pamiętam szum tamtego czasu. Szum z telewizora, którego nie oglądałem już nigdy później. Leżałem przed transmisją z mistrzostw Euproy, na których objawiła się Natalia Siwiec, wtedy też wybuchła afera Amber Gold.
To tak, jak szumią w głowie niemożliwe do odtworzenia chwile dzieciństwa. Szum pociągu jadącego do babci. Szum tej dziewczyny z kolonii w Ustrzykach Dolnych. Szum wrześniowego słońca na policzkach. Szum wieczornego światła na płycie bloku. Szum Czterech pancernych.
Próbuję powiedzieć, że ten długi, wielomiesięczny początek trzeźwości był już bardzo dawno. Wydawał mi się końcem życia. Tamte dni nie były zrywem, zmianą, szarpaniną, pragnieniem, niechęcią, startem, trzaśnięciem drzwiami, były wyjątkowo wręcz niegwałtowne.
Wszystko to po prostu wydarzyło się kiedyś tam – a jednak się liczy. Co roku w sierpniu żona pyta mnie, ile to już lat, a ja główkuję i coraz częściej się mylę. Na stówę więcej niż dziesięć. Chyba dwanaście.
Dwanaście lat, które postaram się tu wypełnić prawdą, ale i pewną dozą zachęty. Więc będą przygody.
BARDZO EGZOTYCZNY PACJENT
Dostałem się na detoks i wydaje mi się, że szedłem tam już z pewną ochotą – oto pierwszy raz od wielu lat miało być bezpiecznie. No bo co złego mogło mi się stać w szpitalu, w którym wreszcie wiedzą, jaki mam problem?
Wcześniej oczywiście bywałem w szpitalach nie raz, ale te pobyty mi nie pomogły, bo udawałem przed lekarzami, że jestem kimś innym.
Pierwszy raz z powodu nadużywania xanaxu wylądowałem w szpitalu zakaźnym na Woli, jak wróciłem z Tajlandii z plecakiem pełnym przemycanych leków. Tak, wiem, że brzmi to efekciarsko, jak mitologizacja ćpuńskiej przeszłości, ale jest to dla mnie opis życia mojego i nie mojego jednocześnie. Przyszedł taki moment, że tamto moje i jednocześnie już nie moje życie mogę opisać bez ścisku w gardle. I to nie tylko rzeczy efektowne, jak przemyt, ale też próby samobójcze, zespoły odstawienne, rozpacz matki, wyłudzanie od niej pieniędzy, podkradanie jej karty kredytowej, sprzedaż w lombardzie rzeczy, które wzięło się na raty w Media Markt.
Siłą napędową uzależnienia jest kłamstwo, a siłą napędową kłamstwa jest uzależnienie. Ze szpitala zakaźnego wyszedłem z diagnozą japońskiego zapalenia mózgu, którego nigdy nie miałem, ale którą to diagnozę niosłem na sztandarze. To nie było uzależnienie od alkoholu, benzodiazepin, opioidów, to była egzotyczna choroba.
Kiedy w sierpniu zacząłem detoks, wciąż myślałem, że jestem inny, wyjątkowy, niezwyczajny. Był sierpień. Założyłem japonki, krótkie spodnie i koszulkę polo Lacoste, którą kupiłem w lumpeksie albo na Allegro. Byłem firmowy. Byłem gdzie indziej. Szedłem przez długi odrapany korytarz, mijałem kolejne sale pełne alkoholików i lekomanek, świetlicę z telewizorem, w którym leciała Stawka większa niż życie.
Nie było przyjemnie, ale wreszcie było bezpiecznie. Było jak na koloniach. Coś, czego się tak bałem, czyli chyba upokorzenie, okazało się tylko kolejnym dniem. Nie zastanawiałem się nad tym, czy po wyjściu ze szpitala czeka na mnie jakieś życie. Miałem przed sobą dwa miesiące, w czasie których za pomocą relanium stopniowo obniżano mi dawkę benzodiazepin we krwi. Relanium. Sen. Krew. Mocz. Śniadanie. Obiad. Kolacja. Relanium. Sen. Krew. Mocz. O dziwo, spałem. Kolejna rzecz, której się bałem, czyli bezsenność, nie nastąpiła. Mniej relanium. Sen. Krew. Mocz. Śniadanie. Obiad. Kolacja.
Nie było miło, ale działało. Kiedy zbliżało się wyjście z detoksu, szum malał, coraz bardziej ściskało mnie w żołądku. Szukali mnie wierzyciele. Zwłaszcza jeden, któremu ukradłem laptopa, żeby sprzedać w lombardzie. No i typ z Providentu. I prawie każdy. Jedyną opcją było wrócić do mamy, bo nie miałem gdzie mieszkać, a tam czekał na mnie jej ówczesny chłopak, który jakiś czas wcześniej obił mi ryj. Nie jakoś specjalnie, ale szantażowałem go potem rzekomo wybitym zębem.
Wszystkie wybite zęby to jednak efekt innych mordobić i zespołów odstawiennych. To samo z kilka razy złamanym nosem. Nigdy nic na trzeźwo.
Żeby nie musieć wychodzić ze szpitala, zgłosiłem się na zamkniętą terapię uzależnień. Bo co innego miałem robić? Pieniędzy nie miałem. Pracy nie miałem. Żony już nie miałem. Mieszkania już nie miałem. Nie pamiętałem, jakich mam jeszcze kolegów. Najlepszą opcją było siedzieć dalej w szpitalu psychiatrycznym, który w sumie stał się już trochę jak dom.
BIAŁY DOMEK
Mój pobyt na Sobieskiego można podzielić na dwa etapy: okres leniwego letniego odtruwania i czas wytężonej jesiennej pracy. Do ośrodka przyjmował mnie Bohdan Woronowicz, guru terapii uzależnień; pamiętam, że starałem się mu jakoś zaimponować. Jaki to ja nie jestem oczytany czy coś. Szybko mnie zgasił.
Na konsultacje do niego wysłali mnie jeszcze z detoksu. Czułem się, pamiętam, bardzo zadbany. Jakby personel bardzo chciał, żebym sobie poradził. Do domu wypuścili mnie tylko na dwa dni. Czy te dwa dni były już na trzeźwo? Były bez substancji we krwi, po detoksie, ale przed terapią. Taki czyściec, test u mamy.
Terapia okazała się dla mnie wydarzeniem niezwykłym, przywracającym mnie sobie samemu, osadzającym w czasie, w rzeczywistości. Włączono restart, znów zaczynały migać wszystkie diody.
Pamiętam z tej terapii odwiedziny. Przyszli do mnie dwaj kumple moi najbliżsi, Sebek i Krzysiek, przynieśli mi w prezencie płytę Tempers Boba Dylana. Zabawny pomysł, na pewno Krzyśka, bo płyty CD nie miałem już wtedy gdzie wsadzić. Sebek powiedział, że mi się przytyło. Był ciepły jesienny dzień. Pamiętam to, bo dało mi siłę.
I jeszcze pamiętam wizytę mojej babci Marysi, osoby, którą uważałem za kogoś spoza realności, a jednak moja mama postawiła ją obok wnuka alkoholika i narkomana i tak żeśmy sobie chwilę stali w szpitalu psychiatrycznym, a babcia powiedziała coś, czego już dokładnie nie pamiętam, ale co dało mi siłę. Coś w stylu, że „każdemu się może zdarzyć”.
Z dzisiejszej perspektywy wspominam to jak jeszcze jedne kolonie. Szpital psychiatryczny kojarzy mi się z bezpieczeństwem, ulgą i dwumiesięcznym tu i teraz. I z Hansem Klossem.
Wyszedłem do życia. Przemknąłem między szpitalem a Gocławiem. Był przełom jesieni i zimy, grudzień. Z torbą podróżną wróciłem do mamy. Zamieszkałem w swoim starym pokoju, w którym, gdy miałem trzynaście lat, wąchałem farby Humbrol, malując czołgi w barwach Afrika Korps.
Był to powrót do mieszanki różnych niechcianych przeszłości. Miałem trzydzieści trzy lata, a znów żyłem, jakbym miał trzynaście, i budziło to we mnie cielesny sprzeciw. Nie miałem własnego lokum. Nie miałem nawet komputera. Nie miałem kurtki zimowej, której bym się nie wstydził, więc zakładałem narciarską, która została tu po moim bracie. W mieszkaniu, po którym krążył wielki jak zapaśnik chłopak mojej mamy, czułem się nieproszonym gościem. Jakoś musieliśmy się dogadać, ale ja czułem, wiedziałem, że on mną gardzi. Pomiata nieudacznikiem, który miał wszystko, ale zrobił taką krzywdę własnej matce. Też nim gardziłem.
Podsumujmy mój ówczesny status materialno-duchowy:
Mam minus sto tysięcy złotych. Ten minus jest w banku BGŻ, ING, Santander, jest w T-Mobile, Providencie, u Daniela, u Pawła, u Gosi, u matki, u brata, u świętej pamięci Jankesa.
Kłębią się we mnie:
Uczucie wewnętrznej szamotaniny. Niezgoda na bycie sobą.
Nieuświadomione osamotnienie.
Dojmujący stan bycia wbijanym w ziemię.
Zazdrość o cudze, udane życia.
Zerowe poczucie własnej wartości.
Świadomość braku perspektyw.
Żal o przeszłość.
Lęk przed przyszłością.
Lęk fizyczny. W brzuchu. Nieludzki. Podobny do tej jebanej nerwicy, która, kiedy miałem trzynaście lat, popchnęła mnie w znieczulenie.
Ale, ale – mam też coś, co zobaczę dopiero kilka lat później: ZERO PROBLEMÓW. Zero obciążeń. Mam początek. Nowy początek. Mam czystą, choć zaplamioną kartę.
Mam to, bo przeżyłem śmierć emocjonalną, towarzyską, moralną. Przeżyłem śmierć ogólnie życiową.
Nie ma innej opcji na ponowne narodziny niż pewien rodzaj śmierci.
Mam nowe życie.
Nie od razu, ale postanawiam tę niezwykłą okazję wykorzystać. Co było niezbędne do rozpoczęcia tego procesu? Wtedy nie wiedziałem, ale pozwoliłem sobie na bardzo dziwną rzecz o nazwie zaufanie. Zaufanie własnej intuicji. Wcześniej nie wiedziałem, że coś takiego istnieje, nadal do końca nie wiem, nie jestem pewny, ale ufam.
I jak ufam, to działa.
DZIEŃ PO. ŻULCZYK
Jest sam początek 2014 roku. Jakieś dwa tygodnie po sylwestrze? Trzy? Nie pamiętam dokładnej daty – nie lubię rocznic, jeśli raz na kilka lat zrobię imprezę urodzinową, to w zupełnie innym terminie niż właściwa data.
Stoję pod Kinoteką w centrum Warszawy. W ręku trzymam pięćdziesiąt złotych. Właśnie wysiadłem z pociągu, przyjechałem z Nidzicy, miasta, w którym żyją moi rodzice. Mieszkam w Warszawie już sześć lat, ale tego wieczoru patrzę na nią jak na zupełnie obcy moloch, w którym jestem po raz pierwszy. Bryła dworca, bezkształtny dach Złotych Tarasów, neon Marriotta, prostopadłościan dworca Warszawa Śródmieście. Wszystko jest trochę inne. Wszystko jest wyraźniejsze.
Wchodzę do kina i za to trzymane w dłoni pięćdziesiąt złotych kupuję bilet na film Pod Mocnym Aniołem Wojciecha Smarzowskiego. W mojej sytuacji to wybór zabawnie symboliczny – dziś jest pierwszy dzień, w którym nie piję alkoholu. Trudno o bardziej wymowny wybór niż filmowa adaptacja książki, która jak żadna inna w historii polskiej literatury romantyzowała ciężki nałóg alkoholowy. Tak naprawdę jednak nie mam ani siły, ani odpowiedniej świadomości swojej sytuacji, aby wykonywać tego typu symboliczne gesty. Po prostu muszę się czymś zająć. Oprócz Smarzowskiego grają tylko jakieś Minionki, a ja mogę iść albo do kina, albo na stację benzynową, po pół litra i dużą colę na sprzęgło. Idę do kina, bo nie chcę dzisiaj pić i – chyba – nie chcę pić też jutro. Jakaś część mnie, tak szczerze, nie chce już pić w ogóle. A to pięćdziesiąt złotych stanowi, poza ubraniami, które mam na sobie i komputerem w plecaku, mniej więcej całość moich aktywów i pasywów.
Parę miesięcy później Aphex Twin, jeden z moich ukochanych artystów, wyda pierwszą od wielu lat płytę, Syro. W promującym ją wywiadzie dla serwisu Pitchfork stwierdzi, że jego największą ambicją jako artysty jest wygenerować dźwięk, tonację, której nikt jeszcze nie usłyszał. Że gdy słyszymy jakiś dźwięk po raz pierwszy, w naszym mózgu tworzy się połączenie, którego wcześniej nie było.
Kiedy przeczytam ten wywiad, przyjdzie mi do głowy, że to samo się dzieje, gdy ktoś pomyśli jakąś myśl po raz pierwszy.
Za jakiś czas pomyślę pewną myśl po raz pierwszy, tak na serio.
Tymczasem, schodząc do sali kinowej, myślę niewiele. Składam się z nerwowych impulsów, samych tików. Jestem niebezpieczny jak źle uziemione urządzenie. Gdyby ktoś mnie dotknął, kopnąłby go prąd. Na wszelki wypadek nie dotykam się sam. Wszystko dookoła mnie bzyczy, hałasuje. Wszystko, co mnie otacza, jest niespodziewanie wyraźne, napięte jak cięciwa łuku.
Jedyne, co mnie interesuje, to poczuć się lepiej. To, co przez ostatnie lata sprawiało, że czułem się lepiej – wlewany w siebie wiadrami alkohol, koks, okazyjnie benzo – nagle zaczęło przynosić odwrotny efekt. Drastycznie odwrotny.
Ta część mnie, która nie chce już pić, nie chce pić w ogóle, ponieważ boi się, że umrze. Ta część mnie, która nie chce już chlać, nie boi się śmierci przez alkohol – pękniętej trzustki, zawału, niewydolności wątroby. Ta część boi się śmierci z emocji. Boi się tego, że ból, lęk, strach, odrzucenie, wstyd, samotność staną się tak bardzo nie do zniesienia, że ciało zechce trwale się wyłączyć, byle tylko ich nie czuć.
Na pewno jest w tym jakaś egzaltacja. Nic na to nie poradzę. Tak właśnie było.
Siadam w kinie. Za to, co zostało mi z tych pięćdziesięciu złotych po kupieniu biletu, kupuję sobie colę. Piję ją ostrożnie, małymi łykami. W pierwszej scenie grający główną rolę Robert Więckiewicz chodzi po swoim pokoju, pijąc wódkę i słuchając jazzowych płyt. Człapie, gadając do siebie, kiwa głową w rytm muzyki. Dociera do mnie: kurwa, ja przecież co wieczór robię to samo. Może nie akurat do jazzu. Może piję whisky, a nie wódkę. Ale robię to samo. Człapię po pokoju. Gadam do siebie. Kręcę sobie w głowie piękny film, w którym gram główną rolę. W tym filmie mam pełno pieniędzy, przy boku kochającą kobietę, piękne, duże mieszkanie. W tym filmie mogę i robię wszystko, bo jestem dobrym człowiekiem, a jestem dobrym człowiekiem, bo wszyscy dookoła tak myślą i codziennie gratulują mi tego, jaki jestem dobry i wspaniały.
Znam ten film na pamięć, co nie przeszkadza oglądać mi go w kółko. Bilet na ten film też kosztuje jakieś pięćdziesiąt złotych. Bilet na ten film jest szklany i dość duży, przyjemnie ciąży w dłoni.
Ostatnie miesiące mojego picia polegały na tym, że już nie chciało mi się więcej utrzymywać pozorów. Nie potrzebowałem tak naprawdę żadnego towarzystwa. Alkohol w knajpach był drogi, trzeba było go wystać w kretyńskiej kolejce do baru, muzyka była straszna i najchętniej pobiłbym każdego, kto ją puszczał, choć sam miałem dość długi epizod bycia DJ-em. Uciekałem z imprez po angielsku, kupowałem alkohol na Orlenie przy Polnej, wracałem do domu i rozpoczynałem człapanie, które trwało do rana. Człapałem, aż padałem.
Wiem, że zaraz pójdę na terapię. Obiecałem to sobie i innym. Przede wszystkim mamie. Jeszcze nie dopuszczam do siebie, że jestem uzależniony. Biorę pod uwagę taką ewentualność, ale mówiąc szczerze, w ogóle o tym nie myślę. Idę tam, bo nie mam żadnego innego pomysłu na to, co mógłbym robić. Gdyby ktoś zasugerował mi pójście na kurs spadochroniarstwa albo wizytę w zborze świadków Jehowy, pewnie bym to zrobił. Wszystko, byle tylko poczuć się lepiej.
Ta rodzinna interwencja była dla mnie dość zaskakująca. Czułem się zupełnie trzeźwy. Tymczasem mama i brat stanęli w drzwiach i powiedzieli, że powinienem iść się leczyć. Od kilku dni chodziłem po moim rodzinnym domu i głośno krzyczałem do samego siebie. Dziwnym nie jest, jak mawiał Entombed, mój ulubiony bohater z serii komiksów Wilq Superbohater. Gdy przyjeżdżasz do swojego rodzinnego domu i spędzasz pięć dni na bezustannym piciu alkoholu i mówieniu na głos do siebie, to jeśli ktoś w twoim rodzinnym domu ma jakikolwiek kontakt z rzeczywistością, raczej ci to zasugeruje.
Piłem bez przerwy, bo miałem w sobie tyle strachu, lęku, złości i napięcia, że moje ciało fizycznie przestało je mieścić. Gdy mówiłem do siebie na głos, wydawało mi się, że razem z głosem ten strach, lęk i napięcie na moment gdzieś uciekają. No cóż, wydawało mi się.
Źródłem strachu, lęku i napięcia było wtedy akurat to, że taka jedna dziewczyna nie odbierała ode mnie telefonu i nie odpisywała mi na wiadomości. Po paru miesiącach na trzeźwo zrozumiem, że jej milczenie, no cóż, dziwnym nie jest. Po paru miesiącach na trzeźwo zrozumiem, że źródłem tego strachu, lęku i napięcia mogłaby być tak naprawdę jakakolwiek inna dziewczyna, jakakolwiek inna sytuacja.
Co zabawne, przez ostatnie pół roku codziennie piłem i ćpałem, a przy okazji chodziłem na psychoterapię, bo bezustannie się bałem, w ogóle nie łącząc tego strachu z piciem i ćpaniem. Bałem się wszystkiego. Bałem się końca świata. Bałem się śmierci. Bałem się braku pieniędzy. Bałem się, że dziewczyna z którą obecnie się spotykam, mnie nie chce. Z tymi dziewczynami w ogóle było zamieszanie, wynikające głównie z czucia się bezbrzeżnie samotnym. Pan psychoterapeuta, starszy, bardzo miły lekarz starej daty, słuchał tego bardzo cierpliwie, z wielką życzliwością. I za każdym razem zadawał to samo pytanie:
– A jak jest u pana z piciem?
Okłamywałem go tak żarliwie, jakbym się modlił o zdrowie najbliższej osoby:
– A wie pan, parę piwek z kolegami w sobotę. No może zapaliłem czasami jointa, wie pan. Nic poważniejszego.
Jak w tym starym kawale o rozdawaniu mercedesów na placu Czerwonym: to nie była sobota, to był cały tydzień, to nie było parę piwek, i to nie był joint, chociaż może jakiś joint przy okazji się trafił, choć jointy były dla mnie przezroczyste tak samo jak papierosy, a tak naprawdę nigdy ich nie lubiłem. Po jointach zawsze stawałem na progu otchłani, patrzyłem w bezdenną studnię mojego lęku, który zwyczajnie musiałem zapić.
Gadałem tak, a za tydzień pan psychoterapeuta znowu pytał: – A jak jest u pana z piciem?
A ja znowu go okłamywałem, i tak w kółko. Na samym początku ten psychoterapeuta strasznie mnie zdenerwował, bo chciał mnie wysłać do ośrodka leczenia uzależnień. Wybiegłem od niego w stanie okropnego wzburzenia. Co za głupi dziad jebany, lżyłem w myślach tego dobrego i mądrego człowieka; alkoholika chce ze mnie zrobić, co to w ogóle jest za skandal. Sugestia, jakobym był uzależniony od alkoholu, wydawała mi się bulwersująca, jakby mnie pomówiono o ciężkie przestępstwa.
Na następnych spotkaniach pan psychoterapeuta zrezygnuje z tego typu sugestii, ale cały czas będzie pytał:
– Jak to jest u pana z tym piciem?
Równie dobrze mógłby pytać człapiącego przede mną na kinowym ekranie Roberta Więckiewicza.
Dwa dni po seansie Pod Mocnym Aniołem pójdę do niego i powiem mu, że chcę przerwać psychoterapię, bo idę na terapię uzależnień.
Pan psychoterapeuta się uśmiechnie, ciepło i przyjaźnie.
– Bardzo mi się pan podoba – powie. – Bardzo jestem z pana dumny.
Pół roku później spotkam go na Puławskiej. Powiem mu, że uratował mi życie, a on rzuci:
– Sam się pan uratował. Ja pana tylko wkurzałem.
I znowu się uśmiechnie, a ja ucieknę, żeby się przy nim nie poryczeć.
Wracając z kina tramwajem, zobaczę na placu Zbawiciela dziewczynę, która nie odpisywała na moje wiadomości. Będzie stała rozbawiona z jakimiś ludźmi pod szkieletem spalonej trzy miesiące wcześniej tęczy. Rozpoznam ją po czerwonej czapce i biegającym dookoła piesku ze schroniska. Będę jej doskonale obojętny, jak ten tramwaj, z którego wybiegnę, aby z nią porozmawiać. Najbardziej wstydliwy aspekt tego wspomnienia – ja, jakkolwiek by patrzeć, trzydziestojednoletni facet, zadzwonię do matki, zapytać, co właściwie mam zrobić. I nawet moja własna mama kompletnie mnie wtedy nie zrozumie. Poprosi, żebym pojechał do domu, siedział tam cicho i grzecznie, a przede wszystkim nie pił.
Tak będę się czuł przez najbliższe miesiące – jak małe dziecko, które nie wie, jak ma postąpić w nawet najprostszej sytuacji.
Zamienię z tą dziewczyną parę słów. Aby to zrobić, wejdę za nią do Planu B, wciąż istniejącego, legendarnego klubu przy placu Zbawiciela, gdzie w moim pijackim peaku służyłem za lekko ruchomy mebel, przemieszczający się między barem a zadymioną palarnią. Do dzisiaj Plan B odpala mnie tak, że przechodząc przez plac Zbawiciela, wolę iść drugą ścianą. Ale wtedy, tego pierwszego dnia, nie wiedziałem nic o alkoholowych triggerach, nie wiedziałem nic o programie HAlT (dla tych, co też nie wiedzą: akronim od angielskich słów: hungry, angry, lonely, tired, odnoszących się to potencjalnych zagrożeń) ani całej tej procedurze trzeźwienia. Wszedłem do Planu B jak do siebie, razem z drzwiami, w ogóle nie myśląc o konsekwencjach. Przy barze zamówiłem colę, ale na widok polewanych luf i wydawanych piw serce zatrzepotało mi z pragnienia.
To trochę cud, że jednak się wtedy nie napiłem.
Co do tej dziewczyny, z perspektywy czasu myślę, że ona widziała wtedy jak na dłoni, w jakim jestem stanie, i nie chciała być niemiła. Zamieniliśmy kilka zdań, wymusiłem na niej deklarację, że spotkamy się niebawem. Byłem chyba wtedy zwyczajnym stalkerem.
Trzy dni później wciąż nie będę pił. Dalej będę czuł się jak naelektryzowane, źle uziemione urządzenie. W ośrodku pójdę najpierw na spotkanie indywidualne z terapeutką. Da mi do rozwiązania „klasówkę”, test na objawy uzależnienia od alkoholu. Potem będę się przechwalał, również na etapie Po odwyku, że „to była jedyna klasówka, z której dostałem piątkę”. No nie, nie jedyna. Ale terapeutka popatrzy na mnie i powie:
– Przyszedłeś tu w ostatnim momencie.
Po rozwiązaniu testu grzecznie podrepczę do psychiatry. Pani psychiatrka przepisze mi hydroksyzynę i convulex. To drugie po to, żebym nie dostał ataku padaczki, co zdarza się po nagłym odstawieniu alkoholu. Ja wcale tyle nie piłem, myślę. Widziałem kiedyś atak padaczki alkoholowej, jako dziecko, ale u człowieka, który pił denaturat. Leki przeciwpadaczkowe? Poczułem znajome ukłucie, uczucie pomówienia, to, które pojawiło się po tym, jak mądry i dobry psychoterapeuta zasugerował mi ośrodek leczenia uzależnień.
Jeszcze wiele miesięcy później jakaś część mnie będzie myśleć, że poszedłem tam trochę za wcześnie. Nawet gdy zdam sobie sprawę, że przez ostatni rok piłem codziennie. Czasami już od rana.
Hydroksyzyna to dość ciekawy lek – działa lekko lek nasennie, ale dla zawodników zaprawionych w przyjmowaniu środków nasennych to tak zwany poziom zero. Odstawię ją dość szybko, bo nie będzie mi się podobał efekt następnego dnia, podobny do lekkiego kaca. Bo przestaję pić również po to, aby pozbyć się kaców, niekończącej się fizycznej i psychicznej gehenny, stanów skrajnego ataku lękowego połączonego z ciężkim zatruciem organizmu, które mija dopiero po zbawiennym klinie.
Na terapii będą odradzać nam oglądanie filmu Pod Mocnym Aniołem. Może was uruchomić, odpalić, striggerować. Ugruntować w was nieprawdziwy obraz waszej sytuacji. Mój kolega, obecnie osiem lat w trzeźwieniu, po obejrzeniu napisze na Facebooku: „Kurwa, obejrzałem tego nowego Smarzowskiego i elegancko, jeszcze jest luz, jeszcze mogę się pobawić”.
No, ja chyba nie już nie mogę się bawić. Gdzieś w grudniu po czterech dniach picia zjem trzy lorafeny na kaca i położę się do wanny. Obudzi mnie woda wpływająca mi do zatok.
Na grupowej terapii pierwszy raz będę uczestniczył w rundce. Opowiem długą i rozgorączkowaną historię relacji z dziewczyną, która nie odbierała telefonu. Opowiem o jej czerwonej czapce i psie. Opowiem, jak wiele mam do niej żalu, jak wiele niezrozumienia dla jej zachowania – w końcu zaprosiła mnie na święta do swojej rodziny, a teraz nie chce się ze mną spotykać. O co jej chodzi?
Będę to opowiadał długo i ze szczegółami, bo ostatnio opowiadam tę historię każdemu.
Muszę mówić i mówić, i mówić, bo opowiadanie tej historii na krótki moment pozbawia mnie tego nieprzerwanego napięcia. Gdy skończę, jedna z moich przyszłych koleżanek, pani po pięćdziesiątce, księgowa z Milanówka, popatrzy na mnie i powie: – Za cholerę nie rozumiem, co powiedziałeś, ale masz ładny głos.
Zostałem tak, z wpół otwartymi ustami, a do mojego naelektryzowanego, rozgorączkowanego, gwałtownie rozbudzonego mózgu docierało pierwsze olśnienie – Okej, więc ludzie NIE ZAWSZE rozumieli, co do nich mówię, czasami tylko kiwali do mnie głową, uśmiechnięci i porobieni mniej więcej tak samo jak ja.
Nie pamiętam detali z tamtych pierwszych dni. Nie pamiętam powrotu do domu po seansie Pod Mocnym Aniołem i rozmowie z dziewczyną na placu Zbawiciela. Może być tak, że już wtedy odzwyczajona od ciągłej alkoholizacji wątroba zacznie się domagać kolejnych dawek cukru, i może być tak, że koło pierwszej nad ranem wybiorę się na stację benzynową przy ulicy Polnej, ale zamiast butelki najtańszej whisky kupię tam całą reklamówkę słodyczy, które będę pochłaniał, gapiąc się w YouTube’a albo Pornhuba i poszukując pojedynczych iskierek dopaminy. Cukier i jego łaknienie w ogóle okażą się ciekawą sprawą w ciągu najbliższych paru miesięcy. Rozregulowana wątroba będzie tak bardzo domagać się węglowodanów, że przy łóżku, obok butelki z wodą, położę batonika, bo obezwładniające ssanie będzie mnie budzić w środku nocy.
Nie pamiętam pierwszych rozmów z ludźmi, deklaracji, że przestałem pić. Często spotkają się one z kompletnym niezrozumieniem, zwłaszcza wśród warszawskiego towarzystwa, w którym obracałem się przez ostatnie lata. Z większością tych osób, które wówczas uważałem za swoich najlepszych przyjaciół, nie mam obecnie praktycznie żadnego kontaktu.
Pamiętam, trochę jak przez mgłę, trwanie w słodkiej iluzji, że zdołam prowadzić taki tryb życia, jaki prowadziłem wcześniej, tylko bez używania alkoholu. Chodzić na imprezy, kręcić się wśród ludzi, zaliczać jakieś przygodne relacje.
Siedząc w kinie, sącząc ciepłą colę, patrząc na kolejne upadki Roberta Więckiewicza, śmiejąc się gromko przy nieśmiertelnym, wypowiedzianym przez Dziędziela „no i chuj, no i cześć” (cała Polska zaśmiewała przy tym tekście swoje zbiorowe DDA), zaprzestanie picia uważam za rzecz kompletnie nierealną. Tak jakbym zmuszał się do śnienia jakiegoś konkretnego snu.
Ulga przyjdzie szybko, będzie bardzo gwałtowna. To będzie kilka ulg. Pierwsza, od ciągłego zatrucia organizmu. Będę pamiętał uczucie nieprawdopodobnej lekkości, jakbym nagle schudł trzydzieści kilo. Następna będzie ulga od ciągłej niewiedzy, niepewności. Już wiem, co mam robić. Mam chodzić na terapię i nie pić. To jest najważniejsze, tego mam się trzymać. Terapia stanie się busolą i kierunkiem. Moje koleżanki i koledzy z grupy na jakiś czas staną się najbliższymi mi ludźmi. Po raz pierwszy w życiu doświadczę czegoś, co mogę nazwać prawdziwą wspólnotą, w której wszyscy jesteśmy równi i funkcjonujemy na tych samych zasadach. To będzie kolejna ulga, która do mnie przyjdzie – ulga od bycia niezrozumianym, ulga od czucia się jak niepasujący element układanki.
Z dziewczyną, która przewija się przez tę opowieść, spotykam się jeszcze jeden, ostatni raz. W ciągu dnia, również w Planie B. W niebywale grzeczny i taktowny sposób dziękuje mi za współpracę.
Wracam do domu tak rozbity, tak złamany, że to cud, że nie postanawiam się napić. Na terapii prostują mi głowę. Mówią, że mam posprzątać w swoim życiu i emocjach, zanim wejdę w kolejną relację.
Może mają rację, może nie, trudno powiedzieć.
Najważniejsze są najbliższe dwadzieścia cztery godziny. To jest kolejne odkrycie – można żyć tu i teraz, to ono jest najważniejsze, o tej rozpościerającej się przed nami otchłani przyszłości i śmierci nie ma sensu myśleć. Te pierwsze dwadzieścia cztery godziny, podczas których stoję zziębnięty pod Pałacem Kultury, pod neonem kina, trzymając w ręku wygniecione pięć dych. Jeszcze o tym nie wiem, że zostawiam za sobą cały swój świat i wchodzę w nowy, który będzie zupełnie inny od wszystkiego, co sobie wyobrażam. Film, który odtwarzałem w głowie przez ostatnie lata, stanie się dziwną i piękną rzeczywistością. Więckiewicz wchodzi do upiornego baru Pod Mocnym Aniołem, kamera widzi go z góry, w świecie tego filmu jest jakiś Bóg, który z rozkoszą patrzy, jak biedni ludzie skazują się sami na śmierć. Ja nie czuję nad sobą tego spojrzenia. Wsiadam do tramwaju niemądry i niespokojny jak dziecko i odjeżdżam w nowy akt swojego życia.
To był fragment książki Żulczyka i Strachoty pt. "Co ćpać po odwyku". Premiera już we wrześniu. Książkę możesz już zamówić w przedsprzedaży.